Barłomiej Oleś, perkusja
Marcin Oleś, kontrabas
Alone Together (2019)
Tekst: Jacek Sołkiewicz
W głębinach saksofonowej czary powstaje opowieść, której melodyjne życie trwa niezwykle krótko, ale jej echo wybrzmiewa tak długo jak my o nim pamiętamy. I doprawdy, trudno zapomnieć to co usłyszycie na najnowszej płycie Mateusza Pospieszalskiego. W pojedynkę, w industrialnych przestrzeniach Browaru Tenczynek, stanął twarzą w twarz właśnie z tym echem, które okiełznał i następnie uczynił swoim kolejnym instrumentem. Człowiek kontra wielokrotność odbić fali dźwiękowej - odwieczny pojedynek o prymat w sferze kontrolowanej przez najdrobniejsze, czasem pozornie nieistotne, elementy. ‘Koncert w Fabryce’ jest płytą niezwykłą, na której wszystko co usłyszycie jest muzyką. Poza fenomenalnymi partiami saksofonu dotrą do Was także dźwięki butelek przesuwających się na taśmie, otchłani kadzi browarniczych czy po prostu pogłosy ogromnych hal i towarzyszące im zniekształcenia ubierające ten niesamowity występ w zaskakujące kształty.
To muzyka ze wszech miar kontemplacyjna, której najważniejsza część rozgrywa się w naszych umysłach. Bez wątpienia ambient poszczególnych miejsc, w których była grana działa niezwykle stymulująco na wyobraźnię. Gra Mateusza Pospieszalskiego na tym albumie zasługuje na długie wybrzmiewanie i tutaj dzieje się to w proporcjach wręcz idealnych. Każdy dźwięk pieczołowicie dźwiga swój przepych i adekwatnie do niego pozostaje słyszalny, co daje nam, słuchaczom, czas na zatopienie się w tym niezwykle sensualnym doświadczeniu. Niepospolita sytuacja - gdy ktoś grając tak bardzo klarownie i czytelnie kreuje zarazem tak ogromny horyzont interpretacyjny. To co finalnie dotrze do nas, co usłyszymy, co wychwycimy w każdym utworze, jest tylko i wyłącznie kwestią naszej wrażliwości. Plastyczność ‘Koncertu w fabryce’ jest ogromnym atutem tego materiału, stanowi o jego sile, kolorycie i przede wszystkim temperaturze emocji. Po wielokrotnym wysłuchaniu tego krążka nie wyobrażam sobie innego miejsca na zagranie tych wszystkich nut - tak jak napisałem powyżej, to echo zostaje tam już na zawsze, ponieważ zapada w bezkres naszej pamięci.
Mateusz Pospieszalski opowiedział magiczną historię w 9 aktach, która następnie wniknęła w mury Browaru w Tenczynku by wrócić do nas bogatsza o jakże retroaktywną aurę tego miejsca. Tak powstał materiał przesiąknięty latami minionymi, szumem wspomnień i odgłosami dalekiej codzienności. Ten album to najlepszy przykład mocy zaklinania czasu jaką posiada muzyka. Wystarczył jeden saksofon by obudzić to co kryje się w najgłębszych zakamarkach zarówno naszej pamięci jak i browarnianych wnętrz. Jeden saksofon i mnogość nastrojów, które zmieniają się z utworu na utwór, dzięki czemu powstała tak szeroka paleta odcieni, że obrazy malują się w najdrobniejszych detalach.
Otwarcie tego koncertu brzmi jak szamańskie przywoływanie. Oszczędna, ale rozwibrowana partia saksofonu w ‘Dech’ od pierwszych taktów wybrzmiewa uniesieniem i ceremonialnością a gdy dołączy do niej improwizowana wokaliza Pospieszalskiego zrobi się naprawdę mistycznie. Piękny początek i wielka obietnica, że to zapierająca dech w piersiach opowieść z niezwykle wciągającą narracją, bez zbędnych nut.
Ambient poszczególnych lokalizacji Browaru słyszymy w każdym utworze, raz jest to ogromny pogłos, raz przytłumione echo a kiedy indziej codzienna rutyna produkcyjna. I ona wita nas w drugim na płycie, świdrująco-żądlącym ‘Przepełnieniu’, w którym butelki tworzą naturalny drugi plan kompozycji. To współistnienie planów sonicznych jest niebywale intrygujące - na pierwszym rozpędzony, karkołomny saksofon a za nim miarowe przesuwanie się butelek na taśmach. Dwa oblicza tworzenia: szaleństwo i metodyczność. Efemeryczność chwili napełniającej smakiem i zapachem w zderzeniu z permanentnością procesu, który wieńczy dzieło kreacji. Niesamowity utwór.
Po czymś tak dynamicznym, rozedrganym, przychodzi moment prawdziwie pomnikowy. Wcześnie, ale taki to właśnie koncert. ‘Zatrata’ jest dla mnie osią tego materiału. Nieprawdopodobna kompozycja, od pierwszej sekundy. Pospieszalski gra tak,, że czujemy ciężar czasu w każdej nucie. Tempus fugit, ale tutaj najwyraźniej w innym, zwolnionym metrum. Napięcie rośnie z każdym taktem aż do momentu, w którym granice pamięci są niebezpiecznie blisko. ‘Zatrata’ perfekcyjnie replikuje strach przed ulotnością najważniejszych jej elementów. Tych odległych, uznanych za wieczne. Jest w tym utworze poczucie ponadczasowości i pewności, że nic co ważne dla naszych serc nie zostanie zapomniane. Przepiękny, fundamentalny w wymowie fragment ‘Koncertu’.
Mateusz Pospieszalski doskonale zaplanował temperaturę doznań. Kolejność na płycie ma tutaj kluczowe znaczenie dla odbioru wszystkich jej niuansów. To ważne, ponieważ cały czas warto pamiętać, że gra tu w większości ‘tylko’ saksofon i trzeba naprawdę ogromnego talentu aranżacyjnego, wykonawczego a także wizji całości by ułożyła się ona w coś tak poruszającego. Dlatego ‘Zmierzchanie’ brzmi fenomenalnie. Melodia wyczekiwana choć wcale nie spodziewana. Docieraliśmy do tej części płyty na różne sposoby, ale wszyscy tą samą drogą. I każdy ma prawo poczuć ten w sumie krótki dystans w uszach. Wyciszenie. Nastrojowo, delikatnie i jakże panoramicznie. Na dobrą sprawę, to pierwszy głęboki oddech podczas ‘Koncertu w Fabryce’. Niezwykle potrzebny by podążać dalej za dźwiękami, które zaczną rozlewać się przed Wami.
A dziać będzie się naprawdę wiele…bo już za chwilę pełna wigoru ‘Śpiewogra’, ponownie w duecie z butelkami na taśmie, rozjaśni i wprowadzi lekko improwizowany klimat. Niczym zapętlona, partia saksofonu wprowadza tu nowa dynamikę, która niczym w ‘Przepełnieniu’ świetnie uzupełnia się z motoryczna melodyką linii produkcyjnej.
‘Wpełzły i senny’ to najbardziej filmowa ze wszystkich kompozycji na płycie. Idealna symbioza artysty z otaczającą go przestrzenią. To modelowy przykład zjawiska, o którym pisałem wcześniej: wykorzystania pogłosu jako dodatkowego instrumentu, który funkcjonuje niemal na równych prawach co wiodący. Łkające, pełne smutku nuty niosą ogromny ładunek melancholii potęgowany przez długie, momentami nakładające się wybrzmiewanie co daje naprawdę wzruszający efekt. Istna samotnia saksofonisty.
‘Niepochwytnie’ wraca na chwilę na ‘produkcję’ by wraz z pobrzękującymi w biegu butelkami zagrać zadziornie, nieprzewidywalnie i wirtuozerskie…solo. Dość frapujące odczucie, mając na uwadze, że cały koncert to jedno wielkie solo saksofonu a jednak utwory są tak zaaranżowane, że doskonale słyszymy kiedy rozpędza się klasyczna ‘solówka’ a kiedy grana jest bardziej ‘strukturalna kompozycja’. Świetny zabieg regulujący amplitudę koncertu.
Przedostatni ‘Rozplot’ brzmi niczym rozwiązanie zagadki. Ma w sobie melodię nadziei, która emanuje w niezwykle wyrazisty sposób. Świetlista, dynamiczna linia grana przez Pospieszalskiego rozpromienia wręcz aurę. Po tych wszystkich kompozycjach, ta brzmi niczym oczyszczenie. I nie mogła zagrać w lepszym miejscu tej płyty.
W taki oto sposób zostaliśmy przygotowani na pożegnanie z miejscem, które towarzyszyło nam w niezwykle aktywny sposób przez cały odsłuch koncertu. ‘Odejście’ to gasnące światła, blednące cienie i zanikające echo wszystkiego co zostało tu powiedziane. To moment spokojny, pogodzony, ale porażająco nieodwołalny. Mistrzowsko zagrany utwór, w którym każdy dźwięk uświadamia nam, że kolejny zwiastuje koniec. Coraz więcej ciemności przenika przez coraz szersze szczeliny między nutami…aż do całkowitej nieprzezroczystości.
Fabryczne mury Browaru w Tenczynku kryją zapewne w sobie niejedną tajemnicę, ale ta najważniejsza z nich została przez Mateusza Pospieszalskiego odnaleziona: akustyka ludzkiej wrażliwości. Zniewalający, momentami hipnotyczny klimat tego występu zostanie z Wami na długo, zaręczam. Naprawdę trudno oprzeć się chęci rozpłynięcia w jednym z tych niesamowitych pogłosów, dać rozdzielić na pojedyncze dźwięki i pozwolić unieść choć na chwilę do miejsca, w którym wspomnienia zawracają. To może być podróż, na którą wcześniej nie starczyło odwagi. Przepiękny to koncert, zagrany tak bardzo intymnie a jednocześnie tak bardzo donośnie. Intensywność emocjonalna tego co się w nim kryje zostawia nas w milczącej ciszy po ostatnim dźwięku i doprawdy, to najlepsze co może nam się przytrafić. Czasem warto przemyśleć pierwsze słowa po takim przeżyciu.
I będę czekać na Ciebie choćby do końca echa nut…
Piękna opowieść, zawieszona w czasie, który zdaje się mijać wolniej niż zwykle. Momentami upajająco dyskretna, docierająca do nas z wewnętrznego bardzo daleka. Zaskakująco oszczędna, co pozwala w pełni skupić się na bijącej z niej wrażliwości.
Nowy album Marcin Wasilewski Trio niesie w sobie wiele cierpliwości, pokory i niezwykłej dojrzałości emocjonalnej. Osobiście, wyczuwam sporą różnicę temperatury pomiędzy ‘En Attendant’ a poprzednimi albumami. Jest chłodniej, ale dzięki temu bardziej tajemniczo. Dużo na tej płycie zakamarków, do których docieramy z czasem…i właśnie to odkrywanie jest niesamowicie wciągające. Świadomość, że między nutami zapisano co najmniej drugą historię uruchamia wyobraźnię, która będzie potrzebna jak nigdy dotąd w nagraniach trio.
Surowość. To słowo jako pierwsze przyszło mi na myśl po pierwszym odsłuchu. To na pewno zasługa tych licznych fragmentów płyty, w których do głosu dochodzi…wyciszenie. Właśnie ono powoduje, że tym razem podróż przez muzykę trio odbędzie się ze znacznie mniejszą ilością podpowiedzi. ‘En Attendant’ zmusza do uruchomienia kreatywności interpretacyjnej, dosłownie w każdym momencie. Dzieje się tak, ponieważ tu każde uderzenie pałek, akord czy tknięcie struny nabiera nowej mocy narracyjnej. Dawno nie słyszałem nagrań, które tak absorbują uwagę słuchacza. Podświadomie czujemy, że każdy detal ma znaczenie zatem nie chcemy stracić nawet taktu.
Ascetyczność. Marcin Wasilewski przyzwyczaił mnie do charakterystycznych dla siebie ‘płynących’, pełnych pasji, partii fortepianu a tymczasem z albumu dobiega granie nieco wycofane, jakby nieśmiałe, niezwykle oszczędne. To ogromna zmiana, ale w mojej opinii dzięki temu ten album jest znacznie głębszy od poprzednich. Nie do przejrzenia, niezależnie od tego jak często będziecie go słuchać. W tym momencie warto zwrócić uwagę na grę Michała Miśkiewicza na bębnach i Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie - to duo tworzy całkowicie nowy horyzont ‘En Attendant’. Obaj potrafią przejąć główny głos, dzięki niezwykle czujnej artykulacji, kreującej bardzo często pierwszy plan. Robią to nienachalnie, ale na tyle wyraziście, że to z tych dwóch źródeł biją emocje, które definiują dany moment w utworach. Wsłuchujemy się, ponieważ od sposobu uderzenia w talerz, ramę czy strunę zależy czy czeka nas wytchnienie czy kolejne napięcie. To oczywiście subiektywne odczucie, ale nie pamiętam by tak było wcześniej a jest to niezwykle wciągające doświadczenie, pozwalające wykorzystać trio pełne spektrum możliwości w eksponowaniu treści.
Intymność. Dla mnie to najbardziej podskórna płyta zespołu. Mam wrażenie jakbym przez ścianę, w pokoju obok, podsłuchiwał te nagrania. Spłoszony dreszcz biegnący co chwilę po skórze…niby nie przystoi, ale jak oderwać ucho od takiej sytuacji? Kiedy dobiegają tak niesamowite dźwięki i budują się tak cudownie nieostre obrazy? Bardzo ‘najbliższy’ album, który nie zaprasza, ale stoi nieśmiałym otworem. Małymi krokami wchodzimy w jego przestrzeń i chłoniemy każdą częstotliwość. A każda z nich jest niczym smuga czułości, po której zostaje posmak szczęścia i zawstydzenia. Nie pomylicie go z niczym innym…jestem pewien.
Skrytość. Niezwykle niedopowiedziana sesja. Niczym ktoś, kto powiedział o tysiąc słów za mało… A może powinniśmy spojrzeć na to z drugiej strony: ktoś kto nie powiedział o tysiąc słów za dużo? Boimy się niezrozumienia a tymczasem w nim tkwi największa przygoda ‘En Attendant’. Mamy błądzić, mamy dotykać nut z zamkniętymi oczami, mamy mylić kształty i kolory by finalnie ułożyć z tego swoja własną, za każdym razem inną, historię. I to będzie nasza historia. Ta muzyka została nam tak podana byśmy mieli odwagę myśleć o niemożliwym. To dźwięki wybudzające skojarzenia, dające życie nowym połączeniom w naszej wrażliwości. Świat doznań nienazwanych. Jeszcze.
Cisza. Nie chodzi o pustkę na pięciolinii…wystarczy, że odległości między nutami się zwiększają i pojawia się właśnie ona, pełnoprawny czwarty członek zespołu. Trio czyli kwartet… Długo wybrzmiewające pogłosy, echa, wyciszenia - to wszystko powoduje, że każda fala dźwiękowa ma swoje kolejne oblicza a my…błądzimy jeszcze bardziej. Nigdy jednak zagubienie nie było tak fascynującym przeżyciem. Bezgraniczność tego albumu kryje się właśnie w tych miejscach, w których dzieje się najmniej. Aranżacyjne arcymistrzostwo i jednocześnie wielka sztuka tak zagrać by nigdy nie zaspokoić naszego głodu ciekawości. ‘En Attendant’ to płyta wielu powrotów.
Muzyka. Nie ma najmniejszego sensu szerzej omawiać poszczególnych utworów, ponieważ ten album musi być wysłuchany w całości, na jeden raz. Od pierwszego, do ostatniego taktu. Tylko wtedy docenicie kunszt muzyków, którzy w niezwykle wytrawny sposób przemieszczają się między odległymi sposobami ekspresji. Mistycyzm a nawet rytualność łączą się z oniryczną aurą w trzech mini formach ‘In Motion’ - utworach, które dzięki rozpiętości aranżacyjnej stanowią swoiste enklawy amnezji. Tu naprawdę można się zatracić do…zapomnienia. Kultowe ‘Riders On The Storm’ zyskało nowe, niespieszne życie, pełne aksamitnej delikatności. Marcin Wasilewski wraz z zespołem tchnęli sporo świeżości i specyficznej otwartości do tego klasyka. Nie oznacza to jednak, iż rozmyła się jego tajemnica. Niewątpliwie opowieść toczy się w innym paśmie, ale nie mniej hipnotycznym. ‘Vashkar’ i ‘Glimmer of Hope’ to dwa utwory, które pojawiły się na poprzedniej płycie trio, ‘Arctic Riff’, nagranej wraz z saksofonistą Joe Lovano. Niesamowite, że teraz, gdy możemy posłuchać wersji bez saksofonu, obie kompozycje jawią się jako znacznie bardziej intrygujące. To zupełnie nowe wyzwanie dla wyobraźni słuchaczy i wg mnie, z ogromnym pożytkiem dla muzyki. Fortepian Wasilewskiego tworzy tu zupełnie inną płaszczyznę - znacznie bardziej pojemną i czułą na dotyk ludzkiego ucha. Kurkiewicz i Miśkiewicz wypadają w obu tych utworach niezwykle plastycznie co przekłada się na falująca wręcz intensywność - rewelacyjnie sterują dramaturgią i to w pełnym zakresie. Warto dodać, że gra całego trio wypada bardzo…ekonomicznie - wszystkie te ruchy są jakby…mikroskopijne a efekt tak bardzo spektakularny. Brawo za wyczucie! Najspokojniejszy na płycie ‘Variation 25’ to interpretacja kompozycji Jana Sebastiana Bacha. Miękko, szykownie i nostalgicznie. Bardzo klasyczny moment, ale bardzo potrzebny by przypomnieć wszystkim, że pod nogami cały czas jest ziemia.
‘En Attendant’ zaskoczył mnie swoim pojawieniem. Nie przypuszczałem, że
rok po nagraniu ‘Arctic Riff’ usłyszymy nową płytę od Marcin Wasilewski Trio.
Oba te wydawnictwa łączy historia jednej sesji nagraniowej, ale w cudowny,
magiczny wręcz sposób, rozdziela nastrój chwili, która urosła do postaci
fraktala, w którym kłębią się te wszystkie widma, emocje i…cisza. Im dalej w
świat tej muzyki, tym coraz bardziej pulsujemy jej rytmem i upajamy
nieostrością zdarzeń. Niezwykły to album, pełen zgaszonych świateł i tańczących
cieni wyobraźni, w którym najważniejsze jest to byśmy zaufali swojemu
instynktowi i cały czas szli do przodu za…głosem Marcina Wasilewskiego. Nie
sądzę byście zrozumieli choć jedno słowo, ale musicie wiedzieć, że On jeden zna
drogę.
Purple Sun (1973)
Tekst: Jacek Sołkiewicz
Kazać słońcu świecić na purpurowo. Sprawić by świat zaczął jawić się nam w innym kolorze. Zatrzymać czas by nie było wschodów ani zachodów…ciągły szczyt niczym niekończący się test naszej odporności na nowy układ sił w otaczającej nas rzeczywistości. A wszystko za sprawą dźwięków, z którymi Tomasz Stańko bez strachu porwał się na słońce, konsekwentnie przysuwając coraz bliżej siebie granicę, za którą wszystko obraca się w bezwartościowy jazzowy popiół. W ten sposób wykreował podczas sesji nagraniowej w Monachium nieprawdopodobnie wąskie terytorium, na którym wraz z pozostałymi muzykami kwintetu, zafunkcjonował w sobie tylko znany, ekwilibrystyczny sposób, zawężając margines błędu do katastroficznego minimum. Ilu ludzi tak potrafi?
Wstrzymać słońce i ruszyć muzykę?
‘Purple Sun’ to jedna z tych płyt, które bezlitośnie podnoszą poprzeczkę zarówno autorom jak i słuchaczom. Tu nie ma mowy o jakichkolwiek negocjacjach. Nie było kompromisów przy nagrywaniu, nie będzie przy odsłuchu. Wszystko albo nic. To jest tak zagrane, że trudno zmieścić choćby jedną dodatkową nutę. Nie ma szczelin, nie ma pęknięć…monolit idealny. A jednocześnie, w środku jest tyle miejsca, tyle światła i powietrza, że można śmiało zamknąć się w tym mikroświecie od wewnątrz - na całe dodatkowe nowe życie, które Stańko wraz z zespołem daje nam w trakcie odsłuchu tego albumu.
Seifert, Hartmann, Muniak, Stefański - można dostać zadyszki wymieniając te nazwiska. Prawdziwi Jeźdźcy Purpurowego Słońca. Absolutna czołówka muzyków, których chciałaby u swojego boku mieć większość jazzmanów. Taki skład może być przekleństwem…a może być proroctwem niepowtarzalnego wydarzenia. 5 wybitnych indywidualności z autonomicznymi, bezkarnie ewoluującymi horyzontami, których linie musiały nagle pokryć się dając jeden, niezwykle wyraźny i wyrazisty obraz. I dały.
To pierwsza okazja kiedy możemy spojrzeć słońcu prosto w oczy. Ono nie oślepia, nie pali a jego promienie niosą zupełnie nową energię. Wbrew pozorom, jest tutaj całkiem…purpurowo ciemno. Ogarnia nas uczucie jakiego doświadcza się obcując z czymś przepotężnym, wiecznym. Czymś co definiuje przyszłość, niezależnie od tego jak daleko ona jest i jak długo będzie trwać. Aura tej płyty jest tym, co powinno w mniejszym lub większym stopniu, dotknąć każdego człowieka. Niczym właśnie słońce - jednego opali, drugiego ogrzeje a jeszcze innego uratuje przed zamarznięciem. Ta muzyka na pewno pozwala nam wszystkim odkryć zupełnie nowy kolor dźwięku. Brzmi jak malowana, chciałoby się powiedzieć.
Jej różnokształtność pozwala dopasować się do wszystkiego co napotka na swojej drodze. Dlatego jest tak porażająca w wyrazie. Dynamizm zachodzących w niej zmian po prostu obezwładnia. Od klimatycznych, wycofanych wprowadzeń, interludiów po opętane kaskady nut, które masowo zalewają nas z każdej strony. ‘Purple Sun’ to prawdziwy audiospad polskiego jazzu! Łatwo w czymś takim stracić oddech więc przygotujcie się na dłuższe momenty na długu tlenowym, ale ten Kwintet spłaci go Wam z nawiązką.
Otwarcie płyty jest mocno filmowe. Wszystko pachnie tu celuloidem, ale jeśli dobrze się wsłuchacie w grę Stefańskiego na bębnach, szybko odgadniecie dalszy rozwój wypadków. Narowistość, nawet w spokojnym intro, pokazuje, że tuż pod pierwszą falą dźwiękową gotuje się inferno. Janusz Stefański jest dla mnie jednym z tych najbardziej wyrazistych polskich bębniarzy jazzowych. Tym, który zawsze idealnie wyczuwa klimat kompozycji i potrafi się wpasować w każdy nurt. Zawsze jednak robił to na swoich zasadach zatem jeśli tutaj od początku rwie do przodu to najwyraźniej ma w tym cel. Tak naprawdę On jest pierwszym posłańcem wieszczącym to co się wydarzy. A ‘Flair’, po tym metodycznie budowanym intro, przeradza się w prawdziwą apokalipsę, której tempo nadaje właśnie Stefański. Gra tak gęsto, że naprawdę trudno nadążyć za logiką jego ruchów. Dźwięki jego bębnów kotłują się uderzając w nas tysiącem odłamków…to naprawdę wyjątkowo sensoryczne doznanie połamania czasu. Sekunduje mu Hans Hartmann, którego linie basowe podkręcają dosłownie każdy moment tej porażającej kompozycji. Momentami ma się wrażenie jakby w ostatniej chwili doganiał partnera z sekcji rytmicznej. Tuż nad nimi Tomasz Stańko, który opowie Wam w początkowo prosty sposób, o czym ten utwór jest. Ale jak to Stańko…od miękkich, łatwych nut do biczujących nas podmuchów Jego trąbki przechodzi w mgnieniu oka więc szybko okazuje się co naprawdę będzie grane. Niewiarygodne jest to, że po tylu dekadach nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do takiej temperatury w muzyce i ta partia wciąż brzmi jakby była grana spoza ludzkiego wymiaru. Grać w taki sposób i nie zagubić się w gąszczu nut, wizji, czasoprzestrzeni…Geniusz! Trzeba też przyznać, że Stefański gra po prostu idealnie pod to co Stańko a także później kolejni muzycy wyrzucają z siebie. To wszystko jest ze sobą tak perfekcyjnie połączone, że aż wzbudza niepokój. Aranżacyjnie ‘Flair’ jest podzielony na akty. Akty przyspieszonego wschodu. ‘Purpurowe Słońce’ wschodzi idealnie pionowo, po najkrótszej drodze do zenitu. Kolejną część przejmuje Muniak, który tak jak Stańko, zaczyna na spokojnie, ale znacznie szybciej rozpętuje nawałnicę. To co się wydarzy w tej części zaczyna wprowadzać poważne rozedrganie. Mało kto potrafi zagrać tak sugestywnie i Muniak niewątpliwie wytycza tą partią nowe poziomy oddziaływania dźwięku na człowieka. Jeżeli jednak wszyscy dotychczas grający doprowadzili Was do najbliższej odległości od Słońca i zaczęło być naprawdę gorąco…to Seifert nie zastanawiając się ani chwili ruszył przed siebie. Tomasz Stańko doskonale wiedział co robi namawiając Seiferta na grę na skrzypcach w kwintecie zamiast saksofonie. To właśnie wizjonerstwo Stańki pozwoliło Mu usłyszeć niezagrane szaleństwo, które miało stać się ikoną polskich i światowych skrzypiec jazzowych. To co Seifert gra w ‘Flair’ wymyka się jakimkolwiek próbom zrozumienia. Inna sprawa, że Stańko dał Seifertowi najwięcej przestrzeni i chwała Mu za to, ponieważ na dłuższym dystansie Jego partia skrzypiec buduje dosłownie totem wokół którego dalej toczy się ten obrządek. Szamanizm, alternatywne połączenia na linii ręce-mózg-serce, ciężka arytmia płynąca krwiobiegiem…Zbigniew Seifert brzmi jak Władca Jazzowego Chaosu. Otwarcie płyty, o którym nie da się zapomnieć. Rzadko kiedy w jazzie słyszałem taki start.
Kolejne, połączone ‘Boratka/Flute’s Ballad’ wnoszą odrobinę uporządkowania, ale rzecz jasna, w tym składzie, to etap przejściowy. Niemniej, przysłuchujcie się przez cały czas grze Stefańskiego - tak jak wcześniej wspominałem, Jego partie idealnie określają dramaturgię ‘Purple Sun’. Nie inaczej teraz - piękna, pogodna linia grana przez Stańkę jest tylko wprowadzeniem i przypominaczem, że to ciągle muzyka skomponowana na Ziemi. Nie brakuje jednak w dalszej części muzycznego kaskaderstwa - Stefański/Hartmann kontynuują sejsmiczny eksperyment a cudowny zdalny ‘pojedynek’ pomiędzy Stańką a Muniakiem, którzy podzielili tę kompozycję między siebie, jest po prostu hipnotyczny. Takie promienie przebijają wszystko i docierają w nietkniętej postaci - dlatego tak bardzo to czujemy.
Jeżeli komukolwiek zabrakło gry Seiferta, kolejny utwór wynagradza to sowicie. Ciekawe, że wszystkie kompozycje na ‘Purple Sun’ są autorstwa Tomasza Stańki a ta jedna…właśnie Seiferta. ‘My Night, my Day’ to w całości popis tego fenomenalnego skrzypka. Tajemniczy, dość mroczny klimat początkowych taktów wycisza na chwilę zmysły, ale tylko do chwili gdy z tej otchłani zaczną wyłaniać się wszyscy muzycy, którzy odprowadzają Seiferta do partii solowej. Od tej chwili pięciolinią rządzić będą skrzypce, które grają tak jakby zwiastowały koniec świata. Od lamentu przez łkanie po ogłuszający krzyk a wszystko w sztormowym tempie dyktowanym przez sekcję rytmiczną. Ten utwór to kolejny dowód jak unikalną techniką i brzmieniem dysponował Zbigniew Seifert.
Wieńczący całość albumu, tytułowy ‘Purple Sun’, tradycyjnie rozkręca się na wolnych obrotach tworząc przestrzeń na krótki solowy popis Stefańskiemu, który daje sygnał do biegu wprowadzając początkowo lekko funkową pulsację. Motyw przewodni zagrany przez Tomasza Stańkę wpada z łatwością w ucho…trochę jak słodkie słowa na pożegnanie, ale bynajmniej nie jest ostatnim słowem na tej płycie. Taki materiał musi skończyć się w wirtuozerski sposób i robi to Muniak, który dwoi się i troi w swojej partii a w sukurs przychodzi mu Hartmann, którego bas po raz kolejny napędza całość.
Pomnikowy album. Ostatnia sesja Kwintetu Tomasza Stańki, która zaowocowała jazzowym przewrotem. Kompozycje są zbudowane w taki sposób, że momentami nie ma czasu na przełykanie śliny. Walczymy o chwilę spokoju, dostajemy ją, ale tylko po to by nie stracić przytomności przed kolejną nawałnicą. Z tej płyty nie wolno uronić ani jednego dźwięku! (dlatego słuchajcie na głośno)
Wielkość Purpurowego Słońca definiuje wielkość muzyków,
którzy je stworzyli i wg mnie jest to jedna z najważniejszych płyt w polskim i
światowym freejazzie. Wyważa każde drzwi, nie dając się zamknąć w jakichkolwiek
ramach. Cud awangardy, któremu trzeba się pokłonić. Nie mrużcie jednak oczu,
ponieważ Geniusz, który pozwolił pięciu ludziom pokolorować słońce wg własnego
uznania, chce byście zobaczyli jego piękno w całej swojej okazałości.
Tekst: Jacek Sołkiewicz