Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sołkiewicz Jacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sołkiewicz Jacek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2022

Marcin & Bartłomiej Oleś - Alone Together (2019)

Marcin & Bartłomiej Oleś

Barłomiej Oleś, perkusja
Marcin Oleś, kontrabas

Alone Together (2019)

Tekst: Jacek Sołkiewicz




Kiedy dwie strony lustra nie widzą siebie nawzajem…ale czują na pamięć.

Dwa odbicia nierozłącznego duetu. Dwa światy, pozornie odległe. Pozornie, bo przecież dzieli je zaledwie…grubość płyty winylowej zatem, tak naprawdę, nie mogą istnieć osobno. I w rzeczy samej, echo każdego z nich przenika na drugą stronę pozostawiając swój jakże ważny, niesłyszalny ślad. Dzięki temu cały czas gra duet choć tak naprawdę to odgłosy naszej wyobraźni zaprzęgniętej do maksymalnego wysiłku podczas odsłuchu.

Wielka kreacja za zamkniętymi oczami.

Trzeba przyznać, że ‘Alone Together’ doskonale weryfikuje naszą umiejętność poruszania się po omacku w świecie dźwięku. Nie jest to przestrzeń pełna nut zatem tym trudniej nawigować, ale tu tak naprawdę nie ma jednej właściwej drogi. Każdy podąża w swoją stronę i zawsze dotrze do celu…choć każdy innego.

Soniczna pułapka z niezliczoną ilością zakończeń. Bracia Oleś na swojej najnowszej płycie postanowili się rozdzielić by przemówić każdy swoim instrumentem. Intrygujące jest to, że słuchając każdego osobno ‘dośpiewujemy’ nieco obecności drugiego kreując w ten sposób dość surrealistyczne doznanie namacalności czegoś tak bardzo niefizycznego. To naprawdę niesamowite jak te dźwięki działają - co chwilę ma się wrażenie, że gra więcej niż jedna osoba. Na tym też właśnie polega piękno tego albumu - objawiają się nam audiohoryzonty, których kontury nie były wcześniej tak bardzo wyraźne. A już na pewno nie tak szczegółowo. To strukturalne misterium, w którym każdy artefakt jest słyszalny od początku do końca. Mało tego, tu słychać nawet zamiar uderzenia w strunę czy membranę! Po kilkukrotnym przesłuchaniu uczymy się logiki tej muzyki i zaczynamy podążać za grającymi ją muzykami. Paradoksalnie, nie oznacza to jednak, że można cokolwiek przewidzieć. Najbardziej ekscytująca jest właśnie świadomość, że nic tu nie brzmi dwa razy tak samo. Za każdym razem zmieniają się kształty tego co słyszymy i jesteśmy zaskakiwani nową narracją tego co wydawało się poznane. Nie ma zatem możliwości by trafić drugi raz do tego samego miejsca, ponieważ ono istnieje tylko ten jeden, jedyny raz w trakcie odsłuchu.

Ta muzyka porusza najczulsze struny w słuchaczach, których wibracja staje się naturalną częścią każdej opowieści na tej płycie.

Nie ma znaczenia od której strony zaczniemy słuchanie ‘Alone Together’. Czy będzie to perkusyjna ‘B’ Bartłomieja czy kontrabasowa ‘M’ Marcina, w obu przypadkach czeka nas fascynująca podróż w głąb źródła dźwięku, prosto do jego akustycznego serca. Odkryjecie piękno dwóch instrumentów składających się na sekcję rytmiczną, które niejednokrotnie ukryte między mnogością innych dźwięków, w tym przypadku ujawni się w całej swojej krasie. To także idealna okazja by wsłuchać się w puls obu instrumentów - rzadko kiedy możemy przytknąć ucho tak blisko, że aż absorbujemy drgania. Odsłuch obu sesji jest niezwykle intensywnym przeżyciem - to nie tylko kwestia temperatury poszczególnych utworów, ale przede wszystkim sposobu opowiadania. Z takiej odległości każda nuta brzmi esencjonalnie i oddziałuje wręcz w fizyczny sposób. Dodając do tego maestrię obu braci, możecie być pewni, że dotrą do Was dźwięki nieoczywiste i niezwykle natchnione.

W wielu momentach mamy wręcz do czynienia z transem w najczystszej postaci, indukowanym przez hipnotyczną, plemienną melodyjność. Rozpalająca materia, w każdym calu.

Bartłomiej i Marcin postawili na wielopoziomowość doznań, dzięki której możemy docenić zarówno muzykalność instrumentów jak i kreatywność obu muzyków. Dynamika, rytmika, eksperymenty z ambientem miejsca, techniki gry, artykulacja - impulsów jest tyle, że trudno nie zachłysnąć się tym wszystkim podczas pierwszego odsłuchu. A przecież na każdej stronie gra jeden człowiek i jeden instrument!

Jednakże najbardziej intrygująca jest koronkowość kompozycyjna tego albumu - to tu swój początek ma jego nieprzeciętna dramaturgia stanowiąca o niepowtarzalności każdego kontaktu z tym materiałem. Gdy ma się do dyspozycji tak dużo miejsca na pięciolinii, łatwo wpaść w euforię twórczą co potrafi być zgubne dla wyrazistości przekazu. Zagrane zostało jednak tyle nut ile konieczne. Nic mniej, nic więcej. Po wszystkim pojawia się głód wrażeń i chęć ponownego odkrywania - to chyba najlepsza nagroda, zarówno dla muzyka jak i słuchacza? Moim zdaniem, warunkiem koniecznym jest odsłuch ‘na raz’ całości płyty (słuchawki!) - tylko wtedy docenimy intencje artystów. To jest forma pierwotna, odarta ze wszystkiego co mogłoby zakłócić właściwy odbiór. Słyszymy tak naprawdę to, co trudno raczej wychwycić w bardziej złożonych produkcjach. Każdy dźwięk ma tyle czasu ile potrzebuje by wybrzmieć w najbardziej dobitny sposób, dzięki czemu powstał materiał pełen bodźców inspirujących do wytężonego nasłuchiwania.

‘Alone Together’ to niezwykle intymny spektakl, w którym obaj muzycy niejako wyszli ze strefy cienia. Pojedynczo. Będąc wirtuozami, mogli wybrać najprostszą drogę a tymczasem wyjątkowość tego albumu nie jest definiowana przez ilość popisów solowych - bracia grają koncepcyjnie i cierpliwie budują ogromną przestrzeń wypełnioną po brzegi nieudawaną czułością. Każda sekunda ma swój emocjonalny ciężar Od tajemnicy próbującej wydostać się ze struny rozedrganej na krawędzi progu, przez wzruszającą delikatność dłoni na membranie aż po furię nacierających uderzeń. Ta muzyka to prawdziwy triumf ludzkiej aury, której opary spowiły całe to wydawnictwo. Dosłownie. Słuchając obu stron dociera do nas, że obcujemy z bardzo osobistymi światami Braci Oleś, które co prawda zawsze były nam dane, ale w formie zamkniętej, szczelnie owiniętej tysiącami dźwięków. ‘Almost Together’ to klucz, który pozwala nam wejść do środka i doświadczyć wszystkiego co znajdziemy na swojej drodze. Będziecie oszołomieni widząc skąd naprawdę dobiegają te wszystkie dźwięki.

 

wtorek, 1 marca 2022

Mateusz Pospieszalski - Koncert w Fabryce (2021)

Mateusz Pospieszalski

Mateusz Pospieszalski - saksofony, pogłosy, efekty

Koncert w Fabryce (2021)

Tekst: Jacek Sołkiewicz


W głębinach saksofonowej czary powstaje opowieść, której melodyjne życie trwa niezwykle krótko, ale jej echo wybrzmiewa tak długo jak my o nim pamiętamy. I doprawdy, trudno zapomnieć to co usłyszycie na najnowszej płycie Mateusza Pospieszalskiego. W pojedynkę, w industrialnych przestrzeniach Browaru Tenczynek, stanął twarzą w twarz właśnie z tym echem, które okiełznał i następnie uczynił swoim kolejnym instrumentem. Człowiek kontra wielokrotność odbić fali dźwiękowej - odwieczny pojedynek o prymat w sferze kontrolowanej przez najdrobniejsze, czasem pozornie nieistotne, elementy. ‘Koncert w Fabryce’ jest płytą niezwykłą, na której wszystko co usłyszycie jest muzyką. Poza fenomenalnymi partiami saksofonu dotrą do Was także dźwięki butelek przesuwających się na taśmie, otchłani kadzi browarniczych czy po prostu pogłosy ogromnych hal i towarzyszące im zniekształcenia ubierające ten niesamowity występ w zaskakujące kształty. 

To muzyka ze wszech miar kontemplacyjna, której najważniejsza część rozgrywa się w naszych umysłach. Bez wątpienia ambient poszczególnych miejsc, w których była grana działa niezwykle stymulująco na wyobraźnię. Gra Mateusza Pospieszalskiego na tym albumie zasługuje na długie wybrzmiewanie i tutaj dzieje się to w proporcjach wręcz idealnych. Każdy dźwięk pieczołowicie dźwiga swój przepych i adekwatnie do niego pozostaje słyszalny, co daje nam, słuchaczom, czas na zatopienie się w tym niezwykle sensualnym doświadczeniu. Niepospolita sytuacja - gdy ktoś grając tak bardzo klarownie i czytelnie kreuje zarazem tak ogromny horyzont interpretacyjny. To co finalnie dotrze do nas, co usłyszymy, co wychwycimy w każdym utworze, jest tylko i wyłącznie kwestią naszej wrażliwości. Plastyczność ‘Koncertu w fabryce’ jest ogromnym atutem tego materiału, stanowi o jego sile, kolorycie i przede wszystkim temperaturze emocji. Po wielokrotnym wysłuchaniu tego krążka nie wyobrażam sobie innego miejsca na zagranie tych wszystkich nut - tak jak napisałem powyżej, to echo zostaje tam już na zawsze, ponieważ zapada w bezkres naszej pamięci. 

Mateusz Pospieszalski opowiedział magiczną historię w 9 aktach, która następnie wniknęła w mury Browaru w Tenczynku by wrócić do nas bogatsza o jakże retroaktywną aurę tego miejsca. Tak powstał materiał przesiąknięty latami minionymi, szumem wspomnień i odgłosami dalekiej codzienności. Ten album to najlepszy przykład mocy zaklinania czasu jaką posiada muzyka. Wystarczył jeden saksofon by obudzić to co kryje się w najgłębszych zakamarkach zarówno naszej pamięci jak i browarnianych wnętrz. Jeden saksofon i mnogość nastrojów, które zmieniają się z utworu na utwór, dzięki czemu powstała tak szeroka paleta odcieni, że obrazy malują się w najdrobniejszych detalach. 

Otwarcie tego koncertu brzmi jak szamańskie przywoływanie. Oszczędna, ale rozwibrowana partia saksofonu w ‘Dech’ od pierwszych taktów wybrzmiewa uniesieniem i ceremonialnością a gdy dołączy do niej improwizowana wokaliza Pospieszalskiego zrobi się naprawdę mistycznie. Piękny początek i wielka obietnica, że to zapierająca dech w piersiach opowieść z niezwykle wciągającą narracją, bez zbędnych nut. 

Ambient poszczególnych lokalizacji Browaru słyszymy w każdym utworze, raz jest to ogromny pogłos, raz przytłumione echo a kiedy indziej codzienna rutyna produkcyjna. I ona wita nas w drugim na płycie, świdrująco-żądlącym ‘Przepełnieniu’, w którym butelki tworzą naturalny drugi plan kompozycji. To współistnienie planów sonicznych jest niebywale intrygujące - na pierwszym rozpędzony, karkołomny saksofon a za nim miarowe przesuwanie się butelek na taśmach. Dwa oblicza tworzenia: szaleństwo i metodyczność. Efemeryczność chwili napełniającej smakiem i zapachem w zderzeniu z permanentnością procesu, który wieńczy dzieło kreacji. Niesamowity utwór. 

Po czymś tak dynamicznym, rozedrganym, przychodzi moment prawdziwie pomnikowy. Wcześnie, ale taki to właśnie koncert. ‘Zatrata’ jest dla mnie osią tego materiału. Nieprawdopodobna kompozycja, od pierwszej sekundy. Pospieszalski gra tak,, że czujemy ciężar czasu w każdej nucie. Tempus fugit, ale tutaj najwyraźniej w innym, zwolnionym metrum. Napięcie rośnie z każdym taktem aż do momentu, w którym granice pamięci są niebezpiecznie blisko. ‘Zatrata’ perfekcyjnie replikuje strach przed ulotnością najważniejszych jej elementów. Tych odległych, uznanych za wieczne. Jest w tym utworze poczucie ponadczasowości i pewności, że nic co ważne dla naszych serc nie zostanie zapomniane. Przepiękny, fundamentalny w wymowie fragment ‘Koncertu’. 

Mateusz Pospieszalski doskonale zaplanował temperaturę doznań. Kolejność na płycie ma tutaj kluczowe znaczenie dla odbioru wszystkich jej niuansów. To ważne, ponieważ cały czas warto pamiętać, że gra tu w większości ‘tylko’ saksofon i trzeba naprawdę ogromnego talentu aranżacyjnego, wykonawczego a także wizji całości by ułożyła się ona w coś tak poruszającego. Dlatego ‘Zmierzchanie’ brzmi fenomenalnie. Melodia wyczekiwana choć wcale nie spodziewana. Docieraliśmy do tej części płyty na różne sposoby, ale wszyscy tą samą drogą. I każdy ma prawo poczuć ten w sumie krótki dystans w uszach. Wyciszenie. Nastrojowo, delikatnie i jakże panoramicznie. Na dobrą sprawę, to pierwszy głęboki oddech podczas ‘Koncertu w Fabryce’. Niezwykle potrzebny by podążać dalej za dźwiękami, które zaczną rozlewać się przed Wami. 

A dziać będzie się naprawdę wiele…bo już za chwilę pełna wigoru ‘Śpiewogra’, ponownie w duecie z butelkami na taśmie, rozjaśni i wprowadzi lekko improwizowany klimat. Niczym zapętlona, partia saksofonu wprowadza tu nowa dynamikę, która niczym w ‘Przepełnieniu’ świetnie uzupełnia się z motoryczna melodyką linii produkcyjnej. 

‘Wpełzły i senny’ to najbardziej filmowa ze wszystkich kompozycji na płycie. Idealna symbioza artysty z otaczającą go przestrzenią. To modelowy przykład zjawiska, o którym pisałem wcześniej: wykorzystania pogłosu jako dodatkowego instrumentu, który funkcjonuje niemal na równych prawach co wiodący. Łkające, pełne smutku nuty niosą ogromny ładunek melancholii potęgowany przez długie, momentami nakładające się wybrzmiewanie co daje naprawdę wzruszający efekt. Istna samotnia saksofonisty. 

‘Niepochwytnie’ wraca na chwilę na ‘produkcję’ by wraz z pobrzękującymi w biegu butelkami zagrać zadziornie, nieprzewidywalnie i wirtuozerskie…solo. Dość frapujące odczucie, mając na uwadze, że cały koncert to jedno wielkie solo saksofonu a jednak utwory są tak zaaranżowane, że doskonale słyszymy kiedy rozpędza się klasyczna ‘solówka’ a kiedy grana jest bardziej ‘strukturalna kompozycja’. Świetny zabieg regulujący amplitudę koncertu. 

Przedostatni ‘Rozplot’ brzmi niczym rozwiązanie zagadki. Ma w sobie melodię nadziei, która emanuje w niezwykle wyrazisty sposób. Świetlista, dynamiczna linia grana przez Pospieszalskiego rozpromienia wręcz aurę. Po tych wszystkich kompozycjach, ta brzmi niczym oczyszczenie. I nie mogła zagrać w lepszym miejscu tej płyty. 

W taki oto sposób zostaliśmy przygotowani na pożegnanie z miejscem, które towarzyszyło nam w niezwykle aktywny sposób przez cały odsłuch koncertu. ‘Odejście’ to gasnące światła, blednące cienie i zanikające echo wszystkiego co zostało tu powiedziane. To moment spokojny, pogodzony, ale porażająco nieodwołalny. Mistrzowsko zagrany utwór, w którym każdy dźwięk uświadamia nam, że kolejny zwiastuje koniec. Coraz więcej ciemności przenika przez coraz szersze szczeliny między nutami…aż do całkowitej nieprzezroczystości. 

Fabryczne mury Browaru w Tenczynku kryją zapewne w sobie niejedną tajemnicę, ale ta najważniejsza z nich została przez Mateusza Pospieszalskiego odnaleziona: akustyka ludzkiej wrażliwości. Zniewalający, momentami hipnotyczny klimat tego występu zostanie z Wami na długo, zaręczam. Naprawdę trudno oprzeć się chęci rozpłynięcia w jednym z tych niesamowitych pogłosów, dać rozdzielić na pojedyncze dźwięki i pozwolić unieść choć na chwilę do miejsca, w którym wspomnienia zawracają. To może być podróż, na którą wcześniej nie starczyło odwagi. Przepiękny to koncert, zagrany tak bardzo intymnie a jednocześnie tak bardzo donośnie. Intensywność emocjonalna tego co się w nim kryje zostawia nas w milczącej ciszy po ostatnim dźwięku i doprawdy, to najlepsze co może nam się przytrafić. Czasem warto przemyśleć pierwsze słowa po takim przeżyciu.


środa, 16 lutego 2022

Marcin Wasilewski Trio - En Attendant (2021) Vinyl Edition

Marcin Wasilewski Trio

Marcin Wasilewski - Piano
Slawomir Kurkiewicz - Double Bass
Michal Miskiewicz - Drums

En Attendant (2021)

Tekst: Jacek Sołkiewicz


I będę czekać na Ciebie choćby do końca echa nut… 

Piękna opowieść, zawieszona w czasie, który zdaje się mijać wolniej niż zwykle. Momentami upajająco dyskretna, docierająca do nas z wewnętrznego bardzo daleka. Zaskakująco oszczędna, co pozwala w pełni skupić się na bijącej z niej wrażliwości. 

Nowy album Marcin Wasilewski Trio niesie w sobie wiele cierpliwości, pokory i niezwykłej dojrzałości emocjonalnej. Osobiście, wyczuwam sporą różnicę temperatury pomiędzy ‘En Attendant’ a poprzednimi albumami. Jest chłodniej, ale dzięki temu bardziej tajemniczo. Dużo na tej płycie zakamarków, do których docieramy z czasem…i właśnie to odkrywanie jest niesamowicie wciągające. Świadomość, że między nutami zapisano co najmniej drugą historię uruchamia wyobraźnię, która będzie potrzebna jak nigdy dotąd w nagraniach trio. 

Surowość. To słowo jako pierwsze przyszło mi na myśl po pierwszym odsłuchu. To na pewno zasługa tych licznych fragmentów płyty, w których do głosu dochodzi…wyciszenie. Właśnie ono powoduje, że tym razem podróż przez muzykę trio odbędzie się ze znacznie mniejszą ilością podpowiedzi. ‘En Attendant’ zmusza do uruchomienia kreatywności interpretacyjnej, dosłownie w każdym momencie. Dzieje się tak, ponieważ tu każde uderzenie pałek, akord czy tknięcie struny nabiera nowej mocy narracyjnej. Dawno nie słyszałem nagrań, które tak absorbują uwagę słuchacza. Podświadomie czujemy, że każdy detal ma znaczenie zatem nie chcemy stracić nawet taktu. 

Ascetyczność. Marcin Wasilewski przyzwyczaił mnie do charakterystycznych dla siebie ‘płynących’, pełnych pasji, partii fortepianu a tymczasem z albumu dobiega granie nieco wycofane, jakby nieśmiałe, niezwykle oszczędne. To ogromna zmiana, ale w mojej opinii dzięki temu ten album jest znacznie głębszy od poprzednich. Nie do przejrzenia, niezależnie od tego jak często będziecie go słuchać. W tym momencie warto zwrócić uwagę na grę Michała Miśkiewicza na bębnach i Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie - to duo tworzy całkowicie nowy horyzont ‘En Attendant’. Obaj potrafią przejąć główny głos, dzięki niezwykle czujnej artykulacji, kreującej bardzo często pierwszy plan. Robią to nienachalnie, ale na tyle wyraziście, że to z tych dwóch źródeł biją emocje, które definiują dany moment w utworach. Wsłuchujemy się, ponieważ od sposobu uderzenia w talerz, ramę czy strunę zależy czy czeka nas wytchnienie czy kolejne napięcie. To oczywiście subiektywne odczucie, ale nie pamiętam by tak było wcześniej a jest to niezwykle wciągające doświadczenie, pozwalające wykorzystać trio pełne spektrum możliwości w eksponowaniu treści. 

Intymność. Dla mnie to najbardziej podskórna płyta zespołu. Mam wrażenie jakbym przez ścianę, w pokoju obok, podsłuchiwał te nagrania. Spłoszony dreszcz biegnący co chwilę po skórze…niby nie przystoi, ale jak oderwać ucho od takiej sytuacji? Kiedy dobiegają tak niesamowite dźwięki i budują się tak cudownie nieostre obrazy? Bardzo ‘najbliższy’ album, który nie zaprasza, ale stoi nieśmiałym otworem. Małymi krokami wchodzimy w jego przestrzeń i chłoniemy każdą częstotliwość. A każda z nich jest niczym smuga czułości, po której zostaje posmak szczęścia i zawstydzenia. Nie pomylicie go z niczym innym…jestem pewien. 

Skrytość. Niezwykle niedopowiedziana sesja. Niczym ktoś, kto powiedział o tysiąc słów za mało… A może powinniśmy spojrzeć na to z drugiej strony: ktoś kto nie powiedział o tysiąc słów za dużo? Boimy się niezrozumienia a tymczasem w nim tkwi największa przygoda ‘En Attendant’. Mamy błądzić, mamy dotykać nut z zamkniętymi oczami, mamy mylić kształty i kolory by finalnie ułożyć z tego swoja własną, za każdym razem inną, historię. I to będzie nasza historia. Ta muzyka została nam tak podana byśmy mieli odwagę myśleć o niemożliwym. To dźwięki wybudzające skojarzenia, dające życie nowym połączeniom w naszej wrażliwości. Świat doznań nienazwanych. Jeszcze. 

Cisza. Nie chodzi o pustkę na pięciolinii…wystarczy, że odległości między nutami się zwiększają i pojawia się właśnie ona, pełnoprawny czwarty członek zespołu. Trio czyli kwartet… Długo wybrzmiewające pogłosy, echa, wyciszenia - to wszystko powoduje, że każda fala dźwiękowa ma swoje kolejne oblicza a my…błądzimy jeszcze bardziej. Nigdy jednak zagubienie nie było tak fascynującym przeżyciem. Bezgraniczność tego albumu kryje się właśnie w tych miejscach, w których dzieje się najmniej. Aranżacyjne arcymistrzostwo i jednocześnie wielka sztuka tak zagrać by nigdy nie zaspokoić naszego głodu ciekawości. ‘En Attendant’ to płyta wielu powrotów. 

Muzyka. Nie ma najmniejszego sensu szerzej omawiać poszczególnych utworów, ponieważ ten album musi być wysłuchany w całości, na jeden raz. Od pierwszego, do ostatniego taktu. Tylko wtedy docenicie kunszt muzyków, którzy w niezwykle wytrawny sposób przemieszczają się między odległymi sposobami ekspresji. Mistycyzm a nawet rytualność łączą się z oniryczną aurą w trzech mini formach ‘In Motion’ - utworach, które dzięki rozpiętości aranżacyjnej stanowią swoiste enklawy amnezji. Tu naprawdę można się zatracić do…zapomnienia. Kultowe ‘Riders On The Storm’ zyskało nowe, niespieszne życie, pełne aksamitnej delikatności. Marcin Wasilewski wraz z zespołem tchnęli sporo świeżości i specyficznej otwartości do tego klasyka. Nie oznacza to jednak, iż rozmyła się jego tajemnica. Niewątpliwie opowieść toczy się w innym paśmie, ale nie mniej hipnotycznym. ‘Vashkar’ i ‘Glimmer of Hope’ to dwa utwory, które pojawiły się na poprzedniej płycie trio, ‘Arctic Riff’, nagranej wraz z saksofonistą Joe Lovano. Niesamowite, że teraz, gdy możemy posłuchać wersji bez saksofonu, obie kompozycje jawią się jako znacznie bardziej intrygujące. To zupełnie nowe wyzwanie dla wyobraźni słuchaczy i wg mnie, z ogromnym pożytkiem dla muzyki. Fortepian Wasilewskiego tworzy tu zupełnie inną płaszczyznę - znacznie bardziej pojemną i czułą na dotyk ludzkiego ucha. Kurkiewicz i Miśkiewicz wypadają w obu tych utworach niezwykle plastycznie co przekłada się na falująca wręcz intensywność - rewelacyjnie sterują dramaturgią i to w pełnym zakresie. Warto dodać, że gra całego trio wypada bardzo…ekonomicznie - wszystkie te ruchy są jakby…mikroskopijne a efekt tak bardzo spektakularny. Brawo za wyczucie! Najspokojniejszy na płycie ‘Variation 25’ to interpretacja kompozycji Jana Sebastiana Bacha. Miękko, szykownie i nostalgicznie. Bardzo klasyczny moment, ale bardzo potrzebny by przypomnieć wszystkim, że pod nogami cały czas jest ziemia. 

‘En Attendant’ zaskoczył mnie swoim pojawieniem. Nie przypuszczałem, że rok po nagraniu ‘Arctic Riff’ usłyszymy nową płytę od Marcin Wasilewski Trio. Oba te wydawnictwa łączy historia jednej sesji nagraniowej, ale w cudowny, magiczny wręcz sposób, rozdziela nastrój chwili, która urosła do postaci fraktala, w którym kłębią się te wszystkie widma, emocje i…cisza. Im dalej w świat tej muzyki, tym coraz bardziej pulsujemy jej rytmem i upajamy nieostrością zdarzeń. Niezwykły to album, pełen zgaszonych świateł i tańczących cieni wyobraźni, w którym najważniejsze jest to byśmy zaufali swojemu instynktowi i cały czas szli do przodu za…głosem Marcina Wasilewskiego. Nie sądzę byście zrozumieli choć jedno słowo, ale musicie wiedzieć, że On jeden zna drogę.

wtorek, 11 stycznia 2022

Tomasz Stanko Quintet - Purple Sun (1973)


Tomasz Stanko Quintet

Bass – Hans Hartmann
Design – Pia Burri
Drums, Percussion – Janusz Stefanski
Soprano Saxophone, Tenor Saxophone, Flute, Percussion – Janusz Muniak
Trumpet – Tomasz Stanko
Violin, Alto Saxophone – Zbigniew Seifert

Purple Sun (1973)

Tekst: Jacek Sołkiewicz

Kazać słońcu świecić na purpurowo. Sprawić by świat zaczął jawić się nam w innym kolorze. Zatrzymać czas by nie było wschodów ani zachodów…ciągły szczyt niczym niekończący się test naszej odporności na nowy układ sił w otaczającej nas rzeczywistości. A wszystko za sprawą dźwięków, z którymi Tomasz Stańko bez strachu porwał się na słońce, konsekwentnie przysuwając coraz bliżej siebie granicę, za którą wszystko obraca się w bezwartościowy jazzowy popiół. W ten sposób wykreował podczas sesji nagraniowej w Monachium nieprawdopodobnie wąskie terytorium, na którym wraz z pozostałymi muzykami kwintetu, zafunkcjonował w sobie tylko znany, ekwilibrystyczny sposób, zawężając margines błędu do katastroficznego minimum. Ilu ludzi tak potrafi? 

Wstrzymać słońce i ruszyć muzykę? 

‘Purple Sun’ to jedna z tych płyt, które bezlitośnie podnoszą poprzeczkę zarówno autorom jak i słuchaczom. Tu nie ma mowy o jakichkolwiek negocjacjach. Nie było kompromisów przy nagrywaniu, nie będzie przy odsłuchu. Wszystko albo nic. To jest tak zagrane, że trudno zmieścić choćby jedną dodatkową nutę. Nie ma szczelin, nie ma pęknięć…monolit idealny. A jednocześnie, w środku jest tyle miejsca, tyle światła i powietrza, że można śmiało zamknąć się w tym mikroświecie od wewnątrz - na całe dodatkowe nowe życie, które Stańko wraz z zespołem daje nam w trakcie odsłuchu tego albumu.

Seifert, Hartmann, Muniak, Stefański - można dostać zadyszki wymieniając te nazwiska. Prawdziwi Jeźdźcy Purpurowego Słońca. Absolutna czołówka muzyków, których chciałaby u swojego boku mieć większość jazzmanów. Taki skład może być przekleństwem…a może być proroctwem niepowtarzalnego wydarzenia. 5 wybitnych indywidualności z autonomicznymi, bezkarnie ewoluującymi horyzontami, których linie musiały nagle pokryć się dając jeden, niezwykle wyraźny i wyrazisty obraz. I dały. 

To pierwsza okazja kiedy możemy spojrzeć słońcu prosto w oczy. Ono nie oślepia, nie pali a jego promienie niosą zupełnie nową energię. Wbrew pozorom, jest tutaj całkiem…purpurowo ciemno. Ogarnia nas uczucie jakiego doświadcza się obcując z czymś przepotężnym, wiecznym. Czymś co definiuje przyszłość, niezależnie od tego jak daleko ona jest i jak długo będzie trwać. Aura tej płyty jest tym, co powinno w mniejszym lub większym stopniu, dotknąć każdego człowieka. Niczym właśnie słońce - jednego opali, drugiego ogrzeje a jeszcze innego uratuje przed zamarznięciem. Ta muzyka na pewno pozwala nam wszystkim odkryć zupełnie nowy kolor dźwięku. Brzmi jak malowana, chciałoby się powiedzieć. 

Jej różnokształtność pozwala dopasować się do wszystkiego co napotka na swojej drodze. Dlatego jest tak porażająca w wyrazie. Dynamizm zachodzących w niej zmian po prostu obezwładnia. Od klimatycznych, wycofanych wprowadzeń, interludiów po opętane kaskady nut, które masowo zalewają nas z każdej strony. ‘Purple Sun’ to prawdziwy audiospad polskiego jazzu! Łatwo w czymś takim stracić oddech więc przygotujcie się na dłuższe momenty na długu tlenowym, ale ten Kwintet spłaci go Wam z nawiązką. 

Otwarcie płyty jest mocno filmowe. Wszystko pachnie tu celuloidem, ale jeśli dobrze się wsłuchacie w grę Stefańskiego na bębnach, szybko odgadniecie dalszy rozwój wypadków. Narowistość, nawet w spokojnym intro, pokazuje, że tuż pod pierwszą falą dźwiękową gotuje się inferno. Janusz Stefański jest dla mnie jednym z tych najbardziej wyrazistych polskich bębniarzy jazzowych. Tym, który zawsze idealnie wyczuwa klimat kompozycji i potrafi się wpasować w każdy nurt. Zawsze jednak robił to na swoich zasadach zatem jeśli tutaj od początku rwie do przodu to najwyraźniej ma w tym cel. Tak naprawdę On jest pierwszym posłańcem wieszczącym to co się wydarzy. A ‘Flair’, po tym metodycznie budowanym intro, przeradza się w prawdziwą apokalipsę, której tempo nadaje właśnie Stefański. Gra tak gęsto, że naprawdę trudno nadążyć za logiką jego ruchów. Dźwięki jego bębnów kotłują się uderzając w nas tysiącem odłamków…to naprawdę wyjątkowo sensoryczne doznanie połamania czasu. Sekunduje mu Hans Hartmann, którego linie basowe podkręcają dosłownie każdy moment tej porażającej kompozycji. Momentami ma się wrażenie jakby w ostatniej chwili doganiał partnera z sekcji rytmicznej. Tuż nad nimi Tomasz Stańko, który opowie Wam w początkowo prosty sposób, o czym ten utwór jest. Ale jak to Stańko…od miękkich, łatwych nut do biczujących nas podmuchów Jego trąbki przechodzi w mgnieniu oka więc szybko okazuje się co naprawdę będzie grane. Niewiarygodne jest to, że po tylu dekadach nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do takiej temperatury w muzyce i ta partia wciąż brzmi jakby była grana spoza ludzkiego wymiaru. Grać w taki sposób i nie zagubić się w gąszczu nut, wizji, czasoprzestrzeni…Geniusz! Trzeba też przyznać, że Stefański gra po prostu idealnie pod to co Stańko a także później kolejni muzycy wyrzucają z siebie. To wszystko jest ze sobą tak perfekcyjnie połączone, że aż wzbudza niepokój. Aranżacyjnie ‘Flair’ jest podzielony na akty. Akty przyspieszonego wschodu. ‘Purpurowe Słońce’ wschodzi idealnie pionowo, po najkrótszej drodze do zenitu. Kolejną część przejmuje Muniak, który tak jak Stańko, zaczyna na spokojnie, ale znacznie szybciej rozpętuje nawałnicę. To co się wydarzy w tej części zaczyna wprowadzać poważne rozedrganie. Mało kto potrafi zagrać tak sugestywnie i Muniak niewątpliwie wytycza tą partią nowe poziomy oddziaływania dźwięku na człowieka. Jeżeli jednak wszyscy dotychczas grający doprowadzili Was do najbliższej odległości od Słońca i zaczęło być naprawdę gorąco…to Seifert nie zastanawiając się ani chwili ruszył przed siebie. Tomasz Stańko doskonale wiedział co robi namawiając Seiferta na grę na skrzypcach w kwintecie zamiast saksofonie. To właśnie wizjonerstwo Stańki pozwoliło Mu usłyszeć niezagrane szaleństwo, które miało stać się ikoną polskich i światowych skrzypiec jazzowych. To co Seifert gra w ‘Flair’ wymyka się jakimkolwiek próbom zrozumienia. Inna sprawa, że Stańko dał Seifertowi najwięcej przestrzeni i chwała Mu za to, ponieważ na dłuższym dystansie Jego partia skrzypiec buduje dosłownie totem wokół którego dalej toczy się ten obrządek. Szamanizm, alternatywne połączenia na linii ręce-mózg-serce, ciężka arytmia płynąca krwiobiegiem…Zbigniew Seifert brzmi jak Władca Jazzowego Chaosu. Otwarcie płyty, o którym nie da się zapomnieć. Rzadko kiedy w jazzie słyszałem taki start. 

Kolejne, połączone ‘Boratka/Flute’s Ballad’ wnoszą odrobinę uporządkowania, ale rzecz jasna, w tym składzie, to etap przejściowy. Niemniej, przysłuchujcie się przez cały czas grze Stefańskiego - tak jak wcześniej wspominałem, Jego partie idealnie określają dramaturgię ‘Purple Sun’. Nie inaczej teraz - piękna, pogodna linia grana przez Stańkę jest tylko wprowadzeniem i przypominaczem, że to ciągle muzyka skomponowana na Ziemi. Nie brakuje jednak w dalszej części muzycznego kaskaderstwa - Stefański/Hartmann kontynuują sejsmiczny eksperyment a cudowny zdalny ‘pojedynek’ pomiędzy Stańką a Muniakiem, którzy podzielili tę kompozycję między siebie, jest po prostu hipnotyczny. Takie promienie przebijają wszystko i docierają w nietkniętej postaci - dlatego tak bardzo to czujemy. 

Jeżeli komukolwiek zabrakło gry Seiferta, kolejny utwór wynagradza to sowicie. Ciekawe, że wszystkie kompozycje na ‘Purple Sun’ są autorstwa Tomasza Stańki a ta jedna…właśnie Seiferta. ‘My Night, my Day’ to w całości popis tego fenomenalnego skrzypka. Tajemniczy, dość mroczny klimat początkowych taktów wycisza na chwilę zmysły, ale tylko do chwili gdy z tej otchłani zaczną wyłaniać się wszyscy muzycy, którzy odprowadzają Seiferta do partii solowej. Od tej chwili pięciolinią rządzić będą skrzypce, które grają tak jakby zwiastowały koniec świata. Od lamentu przez łkanie po ogłuszający krzyk a wszystko w sztormowym tempie dyktowanym przez sekcję rytmiczną. Ten utwór to kolejny dowód jak unikalną techniką i brzmieniem dysponował Zbigniew Seifert. 

Wieńczący całość albumu, tytułowy ‘Purple Sun’, tradycyjnie rozkręca się na wolnych obrotach tworząc przestrzeń na krótki solowy popis Stefańskiemu, który daje sygnał do biegu wprowadzając początkowo lekko funkową pulsację. Motyw przewodni zagrany przez Tomasza Stańkę wpada z łatwością w ucho…trochę jak słodkie słowa na pożegnanie, ale bynajmniej nie jest ostatnim słowem na tej płycie. Taki materiał musi skończyć się w wirtuozerski sposób i robi to Muniak, który dwoi się i troi w swojej partii a w sukurs przychodzi mu Hartmann, którego bas po raz kolejny napędza całość. 

Pomnikowy album. Ostatnia sesja Kwintetu Tomasza Stańki, która zaowocowała jazzowym przewrotem. Kompozycje są zbudowane w taki sposób, że momentami nie ma czasu na przełykanie śliny. Walczymy o chwilę spokoju, dostajemy ją, ale tylko po to by nie stracić przytomności przed kolejną nawałnicą. Z tej płyty nie wolno uronić ani jednego dźwięku! (dlatego słuchajcie na głośno) 

Wielkość Purpurowego Słońca definiuje wielkość muzyków, którzy je stworzyli i wg mnie jest to jedna z najważniejszych płyt w polskim i światowym freejazzie. Wyważa każde drzwi, nie dając się zamknąć w jakichkolwiek ramach. Cud awangardy, któremu trzeba się pokłonić. Nie mrużcie jednak oczu, ponieważ Geniusz, który pozwolił pięciu ludziom pokolorować słońce wg własnego uznania, chce byście zobaczyli jego piękno w całej swojej okazałości.


poniedziałek, 20 grudnia 2021

Various Artists - Wodecki Jazz '70-Dialogi (2021)

Various Artists

Henryk Miśkiewicz - saksofon
Leszek Możdżer - fortepian
Marek Napiórkowski - gitary
Michał Tokaj - fortepian
Michał Barański - kontrabas
Paweł Dobrowolski - perkusja

Wodecki Jazz '70-Dialogi (2021)


Tekst: Jacek Sołkiewicz

Węzeł marzeń, tęsknot i pragnień. Węzeł nie do rozwiązania. Czas minął i pozostaje się pogodzić z faktem, że zagadka takich dźwięków pozostanie właśnie...nierozwiązana.

Bardzo czekałem na ten album. Raz, że w jego DNA są lata siedemdziesiąte, które w przypadku Wodeckiego są obietnicą nieprawdopodobnej muzyki a dwa, że pomysł na złączenie kilku epok i ludzi w nich grających to naprawdę niesamowicie karkołomna aczkolwiek bardzo pociągająca wizja artystyczna.
I oto jest. Zbigniew Wodecki i Jego muzyczne poszukiwania w czasie przeszłym w zderzeniu z obecną wrażliwością, talentem i wizją absolutnie wybitnych muzyków jazzowych.

Henryk Miśkiewicz, Leszek Możdżer, Marek Napiórkowski, Michał Tokaj, Paweł Dobrowolski i Michal Baranski. Brzmi jak supergrupa? Tak, zdecydowanie. I jestem przekonany, że po nagraniu takiej płyty Zbigniew Wodecki ruszyłby w trasę z tym zespołem.

Gdy pojawił się singiel pilotujący - 'Fantazja', wiedziałem, że będzie to materiał absolutnie nietuzinkowy. Przesycony wspomnieniami, tęsknotą i setkami innych emocji - nawet nie próbujmy ich wszystkich nazwać. Wybrano wyjątkowy utwór - z przejmującą wokalizą Wodeckiego i do tego taką, która natychmiast cofa czas. Jeśli ktoś słyszał Jego debiut z 1976 roku z łatwością wyczuje wspólny klimat tych kompozycji. 'Fantazja' pilotuje i otwiera tę płytę i robi to w najlepszy możliwy sposób. Brzmienie jest po prostu genialnie. Motyw prowadzący, zagrany na pianinie Fender Rhodes, dosłownie wciąga od pierwszego taktu. Jest miękko, przestrzennie, lampowo i przede wszystkim ciepło, bardzo ciepło. Wodecki śpiewa tak jakby świat nie istniał. Prosto do ucha, dosłownie. Kompozycyjny majstersztyk - tu niczego nie jest za dużo. Idealne połączenie wpadających w ucho fraz z nieco bardziej freestyle'owymi motywami, które wprowadzają odrealniony klimat. No i te emocje...

Dla mnie całe wydawnictwo skazane jest na ogromną ilość wzruszeń, refleksji i wspomnień. One nie zagłuszają muzyki, one są jej nierozerwalną częścią i definiują jej temperaturę. Gdzieś pomiędzy nutami zaciera się granica czasu i trudno momentami rozpoznać kto i kiedy zagrał daną frazę, ale ta nieostrość kształtów i chronologii są właśnie urokiem 'Dialogów'. Inspiracje płyną z przeszłości szerokim echem i napędzają muzyków, którzy dołączyli do zespołu Wodeckiego niemalże pięćdziesiąt lat później. Pięćdziesiąt lat - tyle było trzeba by ten materiał dotarł na powierzchnię! Wspomniani muzycy zagrali z ogromną powagą i szacunkiem. W każdej nucie czuć respekt i grację wykonania. To w ogóle jest bardzo 'elegancko' zagrany materiał, idealnie wyczuwający estetykę wykonawczą Zbigniewa Wodeckiego.

Drugi utwór na płycie - 'Dialogi', wykonany wspólnie z Leszkiem Możdżerem przynosi całkowitą zmianę nastroju zahaczając w dużej części o niezwykle popularny w tamtym czasie styl fusion jazz. Pędzący do przodu, z wewnętrznym wiatrem i niewątpliwie nutami szaleństwa wygrywanymi przez skrzypce. Dzięki doskonałej partii Możdżera ma się wrażenie jakby pięciolinia powstawała rozwijając się w trakcie jego grania. Natomiast przełamanie, które następuje pod koniec jest momentem nie do zapomnienia. Trudno opisać to słowami. Przecudowne, horyzontalne wokalizy Wodeckiego i fortepian Możdżera płynący gdzieś ponad wszystkim zamykają całość w niewiarygodnie melancholijny sposób. 
Przepiękny, wzruszający moment na płycie, idealny na jej zamknięcie a przecież ona dopiero się zaczęła! 

'Ballada o nieznajomych' musiała być zagrana przez Henryka Miśkiewicza, którego od zawsze uważałem za Mistrza niezapomnianych, wpadających w ucho partii saksofonowych. Delikatnie, ale z werwą. Kaskadująco, ale z niezwykłą miękkością i kontrolą ekspresji. Romantycznie, ale bez lukru. To taka kompozycja, w której praktycznie każda nuta brzmi kryształowo. Tu wszystko błyszczy się w bardzo wysublimowany sposób. Błyszczy, nie oślepia.

'Etiuda na głos i skrzypce' to ponownie Wodecki i Możdżer w akcji. Dosłownie. Galopująca, pełna zakrętów etiuda jest najlepszym dowodem, że Wodecki idealnie czuł się również w takich mocniejszych, strukturalnie złożonych aranżacjach. Szalona perfekcja...a może perfekcyjne szaleństwo?

Po raz kolejny tempo podkręcane przez duet skrzypce-fortepian (co za dialog Wodeckiego i Możdżera!) do górnych limitów tętna, ale tym razem dochodzi jeszcze niezwykle karkołomna wokaliza unisono z poszczególnymi instrumentami. Cudowne przeżycie biec tak w jednym szeregu z dźwiękami. Zadyszka gwarantowana, ale to wyjątkowy stan. 

Po czymś tak rozedrganym, 'Fantazja' w wykonaniu Michała Tokaja jest niczym wolno padający śnieg w cichy grudniowy wieczór. To niezwykle przytulna wersja utworu, który otwierał ten album. Spokój sączący się z każdego taktu obezwładnia...i zaprasza do innego wymiaru. Słuchając partii fortepianu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przez te sześć minut znajdujemy się w szklanej kuli, która chroni nas przed najdrobniejszymi wstrząsami. Cudownie rozmarzony moment.

Kolejny taki czeka na Was w 'Dzielę z Tobą czas na dwoje', w którym jak zwykle zjawiskowo zagrał Marek Napiórkowski. Refleksyjnie i z ogromną wrażliwością. Oszczędnie, ale jakże wymownie. Liryczna narracja rozmywająca rzeczywistość...niepowtarzalna okazja by rozpłynąć się gdzieś na krańcach leniwie napiętych strun..

Na 'Wodecki Jazz'70 dialogi' jest więcej utworów, ale resztę odkryjcie sami. Odurzające przeżycie, naprawdę. Usłyszycie echo człowieka, które przez 5 dekad wędrowało do nas by finalnie wyprzedzić go na ostatnich metrach... Pozostaje jednak cudowna pamiątka czasów, które od teraz, za sprawą wszystkich muzyków, którzy wzięli udział w tej sesji, należą do teraźniejszości. Ruszajcie w tę podróż bez zastanowienia, wszystko jest na wyciągnięcie ręki zatem dystans nie będzie wymówką.




środa, 15 grudnia 2021

Piotr Schmidt Quartet - Saxesful vol. II (2021)

Piotr Schmidt Quartet

Piotr Schmidt - trumpet
Wojciech Niedziela - grand piano
Maciej Garbowski - double bass
Krzysztof Gradziuk - drums

featuring:
Jan Ptaszyn Wróblewski
Zbigniew Namysłowski
Henryk Miśkiewicz
Maciej Sikała
Adam Wendt
Grzech Piotrowski

Saxesful vol. II (2021)

Tekst: Jacek Sołkiewicz

Wyobraźcie sobie gorące popołudnie. Jeden z tych dni, kiedy już nigdzie nie musicie się spieszyć. Zachodzące leniwie słońce faluje na horyzoncie, jest pomarańczowo. P-o-m-a-r-a-ń-c-z-o-w-o. Rynek a wokół niego kamienice ze spalonym upałem tynkiem. Pootwierane okna, delikatnie powiewające zasłony...budzi się ekscytacja nadchodzącym wieczorem. To może być Wasze miasto. To może być dowolne miasto. Przysiadacie na rynkowej ławce i nie spodziewając się niczego stajecie się mimowolnym uczestnikiem niewidzialnego koncertu. Taka okazja zdarza się bardzo rzadko zatem nie otwierajcie oczu i nasłuchujcie.

Pozwólcie by Piotr Schmidt i Jego Znakomici Goście przemówili w sposób w jaki tylko muzyka może przemówić. To ich język. Znany wszystkim od dekad, ale wciąż mówią nim nieliczni. Wyobraźcie sobie, że podczas gdy życie toczy się sielsko na rynku, w jednej z tych kamienic, w pięknej sali spotykają się cztery pokolenia muzyków jazzowych. Codzienność zderza się z niepowtarzalnością. Aż trudno słowami uchwycić romantyzm tego albumu i tej chwili. Jedna sesja a w niej legendy polskiej muzyki jazzowej i ci, którzy mają spore szanse dołączyć do tego znakomitego grona. Utwory znane, ograne, powszechnie uznawane za standardy.

Zatem, czy można było to zagrać tak by rynek stanął w miejscu? Jan ‘Ptaszyn’ Wróblewski, Henryk Miśkiewicz, Zbigniew Namysłowski, Wojciech Niedziela, Krzysztof Gradziuk, Maciej Garbowski i oczywiście spiritus movens projektu, Piotr Schmidt. Jazz All-Stars? Zapewne tak. Jednakże historia zna przypadki gdy takie galaktyczne składy niestety rozpływały się wraz z zadziwiająco rozrzedzonymi dźwiękami. To nie zawsze się udaje. Natomiast udaje się zawsze gdy jest wizja i przede wszystkim pomysł wszystkich muzyków na każdy takt ich obecności w muzyce.

‘Saxesful vol. II’ to modelowy przykład perfekcyjnego wykorzystania talentów wszystkich artystów biorących udział w projekcie. Wszystkie gwiazdy świecą, nie oślepiają i co najważniejsze, żadna z nich nie wchodzi na kurs kolizyjny. Cudowna symbioza rezultatem której są dźwięki docierające bez zbędnego lawirowania prosto do serca słuchacza. To album bezkompromisowy, ale nie w kwestii burzenia porządku jazzowego wszechświata tylko bycia sobą. Bycia tym, kim było się przez całą swoją karierę. To muzyka naznaczona osobowością każdego grającego, wręcz podpisana jego wrażliwością i stylem. Dlatego raz po raz uśmiechamy się do niej, ponieważ momentami z daleka słychać echa dokonań każdego artysty. Ta płyta emanuje niezwykłą emocjonalnością, płynącą do nas szerokim, ciepłym strumieniem z bardzo dalekiej przeszłości. Przeglądamy się w niej niczym w lustrze czasów minionych widząc świetność tych muzyków w całej swej okazałości. Nie dość, że podczas sesji zarejestrowano evergreeny to jeszcze zagrali je ci, którzy mają głośne przyzwolenie na ich dowolną interpretację. I z tego prawa wszyscy skwapliwie skorzystali. Tak oto powstała płyta, której słucha się z zapartym tchem, czekając na kolejny utwór i jego kolejne wcielenie. Jubilerski jazz. 24 karatowy. Muzyczny kruszec, którego wartość nie poddaje się inflacji czasu.

Album składa się z dwóch części - pierwszej, z wybranymi utworami z ‘Saxesful vol I’ i drugiej, ‘właściwej’, z zapisem sesji ‘Saxesful vol. II’. Niewątpliwie bonus w postaci selekcji części pierwszej jest miłym zaskoczeniem a dodatkowo pozwala odczuć różnicę między oboma wydawnictwami. I właśnie, ten ostatni fakt, jest dla mnie największym zaskoczeniem. Zdaję sobie sprawę, że utwory, które pojawiły się na ‘vol. II’ pochodzą z tej samej sesji co ‘vol. I’ a jednak… Możliwe, że to magia osobnych wydawnictw, możliwe, że czas zrobił swoje a możliwe, że…i tak, stawiam na to, dobrano zdecydowanie mocniej rezonujące utwory . Muzycznie, obie części są bardzo udane, ale to ta druga z nich ma w sobie pierwiastek magii.


Jak zwykle, trudno określić to słowami, jednakże aura najnowszej części niesie w sobie tę wspomnianą na początku ekscytację. Te dźwięki wirują wokół nas, zostawiając za sobą błyszczący pył swojego arcymistrzostwa. To ten rodzaj wirtuozerii, który przyciąga i przytrzymuje słuchaczy w bezruchu. 

Kokieteryjna nonszalancja Mistrzów, którzy zawsze grają na swoich zasadach.


Nie ma tu drogi na skróty, która przy tego typu standardach kusi wielu. Każda nuta zagrana jest z niezwykłą gracją i pietyzmem. Ta szczegółowość aranżacyjna zwraca uwagę już od pierwszej sekundy. 
Ornamentowość wykutej w złocie pięciolinii ‘Saxesful vol. II’ to wypadkowa miękkich zderzeń finezji, kunsztu i frywolności. Muzycy, których słyszymy na tym albumie, mogą sobie pozwolić na wiele i niewątpliwie robią to, ale z właściwym dla ikon wdziękiem i umiarem. 

Stąd taki ładunek emocjonalny tej płyty. Czy chcemy tego czy nie, wyobrażenie, że grają między innymi jazzmani tworzący fundamenty Polish Jazz, dominuje odsłuch. To taka piękna chwila, w której nagle wszystko staje się olśniewająco proste i bliskie. Nie ma zbędnych słów, labiryntów myśli…każda sekunda wybrzmiewa w naturalnym dla naszych serc rytmie. Jest galowo, jest wczesnowieczorno, jest cocktailowo, jest nobliwie, jest tak jak chcemy by było. Dzisiaj mało kto potrafi zagrać tak retroautentycznie. Ta sesja to cud pamięci przywołującej czasy, które mało kto wspomina.


Wystarczy posłuchać otwierającego ellingtonowskiego ‘Caravan’. Zwiewność, uniesienie i to wyczucie! 
Ta wersja wieje tak ognistym temperamentem, że trudno usiedzieć przy tym spokojnie w miejscu a jednocześnie zachowuje niesamowicie dystyngowany charakter. Wierzę, że taki perfekcyjny groove mogą osiągać jedynie wybitni muzycy.

Dalej jest niemniej wizytowo…’On the Sunny Side of the Street’ gra niczym soundtrack z naprawdę odległych, przedwojennych czasów i robi się naprawdę bardzo, ale to bardzo nostalgicznie. Bardzo podobnie jest także w ‘Cherokee’, który urzeka swoją niedzisiejszością, ale podaną w tak wyszukany sposób, że żadna z zagranych nut nie pokryła się patyną. To właśnie ogromny atut obu części ‘Saxesful’ - te skrawki historii jazzu zostały opowiedziane językiem teraźniejszości dzięki czemu dotrze ona do wielu.

Nawet wtedy, gdy zacznie grać nieśmiertelne ‘When I Fall in Love’ - cudowna puchowość tego utworu jest ponadczasowa a jednak, w tej wersji zyskuje ona kolejną klasę. Niespieszny, senny klimat azylu dla wszystkich, którzy zdecydowali się przestać biec. Płynne ciepło…stan umysłu zanurzonego w nieskazitelności.

Po czymś takim najlepiej obudzić się zjawiskową wersją ‘Footprints’ Wayne’a Shortera, w której znajdziecie wszystko to co najlepsze w tej genialnej kompozycji, ale, po raz kolejny, wyniesione na inny poziom. Lekkość, niemalże efemeryczność dźwięków zagranych niezwykle przestrzennie daje jakże bezcenne poczucie nieważkości. To moment prawdziwego oderwania na tej płycie. Trudno nie dać się ponieść tak zagranej muzyce.

Wieńczące ‘Ach śpij kochanie’, Henryka Warsa błogo wycisza i uświadamia nam niezliczoność sposobów zagrania tych samych dźwięków, emocji i słów…cóż za wersja! Śpiewali to Mieczysław Fogg, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza a teraz ten utwór dociera do nas w takiej postaci. Aksamitny magnetyzm na koniec…byśmy nawet nie pomyśleli, że to pierwszy i jedyny raz.


‘Saxesful vol. II’ to spotkanie z muzyką, którego nie wolno przekładać. Nieważne czy to zaskoczy Was w Waszym mieście czy gdziekolwiek indziej…jeśli usłyszycie ją dobiegającą w rynku, z okna kamienicy a może innego miejsca, zatrzymajcie się, ponieważ nieczęsto te sytuacje kończą się tak wzruszająco. Trzeba powiedzieć sobie jasno: instynktownie szukamy takich dźwięków, ale rzadko kiedy znajdujemy coś tak wartościowego. Czar tej płyty pozostanie na zawsze, ale świadomość ulotności chwili, w której została nagrana wprawia w szczerą zadumę. Trudno bowiem momentami oddzielić radość obcowania od kruchości wybrzmiewającego echa. Tym bardziej, iż dobiega ono do nas sprzed prawie 100 lat. Czas płynie, zmieniają się tylko jazzowe sztafety, które przekazują nam tę porcję wyjątkowych wrażeń a skoro obecnie jedna z nich biegnie tuż obok nas, wsłuchajmy się w każdy ich krok.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Piotr Schmidt Quartet - Dark Forecast (2020)

Piotr Schmidt Quartet

Piotr Schmidt - trumpet
Walter Smith III - tenor saxophone (04, 05, 10)
Matthew Stevens - guitar (02, 06, 08)
Wojciech Niedziela - grand piano
Maciej Garbowski - double bass
Krzysztof Gradziuk - drums

Dark Forecast (2020)


Tekst: Jacek Sołkiewicz

Kiedy nagrywa się taki album jak 'Tribute to Stańko' to należy liczyć się z faktem, że wszyscy patrzą na...palce. Patrzą i słuchają co potrafią one zagrać po takiej odsłonie. To swoiste muzyczne 'sprawdzam' nadchodzi wraz z 'Dark Forecast' i jak dla mnie, Piotr Schmidt, razem z pozostałymi muzykami, pokazują, że presja, o ile takową odczuwali, może działać w niezwykle kreatywny sposób.

Podwójny album, pięknie wydany...lśniąca biel winyli wzmacnia doświadczenie całości. A dzieje się tu naprawdę sporo.

Słuchając tej muzyki ma się poczucie dryfowania na bliżej nieokreślonej częstotliwości. Są tu momenty kojące, są też takie, które wzmagają wiatr, ale sporo też w tym wszystkim odrealnienia, które powoduje, że czujemy się jak w obcej pamięci.

Dużo tu taśmy filmowej...i nie tylko z powodu dwóch utworów Krzysztofa Komedy. To jest po prostu tak zagrane, że kadry same pojawiają się przed oczami.Tym razem jednak, wyobraźnia jest ekranem, na którym Piotr Schmidt z Kwartetem wyświetla gotowy scenariusz...choć dla każdego inny, zaręczam.

Nastroje mieszają się tu bardzo delikatnie, ale to wystarczy by ta niezwykle podatna na impulsy dźwiękowe przestrzeń zmieniała co chwilę swoje oblicze. To ogromna zaleta tego albumu - cała opowieść ma doskonale skontrolowany rytm, dzięki któremu mamy czas na kontemplowanie piękna pojedynczych historii.

Nauka niespiesznego oddychania...po to by zanurzyć się bez oglądania za siebie.

Wyczuwam tu ogromny szacunek dla nut, dla każdego zagranego dźwięku. Niezwykła elegancja oplatająca słuchacza jest naturalnym zjawiskiem i należy się temu bezwarunkowo poddać. To cudowne uczucie gdy w powolny, bardzo metodyczny sposób, tracimy kontakt z rzeczywistością na rzecz obcowania z czymś tak dopełniającym naszą wrażliwość. Miękka, aksamitna czeluść. Nie odbija światła przez co przybiera dowolny kształt. Z takich głębin można wrócić tylko bogatszym w piękno, którego na próżno szukać na powierzchni.

Niesamowitość 'Dark Forecast' potęguje sposób w jaki muzycy funkcjonują we wszystkich kompozycjach. Muzycy absolutnie doskonali, dodam. Ani jednego dźwięku, który mógłby zakłócić narrację poszczególnych instrumentów. Taki sposób zgrania pozwala wybrzmieć każdemu dzięki czemu dociera do nas wszystko co ważne. To właśnie dlatego tak świetnie się tego słucha. 

Najnowszy album Piotra Schmidta to muzyka o tak dużej rozdzielczości, że trudno nazwać ją po prostu jazzem. Jazz to początek - im głębiej w dźwięk, tym zdecydowanie więcej płaszczyzn, na których słychać kunszt kompozytorski i horyzonty muzyczne. Niesamowita dojrzałość i zrozumienie sonicznego tętna. Dzięki temu, w trakcie odsłuchu, możemy dosłownie wybierać role w filmie, który nam się wyświetla.

Muzyka zagrana dla nas byśmy mogli grać siebie na wiele sposobów.

wtorek, 30 listopada 2021

Marek Napiórkowski - Hipokamp (2019)

Marek Napiórkowski

Marek Napiórkowski - guitar
Jan Smoczyński - keyboards
Paweł Dobrowolski - drums
Luis Ribeiro - percussion
Adam Pierończyk - soprano saxophone (1,2)

Hipokamp

Tekst: Jacek Sołkiewicz


Gdzieś na skraju jawy i snu, na tafli szarej wody mienią się odbicia naszej świadomości...tańczą, zmieniają swój kształt i podmieniają wspomnienia na złudzenia. Błyszczący pokaz niepamięci, ferie retro artefaktów a wszystko za sprawą dźwięków, które idealnie trafiają w tę część umysłu, która jest na tyle elastyczna by udźwignąć taką zabawę z tym co uznaliśmy za wyblakłe. Może dlatego, że na co dzień obcujemy z ogłuszającym szumem i tak naprawdę nie możemy wsłuchać się w głos, który zdaje się być kluczem do archiwum, które nosimy w sobie? Przyśnione czy przekłamane? Wątpliwości dobiegają coraz głośniej, w miarę słuchania ‘Hipokamp’ - najnowszej płyty Marka Napiórkowskiego (2019), która kilka dni temu pojawiła się w czarnej wersji. 

A nowa płyta to Napiórkowski, który zaskakuje. Kolorem, temperaturą, ale przede wszystkim aurą. Już nie jest tak jasno, zawadiacko ani szepcząco blisko. Na ‘Hipokamp’ pojawiają się elementy, których wcześniej nie było - rozedrganie i...cień. Cień, w którym do głosu dochodzą nieoczywiste nuty, napięcie i echo miejsc głębokich na tyle, że mamy dreszcz zaglądając do nich. Jednocześnie to płyta cudownie rozkręcona, rytmiczna emocjonalnie i przede wszystkim perfekcyjnie (nied)opowiedziana. To po prostu inne oblicze tego samego człowieka, wokół którego nagromadziły się impulsy pochodzące z wielu różnych źródeł - mogło dojść do niebezpiecznych wyładowań a skończyło się na przepięknej, wciągającej swą tajemnicą, liryce. Tak, ‘Hipokamp’ ma głębię, która od pierwszych nut nie pozwala przejrzeć tego wydawnictwa na wylot. Tu naprawdę trzeba się zanurzyć, wsłuchać i przede wszystkim spędzić czas. Nieprzejrzystość tego albumu jest wciągająca. Zmusza do odkrywania, refleksji i pewnego wysiłku emocjonalnego. Jednakże w zamian oddaje bardzo długą podróż za zamkniętymi oczami. A dotrzecie naprawdę daleko. 

Osobiście, mam poczucie pewnego odrealnienia tej sesji. Wybrzmiewają tu takie dźwięki, które malują kształty nieznane. Niczym jak na zalanych fotografiach...widzimy majaczące obrazy, ale nie potrafimy przypisać ich do czegokolwiek znajomego. Dlatego brniemy w to dalej łudząc się, że te kontury się wyostrzą. To naprawdę niesamowite uczucie, zwłaszcza, że towarzyszy przez większość płyty. Na pewno wielki wpływ na taki stan rzeczy ma obecność instrumentów klawiszowych, które generują hipnotyczną aurę, pełną mar, złudzeń i zniekształceń. To atmosfera, która ma wiodące znaczenie w przypadku utworów takich jak ‘Hipokamp’ czy ‘Niepokój’ (!!!) - oba definiują tę nową jakość muzyki Marka Napiórkowskiego. Syntezatory grają bardzo minimalistycznie, ale ich zapętlenia i idealne proporcje powodują, że między nuty wkrada się dużo pochmurności. Miękkie podrażnienie. Niby nie boli, ale czujemy obecność czegoś nieznajomego. Jednakże to nieznajomość fascynująca. Niezmaterializowana, ale odczuwalna. Tkwimy w bezruchu by nie przerwać tej emanacji nowej energii, którą niesie ze sobą. 

Urzekł mnie fakt jak doskonale Marek Napiórkowski wpasował partie gitary w ten klimat. To musiało być mierzone co do nuty, ponieważ jest idealnie tam gdzie powinna być. I słyszalna w taki sposób, że nie tracimy uwagi na wsłuchiwanie się. Aranżacyjne mistrzostwo. To już nie kwestia akordu czy dwóch tylko całej partytury. Inna sprawa to odcień tego co gra Napiórkowski - tu zaszła, moim zdaniem, największa zmiana. Możliwe, że to tylko kwestia przesunięcia o centymetr na gryfie gitary niemniej, szalenie istotna i wynosząca ten materiał na zupełnie inny poziom odczuwania. Każde słowo można zagrać na wiele sposobów i tu właśnie mamy do czynienia z taką różnicą.

Jest ciemniej, ale za to zdecydowanie bardziej magnetyzująco. 

Nie ma też znaczenia czy jest to pędzący ‘Brainstorm’, przyspieszający ‘Flashback’ czy zaskakujący cover ‘Space Oddity’ Davida Bowie - swoisty miraż rozpościera się przed nami w całej swojej rozciągłości od pierwszej do ostatniej sekundy. Zmiany tempa, kaskady dźwięków, nagłe wyciszenia, swobodne otwieranie i zamykanie ambientu powoduje, że nie mamy możliwości złapania pełnej ostrości tego co słyszymy. To zmętnienie jest wypadkową stylu gry każdego muzyka, który wziął udział w nagraniach. Przemawiają oni wszyscy jednym, bardzo spójnym językiem dzięki czemu ‘Hipokamp’ jest tak konsekwentny i uzależniający. Nie zmienia tego nawet nieco pastiszowy wydźwięk ‘Profesor Kuppelweiser’, który rozjaśnia nieco przestrzeń swoją (pozornie) roztańczoną lekkością. Warto w tym miejscu wspomnieć o niezwykle wyrazistych partiach instrumentów perkusyjnych, które w czujny sposób budują nastrój lub napędzają galop utworów. To niewątpliwie bardzo jaskrawy element na ‘Hipokamp’, który w każdej innej sytuacji nadałby nieco latynoski, gorący styl, ale tutaj właśnie, w połączeniu z pozostałymi instrumentami jego obecność wypada frapująco i świetnie wypełnia horyzont rytmiczny płyty. Zresztą sama gra bębnów ma na ‘Hipokamp’ fundamentalne znaczenie - utwór po utworze cierpliwie i niezwykle metodycznie budują nastrój. To taki poziom wirtuozerii, na którym perkusista świetnie rozumie ideę nadrzędną i nie wprowadza niepotrzebnego zamieszania, grając tak by wyeksponować każdy takt tej magicznej opowieści. I robi to po prostu perfekcyjnie używając przy tym rozmaitych stylów inkrustując całość materiału. Równie rewelacyjnie funkcjonuje saksofon, który dosłownie maluje klimat w wielu miejscach stanowiąc często o wyjątkowości poszczególnych fragmentów, ale nie przepycha się na pierwszy plan, nie wybudza słuchacza...zamiast tego dodaje kolejne fascynujące odcienie. 

Miałem okazję słyszeć ‘Hipokamp’ na żywo, tuż po faktycznej premierze tej muzyki w 2019 roku i najpiękniejsze było to, że całemu zespołowi udało się przenieść tę lekko mistyczną aurę do formatu koncertowego. To pokazuje jakość tej płyty i sposób w jaki oddziaływuje ona na zarówno muzyków jak i publiczność. Bardzo wyrazista płyta w dorobku Marka Napiórkowskiego. Niemalże koncepcyjna zarówno w warstwie brzmieniowej jak i czysto wykonawczej. 

Wiele tu momentów pełnych zadumy, takiego dobrego zawieszenia. Kiedy miną, budzimy się jak z chwilowego letargu nie wiedząc nawet kiedy do tego doszło. ‘Hipokamp’ wciąga co prawda bardzo powoli i delikatnie, ale jednokierunkowo. Zapadamy się między tymi nutami niczym w rozpływającym marzeniu, które miękko obezwładnia przy każdej próbie poderwania. Wyłącza umysł pozostawiając nas sam na sam z iluzją mikroskopijności naszych problemów. Bardzo potrzebna muzyka.

niedziela, 21 listopada 2021

Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Zbigniew Seifert, Janusz Stefanski - Kunstkopfindianer (1974)

Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Zbigniew Seifert, Janusz Stefanski

Bass, Electric Bass – Adelhard Roidinger
Drums – Janusz Stefanski
Piano, Electric Piano, Synthesizer, Harp [Nagoya Harp] – Wolfgang Dauner
Soprano Saxophone, Tenor Saxophone – Hans Koller
Violin, Alto Saxophone – Zbigniew Seifert

Kunstkopfindianer (1974)

Tekst: Jacek Sołkiewicz

Portal do jazzowej czeluści, w której, by przeżyć, trzeba nauczyć się oddychać w nowym tempie. Kontrolowanie tonięcie. Lekcja przetrwania, która jest wstępem do uzależnienia. Brzmi paradoksalnie? Spróbujcie. To jeden z tych albumów, na których pułapki zastawiono co kilka taktów. I to jedna z tych sytuacji, gdy naprawdę warto skoczyć na oślep przed siebie - w rytm tego co usłyszycie.

‘Kunstkopfindianer’ to muzyka, która wciąga odurzając dawkami nut, które wymykają się jakiejkolwiek skali. Trudno zapanować nad drżeniem ciała gdy atakują nas takie impulsy. Wąchanie dźwiękowej adrenaliny...chcesz przestać, ale nie da się zatrzymać przy tej prędkości doznań. Zatem pełne poddanie, niekończące się nokauty i ciągłe wstawanie po więcej.

Genialne. Ponadczasowe. Wyprzedzające epokę. Ta płyta mogłaby być nagrana kiedykolwiek i zawsze brzmiałaby tak samo świeżo. Każdy rocznik pasuje do tej muzyki. Czas nie gra żadnej roli a to rzadki przypadek. Muzyczne wizjonerstwo na poziomie nieuleczalnej nadwzroczności. Ten materiał nagrany w 1974 roku nieustannie przecina dekady nie osiadając w żadnym stylu i żadnej konwencji, wymykając się jakimkolwiek próbom okiełznania.

Jazz? Nic podobnego. Jazz jest tu stanem umysłu, dzięki któremu wyeliminowano wszystkie szlabany mentalne. Tylko wtedy można było rozpędzić się do zaniku tętna. Ta płyta to dzieło totalne, na którym zderzają się wizje, pragnienia, demony i fascynacje, ale nie gatunki muzyczne. Nikt niczego nie kalkulował - zagrano to tak by każdemu zagrało w sercu i duszy. Suma wszystkich taktów dała opowieść bez końca - zupełnie jakbyśmy otwierali wciąż tę samą książkę, ale nigdy nie trafiali na ten sam rozdział. Tu nic nie jest stałe i to jest największym pięknem tej muzyki.

Transowo, monumentalnie, nerwowo, neurotycznie i przede wszystkim eksplozywnie - klimat ‘Kunstkopfindianer’ zmienia się jak w rozregulowanym kalejdoskopie, który grozi wybuchem, ale mimo wszystko wpatrujemy się w niego wielkimi oczami.

Czy mogło być inaczej jeśli w jednym studiu spotkali się Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Janusz Stefański i Zbigniew Seifert? Nie zawsze wielkość muzyki jest adekwatna do grających ją artystów, ale w tym przypadku ich legenda zbudowała muzyczny monument.

Otwierający, tytułowy ‘Kunstkopfindianer’ wprowadza nas w sposób niezwykle hipnotyczny, tajemniczy by następnie zwieść delikatnym przełamaniem, po którym spadną na nas kaskady dźwięków. To jest tak gęste, że nie da się w żaden sposób uniknąć kontaktu...a ten potrafi być naprawdę mocno odczuwalny.

W niezmiennym, szalonym tempie, audio masyw przesuwa się w naszą stronę a w nim kotłują się w niewiarygodnie zgodny sposób partie skrzypiec, fortepianu, kontrabasu i saksofonu...a całość osadzona na gorączkowej, narwanej linii bębnów, która brzmi jakby grało ją kilka osób! Słuchając tego utworu ma się wrażenie jakby ta audiomasa była napędzana wirującym tornadem zamkniętym w jej wnętrzu. Cudowne wyciszenia, pełne ambientowego wytchnienia dają niewątpliwie przestrzeń na zebranie myśli, ale to celowy zabieg by kolejne uderzenie miało jeszcze większy impakt...zatem przygotujcie się.

‘Suomi’ wita nas niezwykle mrocznym, brudnym intro, które w posępny sposób przechodzi do cudownie transowe rozwinięcie. Niepokój i chłód biją tu z daleka, ale jest w tym wszystkim zniewalające piękno i zapraszająca tajemnica. Massive Attack w 1974 roku? To mógłby być ich początek. Wbrew pozorom ten krótki (szkoda!) utwór wprowadza jakże potrzebną chwilę refleksji i daje szansę na zebranie sił przed tym co nadchodzi.

A trzeci na płycie ‘Nom’ nie pozostawia złudzeń od pierwszych sekund - riffowe wręcz wejście grane na syntezatorze nadaje niezwykły ciężar, który w niezwykle czujny sposób zwiększa Stefański grając na bębnach bardzo motorycznie, ciężko, ale z niesamowitym groove. To jednak tylko preludium do późniejszego skoku we wspomnianą na początku czeluść. A w niej cała masa artefaktów, iluzji, nienaturalnych powiększeń i znikających obrazów. Jesteśmy potrząsani przez niewidzialne siły, ale jeśli poddanie było bezwarunkowe to jest to naprawdę oszałamiające uczucie. Nieprawdopodobne jak muzycy znajdują wspólną drogę przez taki labirynt. Momentami robi się wręcz paraliżująco od rozedrgania. Niesamowity pokaz wyobraźni i przede wszystkim warsztatu każdego muzyka co dało finalnie zapierający dech rezultat - to już taki poziom zgrania, na którym każda nuta niesie w sobie echo tego co dopiero zostanie zagrane.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że temperatura tej płyty nie spada ani na chwilę, ale jest doskonale dopasowywana poprzez świetnie zaplanowaną kolejność utworów. Te bardziej złożone, strukturalnie ściśnięte, są z reguły przełożone tymi z większą ilością powietrza. Dzięki temu możemy w ogóle przetrwać tę nawałnicę a wręcz odnaleźć w niej prąd do upajającego dryfu.

Tak właśnie jest w przypadku czwartego ‘Ulla M. & 22/8’. Świetne rozluzowujące intro jest niczym rozgrzewka przed właściwą grą, w której już niebawem pojawi się niezwykle bluesowy klimat a w nim przeszywająca partia skrzypiec Seiferta, pełna kąśliwej wirtuozerii. Ponownie Stefański idealnie wyczuł atmosferę całości proponując taką linię bębnów, że trudno wręcz usiedzieć przy tym w spokoju. Zamknijcie oczy, wsłuchajcie się w bębny i idące im w sukurs elektryczne piano Fender Rhodesa granego przez Roidingera...drzwi The Doors stoją otworem. To oczywiście luźne skojarzenie, ponieważ dalej Hans Koller przypomina wszystkim, że na ‘Kunstkopfindianer’ nie ma metek ani definicji.

Jego połamana, karkołomna partia saksofonu wprowadza swoją własną jakość, ale jest też świetnym łącznikiem z ostatnią częścią, w której ewidentnie oddano prym natchnionej rytmice Stefańskiego. Trans, trans, trans!

I na koniec utwór autorstwa Zbigniewa Seiferta - ‘Adea’. Wiele razy mówiłem, iż jest On jedną z najbardziej nieodżałowanych strat w polskiej muzyce jazzowej. Kto wie ile muzyki nagrałby będąc tak niewiarygodnie utalentowanym i kreatywnym. Nieco pełzający z licznymi falami wznoszącymi, na których każdy z muzyków miał okazję zagrać więcej i mocniej. Świetnie zbudowana, narastająca dramaturgia za sprawą rozpływających się nad całością skrzypiec i ponownie fenomenalnej współpracy na linii bas - bębny, dzięki której, pomimo mocno improwizowanej formy, nie wydostajemy się ani na chwilę z rytmicznego zniewolenia.

Hipnoza trwa w najlepsze a to już koniec...

Co za album! Dla mnie ‘Kunstkopfindianer’ wytycza wiele idealnych granic, które nigdy nie powinny być przekroczone. To daje gwarancję takiego balansu, który wciąga a nie odstrasza. Łatwo w takich dziełach przeciągnąć muzykę na stronę bezproduktywnego popisu...tu jednak mamy do czynienia z wręcz pomnikowym uwiecznieniem kunsztu wszystkich muzyków. Przede wszystkim jednak pokazuje jak perfekcyjnie przetłumaczyć wielkość talentu na nuty, po których chodzić będą wszystkie kolejne pokolenia muzyków i słuchaczy. To jedna z tych pozycji, które są po prostu obowiązkowe dla jednych i drugich.

Trudno wydostać się ze świata tych dźwięków, ostrzegam. W zapomnieniu opadamy niżej i niżej z każdym odsłuchem. Coraz trudniej oszacować dystans do powierzchni. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że w ogóle nie myślimy o powrocie.


poniedziałek, 8 listopada 2021

Łukasz Ojdana - Kurpian Songs & Meditations (2020)

Łukasz Ojdana

Łukasz Ojdana - piano
Mariia Ojdana - voice (7)

Kurpian Songs & Meditations (2020)

AUDIO CAVE 2020/003

Tekst: Jacek Sołkiewicz


Otworzyć drzwi do swojego świata by weszli nimi nieznajomi - oto cena, którą trzeba zapłacić nagrywając taki album.

Album niezwykle intymny, niebezpiecznie bliski, fascynujący i przede wszystkim bez reszty głęboki. Już otwierający 'Song I' jest nader czytelnym sygnałem, że na tej płycie nie będzie kalkulacji i zachowawczego grania. Doceńmy to, ponieważ zostajemy zaproszeni na grunt, który drży od każdego, nawet najbardziej delikatnego kroku. Nie jesteśmy u siebie, ale te nuty powodują, że możemy się tak poczuć.

Zagrać tradycyjne melodie kurpiowskie w sposób tak emocjonalny, tak inny i pociągający to wielka sztuka. Narracyjne mistrzostwo w wykonaniu Łukasza Ojdany to ten element, który sprawia, że każdy kolejny odsłuch niesie ze sobą nowa historię. Taka sytuacja nie zdarza się zbyt często. Trzeba naprawdę magicznego połączenia między sercem, duszą i palcami by zagrać to w taki sposób.

Melancholia mieszająca się z nostalgią w tej muzyce nie pozwalają zamknąć oczu. Soundtrack prawdziwego życia, chciałoby się powiedzieć. Tu wszystkie opowieści mogą być Wasze, a wtedy nuty nabierają jeszcze większej mocy. I nawet jeśli urywają się nagle...ich echo niesie podmuch, który jeszcze długo będziecie na i w sobie odczuwać.

Niesamowita jest czytelność tego albumu a jednocześnie wielka zagadka, którą Łukasz Ojdana misternie buduje z utworu na utwór. Niby słyszymy każde uderzenie klawisza, każdy dźwięk, artefakt dochodzący z serca fortepianu, a jednak między nimi wszystkimi jest tyle miejsca na odczuwanie i interpretację... Cudowny ambient tej płyty przywołuje obrazy miejsc, których nie chcemy opuszczać. Wewnętrzny głos daje nam znać, że to jest najwłaściwsza częstotliwość. To jedna z tych niesamowitości na 'Kurpian Songs & Meditations' - album inspirowany Kurpiowszczyzną, ale zagrany tak, że każdy może poczuć tu swoje własne miejsce.

A skoro o głosie mowa, niesamowitą niespodzianką jest nagłe pojawienie się mistycznej, transowej wokalizy w wykonaniu Marii Ojdany. To impuls, który wnosi niesamowitą energię, ale też i emocje. Mariia śpiewa jakby czas miał się zaraz zatrzymać i nie ma w tym odrobiny przesady - to niezwykle 'szamański' moment na płycie.

Ten krążek to zbiór przepięknych opowieści, wypełniony wrażliwością, od której nie da się w żaden sposób uciec. Słuchanie tych dźwięków to sytuacja z gatunku 'wszystko albo nic'. I skoro autor i wykonawca tej muzyki zdecydował się zagrać z nami w otwarte nuty, powinniśmy wsłuchać się uważnie w to co chce nam przekazać. Maestria, z jaką płynie do nas ta muzyka, jest muzyczną prawdą ponadczasową. Darem, który zmienia dowolna chwilę w niezapomnianą. Powiewem czasu, który minął tak bardzo dawno temu, że aż trudno uwierzyć, że ktoś mógł o nim pamiętać.


Zobacz też: