Muzycy: Jan Smoczyński – syntezatory, elektronika Łukasz Poprawski – saksofon Michał Miśkiewicz – perkusja gościnnie: Zuzanna Malisz na barabanie i zakrzyki
Tytuł płyty: "Fryderyk"
Wydawca: Tokarnia Music Production (2025)
Realizacja: Jan Smoczyński (Studio Tokarnia)
Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]
To nie jest pierwsza próba.
Muzyka Fryderyka Chopina od dawna krąży w jazzie, ale rzadko bywa traktowana w ten sposób. Sięgali po nią Mieczysław Kosz, Andrzej Jagodziński, Leszek Możdżer czy Adam Makowicz. Najczęściej punktem wyjścia był fortepian i czytelna relacja z oryginałem.
Projekt LIS – „Fryderyk” zaczyna się gdzie indziej.
„When the Child Was a Child” to najnowsza płyta Davida Doruzki i Piotra Wyleżoła, ze wspaniałym towarzyszeniem Michała Barańskiego, Michała Miśkiewicza oraz Nicolasa Patu.
Jednocześnie są to także pierwsze słowa, jakie padają w filmie Wima Wendersa 'Wings of Desire', którego polski tytuł brzmi „Niebo nad Berlinem”.
Okazuje się, że nie jest to przypadek, bo, jak czytamy na okładce płyty, film jest jedną z inspiracji do powstania tego albumu. Dlatego też nie da się opowiadać o tej muzyce bez nawiązania do filmu i będą się one przenikać w poniższym tekście.
Joe Lovano / Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz, Michał Miśkiewicz
Joe Lovano: Tenor Saxophone Marcin Wasilewski: Piano Sławomir Kurkiewicz: Double Bass Michał Miśkiewicz: Drums
Tytuł płyty: "Hommage"
Wydawnictwo: ECM Records (2025)
Nagrano: November 2023, Van Gelder Studio, New Jersey
Autor tekstu: Paweł Ziemba
Rok temu na platformie Polish-jazz.blogspot.com opublikowałem swoją ostatnią recenzję, która dotyczyła płyty “Better” autorstwa Tomasza Dąbrowskiego & The Individual Being. To muzyka niezwykła, pełna emocji i witalnej energii. Dziś trzymam w ręku album HOMAGE, wydany przez ECM Records — owoc współpracy Joe Lovano i Marcin Wasilewski Trio. Nieprzypadkowo właśnie od tej płyty rozpoczynam mój powrót do pisania o muzyce. Choć oba albumy dzieli nie tylko czas, ale i skład wykonawców, to w mojej ocenie łączy je jedno — duch Tomasza Stańki. Obecny nie w dźwiękach dosłownie, lecz w sposobie myślenia, w emocjonalnej głębi i szczerości przekazu.
Tomasz Stanko - trąbka Marcin Wasilewski - fortepian Slawomir Kurkiewicz - kontrabas Michal Miskiewicz - perkusja
"September Night"
Wydawca: ECM (2024)
Tekst: Maciej Nowotny
Kilka lat przed jego śmiercią miałem okazję zostać zaproszony przez Tomasza Stańkę do jego mansardy na warszawskim Powiślu, aby porozmawiać o zbliżającym się festiwalu w Bielsku-Białej, którego był organizatorem. Tomasz nie był w wyśmienitym nastroju, gdyż w ramach obowiązków festiwalowych udzielał tego dnia wielu wywiadów, które go zmęczyły, a nawet rozdrażniły. Dziennikarze, którzy go odwiedzali, bywali mało zorientowani w jazzie, ale za to olśnieni celebryckim statusem artysty. Pytali o dywany w jego mieszkaniu, nie zwracając uwagi na muzykę płynącą cicho z głośników. A grał akurat jego ulubiony trębacz, Charles Tolliver, którego miałem szczęście rozpoznać. Lód został przełamany.
Rozmowa potoczyła się swobodnie dalej, na różne tematy, a jeden wątek miał poniekąd związek z Tolliverem. Tolliver żyje, ale nagrywa już rzadko, zresztą któż go dziś słucha, któż pamięta czy docenia jego geniusz? W tym momencie Stańko zadał nam (byłem w towarzystwie Rocha Sicińskiego i Piotrka Gruchały) retoryczne pytania: czy ludzie będą pamiętali moją muzykę i jak ją będą pamiętali? Nie był pewien ani jednego, ani drugiego. W tej samej rozmowie wyraził też pewną wątpliwość co do swojego talentu. Wspominał okres, gdy mieszkał w Nowym Jorku i kiedy zdał sobie sprawę, jak wielu jest tam wybitnych muzyków, wręcz genialnych, "grających niemal na każdym rogu", którym jednak nigdy nie będzie dane zaznać uznania czy sławy.
Dlaczego przywołuję to spotkanie? Bo zastanawiam się jak odebrałby fakt, że prawie 6 lat po jego śmierci jest nie tylko pamiętany, nie tylko słuchany, ale że pozostaje niezastąpiony. Przedmioty, których dotknął czy używał, nabrały magicznego charakteru, co miałem okazję obserwować na odbywającym się kilka dni temu - 19 czerwca 2024 roku - w warszawskim klubie Pardon, To Tu koncercie combo Tomasza Dąbrowskiego z materiałem z jego najnowszej płyty zatytułowanej "Better". W pewnym momencie Dąbrowski pokazał piękną, błyszczącą delikatnie złotem trąbkę, potwierdzając, że jest to instrument należący niegdyś do jego wielkiego imiennika. Patrzył na to z trzeciego rzędu przysłuchujący się koncertowi - w towarzystwie Doroty Miśkiewicz - Marcin Wasilewski. Nie wiem, co sobie o tym myślał, ale wiem, że gdy przysłuchujemy się muzyce na "September Night" - nagranej podczas koncertu w monachijskiej Muffathalle 9 września 2004 roku z muzykami tworzącymi dzisiaj trio Marcina Wasilewskiego - jeszcze lepiej rozumiemy, jak wielką częścią geniuszu Stańki była umiejętność znalezienia odpowiednich dla skali jego talentu współpracowników. Trio wspomnianego wyżej Wasilewskiego, wraz z grającymi na kontrabasie Sławomirem Kurkiewiczem i na perkusji Michałem Miśkiewiczem, to od kilku dekad wyznacznik najwyższych standardów jazzowego grania na żywo. Tej coraz rzadziej spotykanej sztuki, gdy szczególnie w czasach pocovidowych, mieliśmy wysyp wybitnych nagrań studyjnych, które jednak nigdy nie miały okazji wybrzmieć na żywo, a jeśli wybrzmiewały, to często rozczarowywały.
A zatem "September Night" jest muzyką najwyższej jakości, której pomimo upływu dwóch dekad od jej nagrania, nie tylko nie dotknął ząb czasu, ale wręcz dodał jej mocy. Jest też okazją do przypomnienia, co stanowiło o unikalnym charakterze tego artysty: nieustannym kwestionowaniu swojej roli, tego, co się chce powiedzieć, szukaniu nowych kontaktów, nowych inspiracji, nie tylko muzycznych, gotowości by zaczynać wszystko od nowa, by nie tylko grać, ale żyć jazzem. Tej jego unikalnej właściwości nie odnajdziemy na tych starych nagraniach i jest to właściwie ich jedyna wada, dlatego tego ducha poszukiwań warto szukać wśród muzyków kontynuujących duchowe dzieło Maga z Krakowa. Zresztą warto tego elementu szukać nie tylko w jego muzyce, ale także w nas samych, jej słuchających.
Magdalena Zwartko debiutowała w roku 2015 albumem "Leć Głosie", który był - jak pisał Adam Baruch w recenzji na naszym blogu - bardzo udanym połączeniem elementów polskiej muzyki ludowej, klasycznej i jazzu. W kolejnych latach Magdalena potwierdziła swoją pozycję jako jeden z najciekawszych głosów w młodym polskim jazzie pojawiając się na tak różnorodnych stylistycznie i ciekawych albumach jak na przykład "Wagabunda" - nagranym w duecie z kontrabasistą Grzegorzem Piaseckim i inspirowanym kulturą muzyczną Gruzji, Maroka, Izraela, Ameryki Północnej i Polski czy "Voices" - nagranym przez legendę polskiej sceny jazzowej trębacza Piotra Wojtasika. Jej udział w tym drugim projekcie nasz kolega Mateusz Chorążewicz odnotował w rzadkich dla niego entuzjastycznych słowach: "Jedną z bardziej intrygujących warstw muzycznych (tego albumu) jest głos Magdaleny Zawartko. Wokalistka bardzo sprawnie porusza się między różnorodnymi technikami – począwszy od techniki klasycznej, a na śpiewie etnicznym skończywszy".
Jak widać nasza krytyka jazzowa, w tym pisząca na tym blogu, od dawna i z życzliwością śledzi rozwój talentu Zawartko, która obok takiej na przykład Natalii Kordiak czy Anny Rybackiej, tworzy awangardę przedstawicieli młodego pokolenia wokalistyki jazzowej w Polsce. W tym kontekście najnowszy album Magdaleny Zawartko, co znamienne pierwszy wydany całkowicie pod swoim nazwiskiem, symbolicznie kończy pierwszy okres jej kariery, kiedy z sukcesem zbudowała swoją pozycję na naszym jazzowym rynku i przystępuje do etapu drugiego jakim jest przebicie się ze swoim nazwiskiem do świadomości szerokiej jazzowej publiczności, a najlepiej i pozajazzowej. Czy patrząc z tej perspektywy jej najnowsza płyta może w tym pomóc?
Jestem zdania, że zdecydowanie tak. Bo ze wszystkich wydanych przez nią do tej pory ten materiał jest zdecydowanie najbliżej tzw. "głównego nurtu", ale w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Przede wszystkim warto tu odnotować muzyków, których wokalistka zaprosiła do współpracy. Michał Tokaj to nie tylko wybitny pianista, ale przede wszystkim muzyk znany z bardzo udanych projektów z wokalistkami, w tym z wieloletniej współpracy z Agą Zaryan, a także z wokalistami, w tym bardzo udanych projektów z Grzegorzem Karnasem. Zatem Tokaj jest dla naszej wokalistyki jazowej trochę jak legendarny Hank Jones i to porównanie powinno wyjaśnić wiele co oznacza dla Zawartko jego obecność na tej płycie. Ale poza nim w składzie grającym na tym krążku znajdziemy równie prominentnych kontrabasistę Michała Barańskiego, laureata wszelkich możliwych nagród za jazzowy album roku 2022 za swoją płytę "Mazovian Mantra" i Michała Miśkiewicza, członka polskiego combo numer 1 czyli trio Marcina Wasilewskiego, a także młodego i utalentowanego saksofonistę Marcina Kaletkę. Słuchanie tych muzyków grających razem na tej płycie to wielka przyjemność, sama w sobie usprawiedliwająca odsłuchanie tej płyty, ale też pokazująca, że głos liderki na tle tych granych przez tych muzyków dźwięków, jawi się jako co najmniej równie interesujący, fascynujący i mistrzowsko opanowany instrument.
Tym samym przechodzimy do samego clou czyli programu płyty i jego wykonania. Dojrzałość artystki potwierdza spójny artystycznie program płyty, na który składają się jej własne kompozycje (w tym jedna wspólna z Tokajem), ale także kompozycje innych autorów, których wybór jest jednak bardzo nieoczywisty jak np. autora pieśni kościelnych, muzykologa i dyrygenta Wojciecha Lewkowicza, czy twórców muzyki żydowskiej Maurice'a Raucha i Meira Finkelsteina. Tak indywidualny wybór repertuaru, w części oryginalnego, w części niezwykle rzadko słuchanego, świadczy o dojrzałym smaku muzycznym i intencji by muzyka pozostała ze słuchaczem na dłużej i mogła być odkrywana podczas wielokrotnych odsłuchów.
I to także się udało, co budzi tym większe uznanie, że album wypełniają, poza jedną piosenką zaśpiewaną po hebrajsku (?), same wokalizy. Ryzykowne zagranie, bo abstrakcyjne dźwięki ludzkiego głosu, pozbawione kotwicy słów, są jednak nieco trudniejsze w odbiorze dla przeciętnego słuchacza. Jednak możliwości wokalne Zawartko, jej wspaniała muzykalność, szukanie współbrzmień z mistrzowsko zagranymi partiami instrumentalnymi, sprawiają że ani przez sekundę nie czujemy się znużeni wokalizami. Wręcz przeciwnie, abstrakcyjne dźwięki wyśpiewane przez Zawartko płyną całkowicie naturalne, swobodnie, płynnie, a nasz umysł sam znajduje nieznane nam wcześniej słowa, które serce zdaje się nam podpowiadać w odpowiedzi na dźwięki tworzone przez wokalistkę.
Podsumowując, do muzyki na tej płycie doprawdy trudno się krytykowi przyczepić. Jest tu wszystko co powinno być, a nawet więcej, poza jednym: słuchaczem. I pozostaje tylko mieć nadzieję, że jak największa ich ilość znajdzie drogę do tej perełki. Nie zawiodą się.
Tomasz Sołtys - fortepian Michał Kapczuk - kontrabas Michał Miśkiewicz - perkusja Jacek Namysłowski - puzon, baryton marszowy, flet poprzeczny Robert Murakowski - trąbka, flugelhorn Łukasz Poprawski - saksofon altowy, fagot Tomasz Wendt - saksofon tenorowy Atom String Quartet
"Depressed Lady" (2022)
Tekst: Maciej Nowotny
Debiut wokalistki Mary Rumi to wydarzenie kropka. Wspaniale, że zostało ono dostrzeżone przez całość naszego środowiska jazzowego, a wokalistka została nawet nominowana do Fryderyka za rok 2023 w kategorri Fonograficzny Debiut Roku - Jazz. Wielu przywoływało w tym kontekście nazwisko Zbigniewa Namysłowskiego i słusznie. Bez wątpienia jego duch unosi się nad tym projektem, a wieść niesie, że przed śmiercią miał jeszcze okazję słuchać aranżacji niektórych piosenek. Było to możliwe, bo Mary Rumi i Jacek Namysłowski to córka i syn wielkiego polskiego saksofonisty, a większość piosenek na płycie (8 na 12) to piosenki jego autorstwa. Ale chociaż to wszystko prawda, chciałbym podkreślić, że ten projekt to przede wszystkim autorskie dzieło Mary Rumi i Jacka Namysłowskiego, dzięki którym piosenki dostały nowoczesną formę i brzmią nie jakby były wyjęte z lamusa, ale zostały napisane przed chwilą, a następnie były zaśpiewane i zagrane dla współczesnej publiczności.
Dwie rzeczy na tym nagraniu chciałbym szczególnie docenić: wspaniały po prostu poziom akompaniamentu jaki dostarczyli wokalistce muzycy tej klasy co wspomniany wyżej Jacek Namysłowski na puzonie, barytonie marszowym i flecie poprzecznym, Tomasz Sołtys grający na fortepianie, Michał Kapczuk na kontrabasie, Michał Miśkiewicz na perkusji, Robert Murakowski na trąbce i flugelhornie, Łukasz Poprawski na saksofonie altowym i fagocie, Tomasz Wendt na saksofonie tenorowym czy wreszcie cały Atom String Quartet! Dzięki nim z przyjemnością słucha się nie tylko głosu Mary Rumi, ale i gry całego zespołu, tak iż właściwie zamiast akompaniementu lepiej byłoby mówić tutaj o współtworzeniu i współgraniu, a o muzyce na płycie nie jako o wokalistyce jazzowej, ale po prostu o jazzie.
Lecz wszystko to nie zrobiłoby może na mnie aż takiego wrażenia, gdyby nie nieśmiertelne teksty do tych piosenek, które sprawiają że każdy z nich jest cudem wrażliwości, empatii i głęboko ukrytej pod ironią i dowcipem mądrości. Te "skrzydlate słowa" w tekstach są autorstwa takich mistrzów jak Wojciech Młynarski (Kocham się w poecie), Agnieszka Osiecka (Wyszłam z domu, nie wróciłam), Jan Wołek (Zmęczona miłość) i Ryszard Groński (Sprzedaj mnie wiatrowi). Ale trzeba przyznać, że i teksty napisane przez Mary Rumi do utworów instrumentalnych Zbigniewa Namysłowskiego (Ani słowa/Not a Word, Sekretnie i poufnie/Secretly and Confidentially, Wsłuchaj się w wiatr/ Listen to the Wind) są na równie doskonałym poziomie. Wreszcie piosenki całkiem nowe, z których trzy są autorstwa Mary (As we, Ghathijiin, Powstawanie) i jedna Jacka (Opadam o kwintę) są także wspaniałe, a ta ostatnia zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym w ogóle najbardziej przypadła do gustu piszącemu te słowa, i może nie tyle przebija kompozycje samego Mistrza Namysłowskiego czy teksty legend polskiego tekściarstwa, ale udowadnia że i dzisiaj można napisać intelignetny, dowcipny, błyskotliwy tekst, zamiast kolejnych wypocin o miłości co to tak serce rozdziera i rani, że aż strach.
A zatem brawa! Ale i niecierpliwie oczekiwanie na kolejną odsłonę tej przygody. Duet Mary Rumi i Jacka Namysłowskiego to może być nowe zjawisko nie tylko na naszej scenie jazzowej, ale w ogóle w w muzyce. Niech tylko nie oglądają się za siebie, lecz patrzą w to co przed nimi i dalej "wsłuchują w wiatr".
Tomasz Wendt – saksofon Szymon Mika - gitara Max Mucha – kontrabas Michał Miśkiewicz – perkusja
Wydawnictwo: SJRecords
Tekst: Paweł Ziemba
Co sprawia, że muzyk komponuje taką a nie inną muzykę? Jaką „historię” chce nam przekazać? Na ile ta jedyna i wyjątkowa możliwość eksperymentowania z dźwiękiem jest wynikiem natchnienia i odczuwanych emocji? Ilość pytań jakie przychodzą do głowy jest ogromna.
Inspiracja jest zjawiskiem, bez którego trudno wyobrazić sobie istnienie literatury, muzyki, czy architektury. Nawet postęp technologiczny uwarunkowany jest kreatywnością. To właśnie inspiracja sprawiła, że możemy oglądać obrazy Claude Moneta, podziwiać instalacje Magdaleny Abakanowicz, spędzać godziny zaczytując się w książkach Tolkiena, czy też radować się możliwością zrobienia wspaniałego zdjęcia naszym smartphone’m.
Antonio Vivaldi, zainspirowany zmiennością i różnorodnością pór roku, skomponował „Four Seasons”, przekładając na język muzyki pełną paletę barw, nastrojów oraz dźwięków charakterystycznych dla różnych sezonów. Podobnie Astor Piazzolla komponując „The Four Seasons of Buenos Aires”. Wprawdzie różni się ona kolejnością zestawionych utworów od propozycji Vivaldiego, ale źródło twórczej weny jest to samo.
W 2015 roku amerykański saksofonista Ben Wendel zainspirowany pomysłem zrealizowanym przez Czajkowskiego, opublikował na YouTube 12 teledysków, przedstawiających kolejno dwanaście kameralnych duetów. W każdym z nich zaprezentował muzycznie jeden miesiąc. Po sukcesie tej kampanii w 2018 roku Wendel nagrał krążek „The Seasons”.
Odbieramy otaczający ich nas świat wszystkimi zmysłami. To one są impulsem do kreowania i tworzenia. Czasami natchnienie czy też zapał twórczy może mieć swoje źródło w zwykłej codzienności i nie ma znaczenia, czy jest ona szara czy też pełna kolorów. Drobiazg, detal, pozornie nieistotny szczegół możne być inspiracją do stworzenia dzieła.
„Daily Things” to czwarty autorski krążek Tomasza Wendta. Album łączy w sobie elementy post-bopu z nowoczesnymi brzmieniowymi pomysłami modern jazzu. Płyta jest dowodem na to, że Wendt jako kompozytor i instrumentalista odnalazł w grze „Świętego Grala” i zrozumiał, że muzyka bez emocji pozostaje nic nie znaczącym zapisem nutowym.
Album składa się z 13 utworów. Siedem z nich artysta przypisał konkretnym dniom tygodnia, a pozostałe sześć to muzyczne epizody zainspirowane codziennymi sytuacjami jak też rytmem pospolitego dnia. Rutyna i systematyczna powtarzalność zostały czasami zburzone jakimś drobnym zdarzeniem, małą rzeczą, które potrafią przedefiniować nasz sposób myślenia tudzież postrzegania rzeczywistości. Dzięki takim sytuacjom zaczynamy dostrzegać sens trudnych doświadczeń co więcej - cieszyć się drobnymi rzeczami.
„Daily Things” to ciekawa, wielobarwna muzyczna podróż przez wszystkie dni tygodnia, demonstrująca możliwości kompozycyjne lidera, a także umiejętności instrumentalne członków zespołu. Wszystkie utwory brzmią świeżo, naturalnie i różnią się swoim nastrojem i rytmem. Charakteryzuje je swoboda i kreatywność wyszukanych melodii a także ciekawe improwizacje lidera na saksofonie. Perfekcjonizm w grze Szymona Miki (mimo że dla niektórych może być drażliwy) jest wyrazem doskonałych technicznych umiejętności artysty jak też jego bogatej wyobraźni. Bez wątpienia Tomasz Wendt, Szymon Mika, Max Mucha i Michał Miśkiewicz potrafią wprowadzić słuchacza w muzyczną medytację, stawiając przede wszystkim na emocje i autentyczność, a niekoniecznie eksperymentowanie z dźwiękiem. Fakt ten bynajmniej nie powoduje, aby krążek tracił na atrakcyjności i nowoczesności brzmienia.
Muzyka „Daily Things” jest plastyczna i ciekawa pod względem harmonicznym. Znajdujemy w niej wiele niuansów upiększających intymny przekaz bądź wzmacniających napięcie. Szymon Mika znakomicie wpisał się w klimat płyty, przeplatając dźwięki gitary z liniami saksofonu. Formy muzyczne nakładają się na siebie budując pełne emocji obrazy.
Brzmienie saksofonu Wendta i gitary Miki są rdzeniem interakcji całego kwartetu.
"Monday" - pierwszy utwór na płycie, choć trochę leniwy po niedzieli, nie jest pozbawiony energii. Ta liryczna opowieść, ubarwiona szorstkim brzmieniem saksofonu Wendta i gitarą Miki, zachowała swój kontemplacyjny klimat. Na uwagę zasługuje znakomita praca sekcji rytmicznej w tle.
Moim faworytem jest „Lost Fireman”. To melodyjna kompozycja wpadająca wyraźnie w klimat nagrań z połowy lat 70-tych, Keith’a Jarrett ‘a i Jana Garbarka. Brak fortepianu (co jest bardzo dobrym wyborem w tym przypadku) sprawia, że gitara bierze na siebie główny ciężar budowy całego układu harmonicznego. Mika bardzo precyzyjnie wypełnia muzyczną przestrzeń, budując tło dla dynamicznej, pełnej emocji gry lidera. Ciekawe brzmienie Wendta jest równie ekscytujące jak mistrzowski dobór dźwięków Miki na gitarze.
„Boys” to utwór z nieregularnym metrum. Delikatność sopranu Wendta, wsparta dźwiękami gitary ma urzekające kołysanie - jak gałąź ciężka od owoców, popychana siłą szybkich uderzeń Miśkiewicza na perkusji.
Pojawiająca się po „Friday” kompozycja „Blue” to utwór stawiający na agresywne niuanse, o wymagającej strukturze harmonicznej, jak również nakładających się na siebie akordów (granych przez Mikę).
Z tej ściany dźwięków wyłania się, napędzone elektronicznymi efektami, solo gitary. Całość wybucha gorącą, ale zgrabnie wyodrębnioną fuzją. Obaj instrumentaliści, wsparci sekcją rytmiczną, płoną intensywnie, a następnie powoli zanikają, utrzymując powstałe napięcie, które może, ale wcale nie musi ustąpić. To jeden z ciekawszych utworów na płycie. Jego usytuowanie nie jest przypadkowe, lecz dokładnie przemyślane.
Tak jak każdy tydzień kończy niedziela wprowadzająca nas powoli w nastrój nadchodzącego poniedziałku, tak tę wyjątkową sesję zamyka krótki, pozostający w kontemplacyjnym nastroju utwór „Sunday” - z falującym brzmieniem saksofonu oraz spokojną grą gitary.
„Daily Things” jest próbą wprowadzenia słuchacza w świat, w którym wyrażone emocje nadają dźwiękom inny sens. Tomasz Wendt stara się opowiedzieć historie związane z codziennością i wynikającymi z niej emocjami. Dobrze jest posłuchać albumu w całości i traktować go jako całość. Ta osobliwa muzyczna podróż, odważnie wprowadza słuchaczy w kanon współczesnego jazzu. Artysta oferuje ciekawe, zróżnicowane brzmienie, wsparte zupełnie innym podejściem w realizacji muzycznych pomysłów. Cały kwartet doskonale odnajduje się w zaproponowanej koncepcji. Mika (na gitarze) wnosi wiele delikatności i zróżnicowania, podczas gdy Max Mucha (na kontrabasie) zapewnia solidny fundament rytmiczny. Całości dopełnia Miśkiewicz (na perkusji). Jego dynamiczna, jak też pełna zaskakujących zmian gra buduje napięcie i bazę dla swobodnych improwizacji pozostałych członków zespołu.
„Daily Things” zaskakuje swoim brzmieniem i pomysłowością. Jest to bardzo współczesny, osadzony w stylistyce post-bopowej z elementami nowoczesnego jazzu album. Gratulacje za bardzo dobrą realizację nagrań!
Każdy, kto szuka czegoś nowego, świeżego i ciekawego w brzmieniu muzyki - powinien sięgnąć po ten krążek.
Marcin Wasilewski - Piano Slawomir Kurkiewicz - Double Bass Michal Miskiewicz - Drums
En Attendant (2021)
Tekst: Jacek Sołkiewicz
I będę czekać na
Ciebie choćby do końca echa nut…
Piękna opowieść, zawieszona w czasie,
który zdaje się mijać wolniej niż zwykle. Momentami upajająco dyskretna,
docierająca do nas z wewnętrznego bardzo daleka. Zaskakująco oszczędna, co
pozwala w pełni skupić się na bijącej z niej wrażliwości.
Nowy album Marcin
Wasilewski Trio niesie w sobie wiele cierpliwości, pokory i niezwykłej
dojrzałości emocjonalnej. Osobiście, wyczuwam sporą różnicę temperatury
pomiędzy ‘En Attendant’ a poprzednimi albumami. Jest chłodniej, ale dzięki temu
bardziej tajemniczo. Dużo na tej płycie zakamarków, do których docieramy z
czasem…i właśnie to odkrywanie jest niesamowicie wciągające. Świadomość, że
między nutami zapisano co najmniej drugą historię uruchamia wyobraźnię, która
będzie potrzebna jak nigdy dotąd w nagraniach trio.
Surowość. To słowo jako
pierwsze przyszło mi na myśl po pierwszym odsłuchu. To na pewno zasługa tych
licznych fragmentów płyty, w których do głosu dochodzi…wyciszenie. Właśnie ono
powoduje, że tym razem podróż przez muzykę trio odbędzie się ze znacznie
mniejszą ilością podpowiedzi. ‘En Attendant’ zmusza do uruchomienia
kreatywności interpretacyjnej, dosłownie w każdym momencie. Dzieje się tak,
ponieważ tu każde uderzenie pałek, akord czy tknięcie struny nabiera nowej mocy
narracyjnej. Dawno nie słyszałem nagrań, które tak absorbują uwagę słuchacza.
Podświadomie czujemy, że każdy detal ma znaczenie zatem nie chcemy stracić
nawet taktu.
Ascetyczność. Marcin Wasilewski przyzwyczaił mnie do
charakterystycznych dla siebie ‘płynących’, pełnych pasji, partii fortepianu a
tymczasem z albumu dobiega granie nieco wycofane, jakby nieśmiałe, niezwykle
oszczędne. To ogromna zmiana, ale w mojej opinii dzięki temu ten album jest
znacznie głębszy od poprzednich. Nie do przejrzenia, niezależnie od tego jak
często będziecie go słuchać. W tym momencie warto zwrócić uwagę na grę Michała
Miśkiewicza na bębnach i Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie - to duo tworzy
całkowicie nowy horyzont ‘En Attendant’. Obaj potrafią przejąć główny głos,
dzięki niezwykle czujnej artykulacji, kreującej bardzo często pierwszy plan.
Robią to nienachalnie, ale na tyle wyraziście, że to z tych dwóch źródeł biją
emocje, które definiują dany moment w utworach. Wsłuchujemy się, ponieważ od
sposobu uderzenia w talerz, ramę czy strunę zależy czy czeka nas wytchnienie
czy kolejne napięcie. To oczywiście subiektywne odczucie, ale nie pamiętam by
tak było wcześniej a jest to niezwykle wciągające doświadczenie, pozwalające
wykorzystać trio pełne spektrum możliwości w eksponowaniu treści.
Intymność.
Dla mnie to najbardziej podskórna płyta zespołu. Mam wrażenie jakbym przez
ścianę, w pokoju obok, podsłuchiwał te nagrania. Spłoszony dreszcz biegnący co
chwilę po skórze…niby nie przystoi, ale jak oderwać ucho od takiej sytuacji?
Kiedy dobiegają tak niesamowite dźwięki i budują się tak cudownie nieostre
obrazy? Bardzo ‘najbliższy’ album, który nie zaprasza, ale stoi nieśmiałym
otworem. Małymi krokami wchodzimy w jego przestrzeń i chłoniemy każdą
częstotliwość. A każda z nich jest niczym smuga czułości, po której zostaje
posmak szczęścia i zawstydzenia. Nie pomylicie go z niczym innym…jestem pewien.
Skrytość. Niezwykle niedopowiedziana sesja. Niczym ktoś, kto powiedział o
tysiąc słów za mało… A może powinniśmy spojrzeć na to z drugiej strony: ktoś
kto nie powiedział o tysiąc słów za dużo? Boimy się niezrozumienia a tymczasem
w nim tkwi największa przygoda ‘En Attendant’. Mamy błądzić, mamy dotykać nut z
zamkniętymi oczami, mamy mylić kształty i kolory by finalnie ułożyć z tego swoja
własną, za każdym razem inną, historię. I to będzie nasza historia. Ta muzyka
została nam tak podana byśmy mieli odwagę myśleć o niemożliwym. To dźwięki
wybudzające skojarzenia, dające życie nowym połączeniom w naszej wrażliwości.
Świat doznań nienazwanych. Jeszcze.
Cisza. Nie chodzi o pustkę na
pięciolinii…wystarczy, że odległości między nutami się zwiększają i pojawia się
właśnie ona, pełnoprawny czwarty członek zespołu. Trio czyli kwartet… Długo
wybrzmiewające pogłosy, echa, wyciszenia - to wszystko powoduje, że każda fala
dźwiękowa ma swoje kolejne oblicza a my…błądzimy jeszcze bardziej. Nigdy jednak
zagubienie nie było tak fascynującym przeżyciem. Bezgraniczność tego albumu
kryje się właśnie w tych miejscach, w których dzieje się najmniej. Aranżacyjne
arcymistrzostwo i jednocześnie wielka sztuka tak zagrać by nigdy nie zaspokoić
naszego głodu ciekawości. ‘En Attendant’ to płyta wielu powrotów.
Muzyka. Nie
ma najmniejszego sensu szerzej omawiać poszczególnych utworów, ponieważ ten
album musi być wysłuchany w całości, na jeden raz. Od pierwszego, do ostatniego
taktu. Tylko wtedy docenicie kunszt muzyków, którzy w niezwykle wytrawny sposób
przemieszczają się między odległymi sposobami ekspresji. Mistycyzm a nawet
rytualność łączą się z oniryczną aurą w trzech mini formach ‘In Motion’ -
utworach, które dzięki rozpiętości aranżacyjnej stanowią swoiste enklawy
amnezji. Tu naprawdę można się zatracić do…zapomnienia. Kultowe ‘Riders On The
Storm’ zyskało nowe, niespieszne życie, pełne aksamitnej delikatności. Marcin
Wasilewski wraz z zespołem tchnęli sporo świeżości i specyficznej otwartości do
tego klasyka. Nie oznacza to jednak, iż rozmyła się jego tajemnica.
Niewątpliwie opowieść toczy się w innym paśmie, ale nie mniej hipnotycznym.
‘Vashkar’ i ‘Glimmer of Hope’ to dwa utwory, które pojawiły się na poprzedniej
płycie trio, ‘Arctic Riff’, nagranej wraz z saksofonistą Joe Lovano.
Niesamowite, że teraz, gdy możemy posłuchać wersji bez saksofonu, obie
kompozycje jawią się jako znacznie bardziej intrygujące. To zupełnie nowe
wyzwanie dla wyobraźni słuchaczy i wg mnie, z ogromnym pożytkiem dla muzyki.
Fortepian Wasilewskiego tworzy tu zupełnie inną płaszczyznę - znacznie bardziej
pojemną i czułą na dotyk ludzkiego ucha. Kurkiewicz i Miśkiewicz wypadają w obu
tych utworach niezwykle plastycznie co przekłada się na falująca wręcz
intensywność - rewelacyjnie sterują dramaturgią i to w pełnym zakresie. Warto
dodać, że gra całego trio wypada bardzo…ekonomicznie - wszystkie te ruchy są
jakby…mikroskopijne a efekt tak bardzo spektakularny. Brawo za wyczucie!
Najspokojniejszy na płycie ‘Variation 25’ to interpretacja kompozycji Jana
Sebastiana Bacha. Miękko, szykownie i nostalgicznie. Bardzo klasyczny moment,
ale bardzo potrzebny by przypomnieć wszystkim, że pod nogami cały czas jest
ziemia.
‘En Attendant’ zaskoczył mnie swoim pojawieniem. Nie przypuszczałem, że
rok po nagraniu ‘Arctic Riff’ usłyszymy nową płytę od Marcin Wasilewski Trio.
Oba te wydawnictwa łączy historia jednej sesji nagraniowej, ale w cudowny,
magiczny wręcz sposób, rozdziela nastrój chwili, która urosła do postaci
fraktala, w którym kłębią się te wszystkie widma, emocje i…cisza. Im dalej w
świat tej muzyki, tym coraz bardziej pulsujemy jej rytmem i upajamy
nieostrością zdarzeń. Niezwykły to album, pełen zgaszonych świateł i tańczących
cieni wyobraźni, w którym najważniejsze jest to byśmy zaufali swojemu
instynktowi i cały czas szli do przodu za…głosem Marcina Wasilewskiego. Nie
sądzę byście zrozumieli choć jedno słowo, ale musicie wiedzieć, że On jeden zna
drogę.
Marcin Wasilewski - Piano Slawomir Kurkiewicz - Double Bass Michal Miskiewicz - Drums
En Attendant (2021)
Tekst: Maciej Nowotny
Bardzo przepraszam, ale nie widzę sensu pisania typowej recenzji albumu tego trio. Wszyscy znają tworzących je muzyków: Marcina Wasilewskiego grajacego na fortepianie, Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie i Michała Miśkiewicza na perkusji. W końcu grają oni razem już chyba 30 lat! Wszyscy się nauczyli nie tylko jak się nazywają, na jakich instrumentach grają, ba! nawet jak brzmią, ale też, że są genialni (tak twierdził przecież sam Tomasz Stańko, a to jest najlepsze z możliwych namaszczenie). Osiągnęli status w Polsce typowy dla naszego braku umiaru: totalnego, że aż śmiesznego uwielbienia, gdy krytycy, publiczność, słowem wszyscy czołgają się przed artystami i łkają z podziwu. Cokolwiek by nie grali byłoby cudownie (podobny nimb otacza w Polsce jeszcze chyba tylko Możdżera i Bałdycha, bo Wojtek Mazolewski jakby wypadł z łask).
Tymczasem obiektywnie patrząc (obiektywnie czyli z punktu widzenia rozkapryszonego recenzenta, który popełnia tę pseudo-recenzję) ostatnie albumy tego trio, chociaż ciągle brzmiały świetnie (i to także na żywo, co nie jest zbyt częste w tych czasach), choć ciągle sprzedające się rewelacyjnie i słuchane przez tysiące jak nie miliony na całym dosłownie świecie, choć będące jedynymi praktycznie płytami z muzyką polskich jazzowych artystów słuchanymi, ba, kochanymi w każdym zakatku globu, nie przynosiły jednak właściwie żadnego zaskoczenia. O zgrozo! Jakże ja mogłem wypowiedzieć taką herezję. Toż teraz jeszcze bardziej niż do tej pory będę enfant terrible małego piekiełka polskich recenzentów, a ja tylko piszę z serca i mówię to, co inni też mówią, ale szeptem, na offie, gdy mikrofony są wyłączone, gdy ćwiartka pękła, dym szumi w głowie...
Żartuję oczywiście, cały czas świetnie się tego słuchało, każda nutka tak pięknie, tak ślicznie, tak ładnie wybrzmiewała, ale czegoś brakowało. Czego? - zapytacie. Jest wspaniała wytwórnia, są zachwyceni krytycy, jest publiczność na całym świecie, tłumy na koncertach to czego jeszcze może brakować? Wolności! A czymże jest człowiek bez wolności? Każdy człowiek, nie tylko artysta. W ogóle człowieka, artysty, sztuki bez wolności nie ma. I na to czekałem. "En attendant" - tytuł płyty zbiegiem okoliczności (?) dokładnie znaczy to właśnie czyli "w oczekiwaniu" - zelektryzował mnie. Czy naprawdę czymś mnie zaskoczy? Czy znowu uśpi, ulula, ukołysa, ale niemal aż do snu, do zapomnienia, do znudzenia?
Na szczęście okazało się, że warto było czekać. Kluczowym elementem na płycie są trzy improwizacje zatytułowane "Motion Parts p. 1, 2, 3", które pokazują, że to trio ma jeszcze coś przed sobą poza odcinaniem kuponów od zasłużenie zgromadzonej przez 30 lat sławy. Nie tylko są to improwizacje, nie tylko z ducha free jazzowe, ale odświeżają one całkowicie język tego trio. Nie ma tu tych już nieco ogranych pasaży na fortepianie, tych nazbyt dobrze znanych schematów współbrzmień między instrumentami, pojawia się zaskoczenie, swoboda, świeżość, ciekawość co nastąpi za chwilę. Przy czym muzykom udało się jednocześnie dobrze wyważyć obecnośc tych elementów z dobrze znanymi z poprzednich krążków ładnymi melodiami, standardami czy rockowymi coverami.
A zatem jest coś nowego w grze tego trio: brawo! Ale... to dopiero początek. Pozostaję w oczekiwaniu na dalszą część tej ewolucji. I może o to chodziło? Taką mam przynajmniej nadzieję, bo aby zachować wolność - także tę artystyczną - trzeba o nią walczyć każdą kolejną płytą, każdym koncertem, każdego dnia. Nieprawdaż?
Marcin Wasilewski - piano
Sławomir Kurkiewicz - bass
Michał Miśkiewicz - drums
Joe Lovano - tenor saxophone
Arctic Riff
ECM 2678
By Krzysztof Komorek
Zapowiedź albumu tria Marcina Wasilewskiego z Joem Lovano wzbudziła słuszne podekscytowanie w naszym kraju. Efekt artystycznego mariażu z absolutnym gigantem światowego jazzu stał się jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt bieżącego roku. Formacja Wasilewskiego nagrała już wcześniej dla ECM album z gościnnym udziałem innego muzyka. Jednak dla mnie, jako słuchacza, "Spark Of Life" zarejestrowany z Joakimem Milderem był lekkim rozczarowaniem. Brakowało mi w tamtych nagraniach pozytywnego napięcia pomiędzy muzykami. Wrażenie porażki pogłębiła płyta koncertowa, gdzie część wspomnianego materiału zagranego tylko w trio wypadła o niebo lepiej.
Jednak w przypadku "Arctic Riff" można mieć było przeczucie, że wrażenia będą od początku co najmniej dobre. Po pierwsze, Lovano to przecież o wiele wyższa półka niż Milder. Wprawdzie nie gwarantuje to całkowitego artystycznego porozumienia, ale amerykański saksofonista jest ostatnio "w sztosie", co potwierdziły świetne albumy z ubiegłego roku: "Trio Tapestry" oraz "Roma", nagrana na koncertach z Enrico Ravą. Oba często wymieniane wśród najlepszych wydawnictw 2019 roku.
Trio spotkało się z Lovano po raz pierwszy przed laty, podczas wspólnego koncertu na Bielskiej Zadymce Jazzowej. To Lovano wybrał wówczas trio Wasilewskiego, by towarzyszyło mu na scenie. Tym razem inicjatywa wyszła od polskich muzyków, a finalizacji przedsięwzięcia niewątpliwie pomógł fakt, że saksofonista chwilę wcześniej związał się ECM kontraktem nagraniowym. Krótka sesja nagraniowa miała miejsce w sierpniu roku 2019 we francuskim Studios La Buissonne, a w jej wyniku słuchacze otrzymali ponad sześćdziesięciominutowy album z jedenastoma ścieżkami. Utworów na płycie jest jednak tylko dziesięć, bowiem "Vashkar" Carli Bley pojawia się w dwóch różnych wersjach. Cztery kompozycje dołożył lider tria, jedno nagranie podpisał Joe Lovano, a zestaw uzupełniły dodatkowo cztery kolektywne improwizacje.
Album zaczyna się i kończy eleganckimi, klasycznymi balladami Marcina Wasilewskiego. Zarówno w rozpoczynającym płytę "Glimmer Of Hope", jak i w finałowym "Old Hat" świetnie przeplatają się solowe partie saksofonu i fortepianu. Trzecią z ballad - "Fading Sorrow" - ozdabia ponadto popis Sławomira Kurkiewicza. Liryki na "Arctic Riff" nie brakuje, ale znajdziemy na tym wydawnictwie również inne klimaty. Począwszy od energetycznego "L’amour Fou" z kapitalną solówką Michała Miśkiewicza, aż po wspomniane cztery zespołowe improwizacje, gdzie wszyscy wznoszą się na artystyczne wyżyny: kapitalna "Cadenza" trwa ponad dziewięć minut i jest najdłuższym nagraniem na całym albumie. Fantastycznie wybrzmiewają również dwie minutary: "A Glimpse" oraz "Stray Cat Walk" zagrana w trio… bez fortepianu.
Przeczucia co do wysokiej artystycznej jakości albumu nie zawiodły. Od pierwszych dźwięków przerodziły się w pewność, że "Arctic Riff" jest fantastyczną płytą. Zaryzykuję twierdzenie, że wręcz najlepszą w dyskografii tria. Po prostu mistrzostwo.
As hard as it is to believe,
this is the first piano trio album by veteran Polish Jazz bass virtuoso/composer Piotr Lemańczyk. He combined forces with two top local musicians,
pianist Dominik Wania and drummer Michał Miśkiewicz, and recorded eight
original compositions, all created by him, which are presented here. The album
offers superb sound quality, which for piano trio recordings is an essential
part of the entire artistic experience.
For people familiar with Lemańczyk's
recording career as a leader and sideman this album is about to change the
entire perception of his musical persona. His traditional association with
mainstream Jazz, always wonderfully creative and sublimely executed, is however
completely shattered here, with his unforeseen venture into modern Jazz, very
open and often startlingly full of Free Form vistas. The music is still very
well behaved of course (admittedly to a trained ear), with distinct melody
motifs and stable rhythmic backbone, but the piano parts float freely on the
wings of the imagination, taking the listener on an emotional rollercoaster
ride.
It is probably not a wild guess
to assume that Wania's presence is the decisive factor influencing the
character of this music. His charismatic, almost magical musical mastery turns
everything he touches into instant musical gold, and this album is just one of
many examples of Wania's artistry. He is undoubtedly a force of Nature and a
most significant Polish Jazz musician to arrive on the scene in the last
decade. The piano playing on this album is an absolute pinnacle of modern Jazz.
Lemańczyk not only offers his
brilliant compositions, but also performs some hair-raising bass soli
throughout the album's duration, which combine his virtuosity, sublime feel of
melody and improvisation aesthetics, which are very rarely found within one
person. Since he is after all the leader, his bass parts are more frequent and
expanded than one would usually find on a piano trio album, all for the best of
course.
Miśkiewicz, assuredly a Master
drummer, is one of the most diverse players on the Polish scene, with a most
impressive recording legacy. But he is, to me, first and foremost an ideal
"third leg" in a piano trio setting, which of course is already quite
obvious to Jazz listeners familiar with his career so far. His performances
are, as expected, nothing short of brilliant, full of inventiveness, and most
importantly the precise dynamics, which is so important in the delicate piano
trio setting.
Overall this is an amazing
album, a wonderful breath of fresh air, which makes one's head dizzy at first
but euphoric for the duration. Playing on "repeat" (happens very
rarely in my case) this music gets better with every spin, as hard as it is to
believe. It seems I already have my Polish Jazz album of the years for 2020.
Don't you dare to miss it !!!
This is the third album by
Ecuadorian bassist/composer Daniel Toledo, recorded in a classic quartet
setting with all Polish team consisting of saxophonist Kuba Więcek, pianist
Piotr Orzechowski and drummer Michał Miśkiewicz. The album presents seven
original compositions, all composed by Toledo.
The music was recorded at the excellent Monochrom Studio and engineered by
Ignacy Gruszecki.
Toledo's steady output of
albums, starting in 2014 and offering a new recording every couple of years (I
had the pleasure of writing the liner notes for his second album
"Atrium"), as well as his cooperation with Orzechowski, follow a
steady course of development as a composer and player. The music on this album
significantly departs from the earlier melody based conventional modern Jazz
into a way more spacey, free spirited ventures and complex odd meters based
rhythmic background. The metamorphosis is quite dramatic and presents Toledo in a completely
new perception.
Orzechowski, who plays both
acoustic and electric piano, and who is the focal soloist, takes upon himself a
major role in voicing this new approach, playing of course as brilliantly as
always, but again quite differently from his usual environment, and listeners
familiar with his impressive output as instrumentalist will have an opportunity
to hear him from a different point of view. Więcek steps in boldly and this
music seems to suit his stylistic preferences ideally. Although his statements
are relatively limited they are all right on the money. Miskiewicz, one of Poland's most
versatile and experienced drummers, handles the difficult rhythmic challenges
without a hitch, as expected. Toledo's
solid bass parts are of course the spinal chord which connects all the
ingredients together.
Overall this is a difficult,
serious piece of music, which although demanding, can be a source of great
musical enjoyment, as long as the listener allows it the required attention and
time needed to penetrate the external crust. Full of great ideas and superb
performances, this is definitely something worthy of serious investigation.
Dominik Wania - piano
Piotr Lemańczyk - bass
Michał Miśkiewicz - drums
In Simplicity
SOLITON 670-2
By Krzysztof Komorek
Jednym z elementów łączących autorskie płyty Piotra Lemańczyka są gwiazdorskie składy, jakie towarzyszą kontrabasiście w nagraniach. Tak było chociażby z wydanym kilka lat temu albumem kwartetu z udziałem Waltera Smitha III, Davida Kikoskiego, Colina Stranahana i gościnnym występem Grzegorza Nagórskiego.
Nie inaczej jest w przypadku najnowszego wydawnictwa, które prezentuje Piotra Lemańczyka na czele tria, w składzie uzupełnionym ponownie "wielkimi" nazwiskami. Zarówno pianista, jak i perkusista to muzycy polscy, którzy na co dzień grają w zespołach z powodzeniem podbijających światową scenę jazzową i nagrywających dla prestiżowej wytwórni ECM. Za fortepianem zasiadł bowiem Dominik Wania, a na perkusji zagrał Michał Miśkiewicz.
Takie zestawienie muzyków powoduje dreszczyk ekscytacji jeszcze przed włączeniem nagrań. Rozemocjonowania, które nie mija przez całe pięćdziesiąt minut muzyki, wypełnione ośmioma kompozycjami lidera. Utworami mogącymi stanowić wzorzec klasycznego jazzu w nowoczesnej odsłonie. Każde z nagrań to pięć do ośmiu minut kapitalnego zgrania i fantastycznych indywidualnych popisów. Formowane okazjonalnie składy „all stars” nie zawsze się sprawdzają. Jednak w przypadku „In Simplicty” zupełnie nie daje się odczuć, że trio nie ma za sobą długiej wspólnej historii.
Znalazło się na albumie miejsce na utwór w nieco bardziej otwartej formie – „Mr Alousis” gdzie podziwiać możemy w pełnej krasie indywidualność każdego z muzyków i umiejętność połączenia ich w perfekcyjnie sprawny mechanizm. Dwie kompozycje – „Forest Morning” oraz „Ballad We Are” nieco uspokajają dość energetyczną narrację pozostałej piątki. W prostocie siła – słowa popularnego powiedzenia znakomicie oddają charakter płyty tria. I domniemywać można, że takie właśnie znaczenie odczytać należy z oryginalnego „In Simplicity” wieńczącego okładkę albumu. Rewelacyjny, światowej klasy album.
Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej od zeszłego roku nosi imię Tomasza Stańko. Artysta był współtwórcą – wspólnie z Bielskim Centrum Kultury – i dyrektorem artystycznym festiwalu. Wybitny trębacz i kompozytor pozostaje duchem Jazzowej Jesieni. Tomasz Stańko kochał bielską publiczność tak, jak ona kocha jazz. Coroczne listopadowe spotkania i premierowe projekty pozostawiły wiele wspomnień. Mimo, że Tomasza nie ma już z nami, podążamy jego artystyczną drogą w przyszłość, pełną niesamowitej muzyki.
16.11.2019
Marcin Wasilewski Trio/AUKSO/Avishai Cohen Tomasz Stańko – Muzyka Ilustracyjna i Filmowa
Marcin Wasilewski - fortepian
Sławomir Kurkiewicz - kontrabas
Michał Miśkiewicz - perkusja
Orkiestra Kameralna AUKSO
Soliści
Tomasz Stańko był mistrzem atmosfery. Napisana przez niego muzyka do takich filmów, jak „Reich”, „Pożegnanie z Marią”, „Egzekutor", Mała Matura”, licznych spektakli teatralnych, m.in. „Przejście” Leszka Mądzika, muzyka wykorzystana w serialu „Homeland” – przepięknie wypełniała obraz, ilustrowała emocje. Tomasz Stańko lubił swoją muzykę ilustracyjną, lubił też jej brzmienie ze smyczkami. Ten premierowy koncert będzie wyjątkową i bardzo liryczną dokumentacją tej części twórczości trębacza.
16.11.2019
David Torn/Tim Berne/Ches Smith
David Torn - gitara, instrumenty elektroniczne
Tim Berne - saksofon
Ches Smith - perkusja
Premiera najnowszego albumu Davida Torna, nowojorskiego kompozytora, multiinstrumentalisty, producenta, gitarzysty. Jako kompozytor był laureatem wielu nagród za swoją pracę, w tym nagrań filmowych, kompozycji i produkcji nagrań. Oprócz autorskich projektów, ma na swoim koncie wiele kolaboracji, z takimi muzykami, jak Jan Garbarek, Don Cherry, David Bowie, Jeff Beck, czy Tori Amos. Torn określa sam siebie mianem „gitarzysty – teksturalisty”, co odnosi się do jego unikatowego muzycznego języka, który łączy różne style – tekstury, jest nieoczywisty i zaskakujący. Po doskonale przyjętym solowym albumie „Only Sky” (ECM, 2015) „Sun of Goldfinger” to kolejna ostatnio wydana płyta dla wydawnictwa ECM, nagrana w Trio z saksofonistą Timem Berne’em i perkusistą Chesem Smithem. Cytując recenzję jednego z ich londyńskich koncertów: „To niebezpieczna muzyka – czasami gniewna, czasem rozkoszna i oświecająca, jak grzmoty burzy”.
This is the fourth album on the ECM label by Polish Jazz pianist/composer Marcin Wasilewski and his trio, which also includes bassist Sławomir Kurkiewicz and drummer Michał Miśkiewicz. This is also the first live recording by the trio on that label. The album present seven compositions (the first two combined into one piece), all composed by Wasilewski except for an interpretation of a song by Sting and a Herbie Hancock tune. All of these compositions originate from the trio's previous album "Spark Of Life" except for one that originates from the second album "Faithful". As usual for ECM recordings, the album offers excellent sound quality and clarity.
Wasilewski and his trio managed
to develop a symbiotic musical relationship in the twenty years they played
together and ten albums they recorded together, not to mention their work with
the legendary Tomasz Stańko as members of his "Polish Quartet". These
years proved to be fruitful and rewarding in every sense, and established the
trio among one of the top European piano trios since the turn of the
Millennium.
Wasilewski's role as a composer
also developed steadily over time and he is today a core member of the Polish
Jazz musical architects, who define the idiom, combining the Jazz tradition
with Polish Folklore sources, the typical Polish melancholy and deeply melodic/harmonic sense of beauty and European finesse. His round and elegant music is
the epitome of modern European Jazz, continuing the path set by the Godfathers
of Polish/European Jazz. Naturally in time he achieved a highly respected
position on the local Jazz scene as one of the leaders of the mid-generation and
a highly sought after performer.
The trio functions at all times
like one body, with the obvious virtuosity displayed by the leader, but not
less importantly by the rhythm section, which fused together create an effect
that is greater than the sum of its parts. These live recording enables the
numerous fans of the trio to experience an instantaneous connection with the
process of music making, which of course is much more intensive than listening
to a studio album.
Overall this is a superb piece
of Jazz piano trio music, performed by Masters and full of delicate and
intricate moments hanging in the air, before the next touch of a key or pluck
of a string or strike of a stick take the listener to the next magical moment.
Elegant, sophisticated, lofty and above all unpretentious and honest, this
music is pennies from heaven to every true Jazz connoisseur! Hats off!
Wojciech Majewski - piano
Robert Majewski - trumpet
Tomasz Szukalski - tenor saxophone
Palle Danielsson - bass
Michał Miśkiewicz - drums
Grzegorz Turnau - vocals (9)
Zamyślenie
SONY MUSIC 2018
By Krzysztof Komorek
Kwintet Wojciecha Majewskiego zadebiutował w roku 2001 zaskakującą i gorąco przyjętą płytą "Grechuta". Dwa lata później, w zmienionym składzie, zespół nagrał album "Zamyślenie", który w roku bieżącym pojawił się w wersji odświeżonej i wzbogaconej o nagrane dekadę później wersje dwóch solowych utworów pianisty.
"Zamyślenie" ceni się, pamięta o nim. Mam jednak wrażenie, że pomimo to do płyty tej wraca się zdecydowanie zbyt rzadko. A przecież atutów ma to wydawnictwo bez liku. Chociażby sam zespół złożony z wytrawnych muzyków. Robert Majewski na trąbce, Tomasz Szukalski na saksofonie, sekcja rytmiczna z legendarnym Palle Danielssonem i Michałem Miśkiewiczem. Wreszcie gościnny występ Grzegorza Turnaua, śpiewającego finałową piosenkę do tekstu Bolesława Leśmiana. Nie popadając w przesadę można skład ów nazwać gwiazdorskim.
Nie bez znaczenia pozostaje świetna muzyka. W większości autorstwa lidera kwintetu (znakomite, trzyczęściowe "Pożegnanie", kapitalnie zagrane solo w "Pożegnaniu Strawińskiego"). Okraszona utworami klasyków: Komedy, Niemena i Grechuty. Wybranymi rozważnie, poza niemenowską kompozycją raczej mało znanymi i ogranymi (bo przecież renesans "Niekochanej", tu połączonej z tytułowym "Zamyśleniem" Majewskiego w jedną całość, nadejdzie dopiero wiele lat później przy okazji wiadomego albumu zupełnie innego muzyka).
Wreszcie rewelacyjne wykonanie. Fantastyczny Szukalski, kapitalnie współpracujący i uzupełniający się z Robertem Majewskim. Wspaniały w utworze "Bema pamięci rapsod żałobny", porywająco rozegranym w duecie fortepian/saksofon. Wspomniany Robert Majewski, świetny – co już nadmieniałem – w kooperacji z saksofonem. Bezbłędnie prezentujący się kolejny duet Danielsson/Miśkiewicz. No i oczywiście sam lider Wojciech Majewski. Perfekcyjny w prezentacji solowej, w duetach i w przewodzeniu całemu zespołowi.
Znakomita płyta, którą przede wszystkim nie odbiera się jako archiwalną ciekawostkę. To także dzisiaj świeża, oryginalna i wyróżniająca się propozycja. Bez problemu mogłaby się ukazać jako nowość i szybowałaby wysoko w rocznych podsumowaniach. Warto skorzystać więc z pretekstu wznowienia i odświeżyć znajomość z "Zamyśleniem".
Piotr Wyleżoł - piano
Dayna Stephens - tenor & soprano saxophones
Robert Majewski - flugelhorn
Grzegorz Nagórski - euphonium
Michał Barański - double bass
Michał Miśkiewicz - drums
Aga Zaryan - vocals (1)
Grzegorz Dowgiałło - vocals (1)
Human Things
PN 0190295700379
By Jędrzej Janicki
"Human Things" pianisty Piotra Wyleżoła to trzecia w kolejności płyta, która ukazuje się w reaktywowanej serii Polish Jazz. Zbigniew Namysłowski i Kuba Więcek wysoko ustawili poprzeczkę, godnie wpisując się w artystyczne dziedzictwo tego wydawnictwa. Przed Piotrem Wyleżołem stało więc niełatwe zadanie utrzymania tak korzystnej passy. Wydaje się, że sprostał mu naprawdę całkiem nieźle.
Obok pianisty z Knurowa trzon zespołu stanowi dobrze znana i ceniona sekcja rytmiczna - Michał Barański (kontrabas) i Michał Miśkiewicz (perkusja). Na zdecydowanej większości utworów usłyszeć możemy jednak również dźwięki stworzone przez cenionego amerykańskiego saksofonistę Daynę Stephensa. Otwierająca album tytułowa kompozycja prezentuje charakterystyczną muzyczną wrażliwość wszystkich muzyków, z partiami wokalnymi Agi Zaryan i Grzegorza Dowgiałło dodającymi temu subtelnemu utworowi jeszcze więcej smaku i szyku. Niezwykle ciekawie wypada w tym kontekście improwizowane solo Wyleżoła, w swej strukturze bardzo nieszablonowe i niestandardowe.
Równie atrakcyjne jest "Fatalismus Optymismus", którego początkowe dźwięki perkusji przywodzą na myśl brzmienie legendarnego Arta Blakey’a. Później jednak wątki hardbopowe schodzą na drugi plan, a po świetnych solówkach Wyleżoła (trochę w stylu Oscara Petersona) i Stephensa, następuje bardziej przestrzenna część kompozycji. Blisko dziesięć minut muzyki, które są chyba najciekawszym fragmentem całej płyty. Ciekawie prezentuje się również tęskne "Home", którego niewątpliwą ozdobą jest śliczna partia flugelhornu Roberta Majewskiego. Album kończy "Once Forever", najmocniejszy rytmicznie, jazzowy archetyp, w którym partia solowa Wyleżoła przekonać musi każdego niedowiarka co do jego nieprzeciętnego talentu i umiejętności.
"Human Things" to płyta bardzo dojrzała i elegancka. Każdy, nawet najdrobniejszy jej szczegół, jest przemyślany i dopracowany. Co więcej, stanowi ona pewną całość, stylistycznie wypieszczoną i domkniętą, która w kreatywny sposób realizuje wizję muzyczną lidera. Zapewne nie jest to pozycja, która wejdzie na trwałe do kanonu klasyków polskiego jazzu, na pewno jednak przyniesie dużą dawkę zadowolenia, zwłaszcza odbiorcom o nieco bardziej wysublimowanym guście. Jak świat światem, jedno jest pewne – seria Polish Jazz to gwarancja wysokiej jakości, czego kolejnym dowodem najnowsze wydawnictwo Piotra Wyleżoła.
This is an ambitious debut album by Polish vocalist/violinist/composer Karolina Beimcik with her new project called "Zorya", which is her interpretation of Polish/Ukrainian Folklore of the ethnic minorities like Boykos, Lemkos and Kurpie people, who maintain their linguistic dialects and traditions. Beimcik is accompanied by four excellent Polish Jazz musicians: guitarist Rafał Sarnecki, pianist Jan Smoczyński, bassist Michał Jaros and drummer Michał Miśkiewicz. The album presents eight tracks (actually the album's artwork lists eight tracks but credits refer to nine tracks, go figure), six of which are traditional tunes and two were composed by Beimcik. The music was recorded by Smoczynski at his excellent Studio Tokarnia, with excellent sonic quality as usual.
In spite of the presence of the
Jazz musicians, the music itself has very little to do with the essence of Jazz
and is dominated by the Folkloristic themes. The Jazz influences stay mostly in
the background and are more ornamentation than the actual quintessence. The
basic melodies have, as expected, a strong East European disposition, being all
rather melancholic and gloomy, quite similar to each other. The two original compositions,
and especially the title track, are much more Jazz oriented and Beimcik
performs on them nice wordless vocalese parts in addition to instrumental solos.
The instrumental work by the
team is all quite excellent, as appropriate from highly talented musicians of
this class. Smoczyński takes most of the accompaniment on his shoulders,
staying relatively in the background, Sarnecki adds tasteful guitar
embellishments and the rhythm section provides a solid basis for the music,
with a few exceptional bass solos by Jaros.
Overall this is another example
of the amalgamation between Folklore and Jazz, which seems to be more popular
and successful in Poland
than anywhere else in recent years. Preservation of ethnic traditions is of
course an obligation of any Cultural people, and projects like this one are all
important, but some or more successful musically than others. Personally I'd
prefer an entire album of music as represented by the two original
compositions.
Wojciech Majewski - piano
Henryk Miśkiewicz - alto saxophone
Robert Murakowski - trumpet, flugelhorn
Sławomir Kurkiewicz - double bass
Paweł Pańta - double bass
Michał Miśkiewicz - drums
This is an album by Polish Jazz
pianist/composer Wojciech Majewski, dedicated to poetry written by the
relatively esoteric Polish poet/playwright Stanisław Grochowiak. This
ambitious and complex project involves an ensemble of Polish Jazz
instrumentalists, a string quartet, a brass/woodwind section, six vocalists
and two persons reciting poems. Some of the well known musicians appearing on
this album are: saxophonist Henryk Miśkiewicz, bassists Sławomir Kurkiewicz and
Paweł Pańta, drummer Michał Miśkiewicz, percussionist Krzysztof Szmańda and
vocalists Janusz Szrom and Stanisław Soyka. The entire
list is simply way too long to be listed. The album presents twenty one
relatively short pieces, all linked together into a Jazz & Poetry suite.
The music is a collection of
Jazz songs which use the poems as lyrics and background/incidental music
played under the recitation of the poems or between the songs. Mostly deeply
melancholic and often outright gloomy, the music does ideally suit the texts,
which of course is the essence of this project. As such it is a brilliant
collaboration of music and words, which expresses the spirit of Grochowiak's
complex poetry. The songs are superbly performed by the vocalists invited by
the composer and are all a continuation of the Polish lyrical Jazz & Poetry
tradition.
There is no doubt that Polish
Jazz musicians create more Jazz & Poetry projects than any other country on
earth, which reflects their sensitivity to Art Forms other than music. Music
and words are of course both expressions of the innermost human feelings and
the combination of the two is probably the most powerful means of human
creativity. The love of the Polish language and Polish literary tradition is a
strong characteristic of this and other similar projects.
Although the language barrier
seemingly limits the potential audience to Polish Language speaking listeners,
the overall wealth and powerful musical content this album offers should be
also of interest to people who do not know the language but can enjoy the music
and absorb the Artistic atmosphere. Overall this is a wonderful
piece of music artistry, clever, intelligent, sensitive and dazzling in its
complexity. It will take a while for the listener to comprehend the
multi-layered intricacy of this music and its many hidden treasures, but every
effort invested in the listening process will pay back with hefty interest.
Definitely most wholeheartedly recommended!
03.03 | godz. 19:00 MACIEJ OBARA QUARTET Maciej Obara - saksofon Dominik Wania - fortepian Max Mucha - kontrabas Michał Miśkiewicz - perkusja
Niewiele jest w życiu jazzmana ośmiotysięczników trudniej osiągalnych, a przez to bardziej pożądanych, od albumu nagranego w Rainbow Studio w Oslo, wyprodukowanego przez Manfreda Eichera i wydanego w jego kultowej oficynie ECM. Saksofonista Maciej Obara ma to już za sobą – wspiął się tam jako trzeci Polak, śladami Tomasza Stańki i Marcina Wasilewskiego. Chociaż nie, tak nie można powiedzieć: wystarczy wsłuchać się w ton jego instrumentu, by wiedzieć, że chadza wyłącznie własnymi ścieżkami. Wykształcony w Katowicach, ograny u boku Stańki i elity nowojorskiego jazzu, swój debiut dla ECM – zatytułowany "Unloved" – zagrał z międzynarodowym, polsko-norweskim składem. W Tychach Maciej Obara pojawi się na czele kwartetu złożonego z wybitnych polskich jazzmanów: pianisty Dominika Wani (gra również na płycie), basisty Maxa Muchy i perkusisty Michała Miśkiewicza.