Szymon Zawodny – saksofon altowy, flet Szymon Kowalik – saksofon tenorowy i sopranowy Dominik Kisiel – piano Konrad Żołnierek – kontrabas Mikołaj Stańko – perkusja Maciej Świniarski – wokal (1, 8)
Tytuł płyty: "Defragmentation of Mind"
Wydawca: Soliton
premiera: 27 marca 2026
Tekst: Marcin Gwiazda
Miałem duży opór, żeby zabrać się do pisania tej recenzji.
To nie był łatwy tydzień — dużo chaosu, mało skupienia, a do sztuki nie powinno się podchodzić po macoszemu.
Kiedy zrozumiałem, że pisanie recenzji to poważna sprawa, łatwiej nie było. Na szczęście materiał, który dostałem, sam zdefragmentował moje wymyślone przeszkody i poprowadził mnie w świat Szymona.
Szymon Nidzworski – saksofon sopranowy i tenorowy, Damian Marat i Jan Harasimowicz – trąbki, Olivier Andruszczenko – klarnet i klarnet basowy, Szymon Zawodny – saksofon barytonowy, Ewa Paciorek – waltornia, Mateusz Sejdak – tuba, Mateusz Stankiewicz – akordeon, Helena Matuszewska – suka biłgorajska i skrzypce, Patryk Dobosz – bębny, Tomasz Kłoś – syntezator.
"Beyond Your Eyelids"
Wydawnictwo: Fundacja PLATEAUX (dystrybucja: Warner Music Poland) (2017)
Autor tekstu: Marcin Kaleta
Odwiedzając Zakopane pod koniec grudnia, każdorazowo przekonujemy się o jednym. Otóż dla turystów największą atrakcję stanowi nie przejazd na Gubałówkę czy tym bardziej spacer po zatłoczonych Krupówkach, tylko "Sylwester (Marzeń) z Dwójką".
Akurat na Górnej Równi Krupowej powstaje wtedy plenerowa scena. Entuzjazm temu towarzyszący bywa ogromny, rozleglejszy nawet niźli ona sama. Zewsząd dobiegają komentarze w rodzaju: "Łooo, zaśpiewa ten a ten!". Albo: "Taki i owaki też będzie!". Wreszcie: "I łun, i łun!", czyli oczywiście Z(d)enek. Innych nie kojarzę, jego owszem — kiedyś było coś o nim bodaj na Onecie. Nie jestem na bieżąco, niemniej na pewno to był łun!
W każdym razie, skoro nie znam popularnych i hołubionych przez miliony Gwiazd, pozostaje mi poprzestać na pisaniu o jazzie. Dzisiaj przypomnę Szymona Nidzworskiego. Postać to niezwykła, określana nawet mianem "polskiego Jana Garbarka", ale w Zakopanem nieprędko wystąpi. Prawdopodobnie, gdyż ostatnio coraz częściej współpracuje z reżyserami teatralnymi czy filmowymi. Zatem kto wie, może i doczekamy się go chociażby w tamtejszym Teatrze im. St. I. Witkiewicza?
Póki co, pozostaje nam zachwycać się jego debiutanckim albumem pt. "Beyond Your Eyelids" (2017). Współtworzą tenże, co sam podaje: "wybitni polscy artyści młodego pokolenia". Z nim zebrało się ich aż jedenastu. Ponadto wokalistka SHY oraz mistrz, wybitny aktor i reżyser, za sprawą którego całość została oznaczona jako Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn.
Utwory, wszystkie skomponowane przez Nidzworskiego (poza jednym Teresy Gręziak), rozpisane zostały przede wszystkim na instrumenty dęte. Tak oto usłyszymy: saksofon tenorowy albo sopranowy lidera, trąbkę Jana Harasimowicza bądź Damiana Marata, saksofon barytonowy Szymona Zawodnego, waltornię Ewy Paciorek, tubę Mateusza Sejdaka, klarnet i klarnet basowy Oliwiera Andruszczenki. Sekundują im Mateusz Stankiewicz na akordeonie, Helena Matuszewska na suce biłgorajskiej lub skrzypcach, Patryk Dobosz na perkusji, wreszcie Tomasz Kłoś na syntezatorach. Konfiguracje są różne: od występu solowego, poprzez duety, aż po nonet w rewelacyjnym "Eyesore".
Do tego jednak należy doczekać. Przy pierwszym utworze ("Opening") może pojawić się zwątpienie. Cóż to, akustyczny ambient? Jakieś snuje bezcielesne, energii wyzbyte? Przy drugim, programowym: "Take a breath" ("Weź oddech"), w którym Seweryn recytuje wiersz Nidzworskiego (ponadto w utworze tytułowym wiersz Anny Kuk), już poważniejemy. Odtąd szacunek i uwielbienie mnie nie odstępowały (zupełnie inaczej aniżeli Adama Barucha). Nigdy dotąd muzyka, która ledwo unosi się nad ciszą, tak mnie nie zafascynowała. Z ciszy się poczyna, ciszą jest nabrzmiała i ku ciszy zmierza, a jednak — mimo tej obecności czy przeczucia nieistnienia (bezdechu?) — uciszeniu się sprzeniewierza, nawet w tych (nielicznych wprawdzie, acz przebrzmiewających) funeralnych momentach. Jest w niej zawarte intensywne pragnienie życia. Jako taka, ma charakter afirmatywny.
Autor przekonuje, że stworzył repertuar, stanowiący "wypadkową przeżyć, uczuć oraz inspiracji, często pozamuzycznych". Wymienia "czas, przestrzeń, pejzaże". To wszystko wydaje się cokolwiek banalne, oczywiste. Tylko że w tym przypadku zintensyfikowało się nieomal do rangi objawienia! Według mnie mamy do czynienia z dziełem ojca, który uczestniczył w cudzie narodzin własnego dziecka. Albo oczekuje tegoż. Tak szczera, pełna i wszechogarniająca jest afirmacja życia i świata, którą przepojone są dźwięki. Natomiast sam Nidzworski nie ukrywa wdzięczności wobec żony, Antoniny, której zadedykował materiał.
Stylistycznie to szlachetny stop najwartościowszych pierwiastków. Etno czy world music, tony dworskie lub liturgiczne, doświadczenia klasyki i awangardy, improwizacja, motywy typowe dla muzyki filmowej, itp. Stricte jazzowych fragmentów jest wprawdzie niewiele, niemniej wystarcza. Nieważne, brzmi wspaniale, "zastanawiająco" i "urzekająco", jak konkluduje recenzent, Marek Dusza, przyznając najwyższą notę. Bo też otrzymaliśmy projekt oryginalny, doskonały, przemyślany i dopracowany, może i genialny. Miejscami ekstatyczny. Albo i mistyczny. To znowu intymny... W ogóle zebrano tu wszystko, co ludzkie. Epikę, lirykę i dramat egzystencji w całej okazałości.
Dopiero ostatni utwór (co słusznie odnotował recenzent, Marcin Puławski z Laboratorium Muzycznych Fuzji) rozładowuje nastrój zadumy, powagi, nabożeństwa. Tu już słyszymy jakiś pop z wierszem Nidzworskiego, tym razem po angielsku i w wersji "piosenkowej". Zaiste, chciałbym, by tym podobne wykonania królowały na listach przebojów. Tudzież na "Sylwestrze (Marzeń) z Dwójką". No co? Pomarzyć jeszcze wolno. Wtedy bym i ten nawias usunął.
Trójmiasto zawsze wrzało muzykalnie, wypuszczało w świat nowe pomysły brzmieniowe, rodziło niezapomniane składy, a tamtejsi ludzie jakby szybciej i chętniej chwytali nowe trendy, siłą rzeczy burząc stare. „BiBi”, druga płyta kwartetu Filipa Żółtowskiego jest tego podręcznikowym wręcz przykładem – to tak, jakby morskie prądy, w magiczny sposób pchały tam nuty ze wszystkich jazzowych stolic świata, a czwórka bezczelnie młodych i bezczelnie utalentowanych absolwentów Akademii Muzycznej w Gdańsku miksowała je po swojemu, nadając własny styl. Ta buńczuczna pewność siebie i wiara w nowe brzmienia zawarta na płycie „BiBi” bardzo mi się podoba, bo oznacza, że młode pokolenie muzyków mówi po swojemu i jest to nareszcie język bez granic. Jeśli muzycy kwartetu zerkają wstecz, to wyłącznie, by czerpać ze swoich mistrzów: jazzowych Steve'a Coleman'a and Five Elements czy Brad'a Mehldaua ale nie tylko, ponieważ nie kryją równie dużego zainteresowania rzeczami na pozór odległymi od jazzu, jak hip-hopowymi beat’ami w stylu produkcji James’a Yancey (J.Dilla), taneczną elektroniką EDM (namawiam, by wyjść z jazzowego kąta i posłuchać, co grają Medasin czy Flume, których nazwy FŻQ podaje w materiałach prasowych) czy po prostu hitami popowymi.
Filip Żółtowski Quartet na „BiBi” puszcza jeszcze śmielej niż na debiutanckim „Humanity” oko do tej części publiczności, która w muzyce poszukuje radości z rytmu, zabawy wśród dźwięków, ale jednocześnie jest zainteresowana muzyką ambitną. „BiBi” jest troszkę jak wpuszczenie świeżego powietrza do dusznych sal jazzowych: kwartet lubi melodie, lubi też silnie zaakcentowane klubowe rytmy, lubi szalone, podkręcone tempo bitów. Jednocześnie jednak muzycy wyznaczają jasną granicę stylistyczną: przecież na „BiBi” główne role grają trąbka lidera i saksofon Szymona Zawodnego – ich muzyczne „rozmowy” wytyczają muzyczny szlak tej płyty, a w utworze „Emptiness” ścigają się jeden przez drugiego, niczym dwa psy husky, które wypuszczone po długim zamknięciu znów mogą pognać, ile sił w dal. W „Viewpoint” najpierw zachwyca trąbka, zaś potem następuje agresywne solo saksofonu. Z kolei w „Left space” po popisie saksofonu stery przejmuje elektronika. Tej ostatniej wprawdzie nie brakuje na całej płycie, a w finałowym utworze „Complete me” nawet dominuje, ale większości utworów po prostu cementuje całość. Fanów muzyki improwizowanej zachwycą na pewno single, czyli „Where is that place” czy „Fuddy-Duddy” – oba utwory to jazzowe szaleństwo, taki muzyczny granat wrzucony do kontenera z tysiącem barwników (w tym drugim pięknie pomyślany jest moment kulminacji, po którym zespół wciska z całych sił hamulec w podłogę, staje dęba, po czym każdy instrument ucieka w innym kierunku). Z kolei ludzie doskonale bawić się z pewnością będą przy połamanym klubowym rytmie „Foursome”, gdzie ton nadaje elektronika Wojtka Wojdy, a nad nią, jak obłoki płyną dźwięki sekcji dętej.
Na płycie najbardziej podoba mi się jednak gra Mikołaja Stańki na perkusji. Przez większą część, to oczywiste, musi trzymać pozostałą trojkę w ryzach, bo wszak na nim stoi ta cała konstrukcja, a mimo to bardzo silnie akcentuje, nie pieści się z zestawem. Ale - całe szczęście - w kilku miejscach np. „Fuddy-Duddy” może sobie pograć i wtedy jest nie do zatrzymania, mknie jak huragan po perkusji, jest jak Armia Czerwona w marcu 45 – bije wszystko, a na końcu odpływa kompletnie.
Na koniec wypada sobie życzyć dwóch rzeczy: koncertów, bo ze względu na żywiołowość muzyki kwartetu Flipa Żółtowskiego dadzą one publiczności wrażenia niezapomniane i tego, aby zespół nie zwlekał znów aż trzech lat z wydaniem kolejnej płyty.
Filip Żółtowski – Trąbka Szymon Zawodny – saksofon altowy Wojciech Wojda – piano, syntezator, Moog, głos (6. „Meditation”) Mikołaj Stańko – Perkusja Natalia Capelik-Muianga – wokal (8. „Dzień i Noc”)
Humanity (2021)
Tekst: Paweł Ziemba
Zanim wyrażę opinię na temat nowej płyty, staram się przynajmniej raz przesłuchać ją od początku do końca. Tym razem, rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Potrzebowałem znacznie więcej czasu i kilkukrotnego przesłuchania zawartości krążka. Debiutancki projekt „Humanity” Kwartetu Filipa Żółtowskiego zrealizowany wraz z kolegami z Akademii Muzycznej w Gdańsku, zaskoczył mnie poziomem realizacji i zdziwił odwagą debiutantów.
Pierwsze wrażenie nie musi być tym trwałym, zwłaszcza, gdy mówimy o bardzo ekspresyjnej muzyce zarejestrowanej na krążku, który zbiera coraz więcej pochlebnych opinii. Mimo mojego klasycznego podejścia do brzmienia kwartetu jazzowego, fakt ten wcale mnie nie zdziwił. Kwartet nie tylko zaskakuje swoją muzyczną dojrzałością i umiejętnościami poszczególnych instrumentalistów, ale to co najważniejsze umiejętnie łączy elektronikę z klasycznym brzmieniem instrumentów dętych, wprowadzając nas w nowy wymiar brzmienia współczesnej muzyki jazzowej.
Zacznijmy jednak od początku. Patrząc na futurystyczną, pełna kolorów okładkę, zaprojektowaną przez Stefana Głośnika, zapomnijcie o wszystkim z czym kojarzy się wam klasyczny kwartet jazzowy. To nie jest to. Przede wszystkim brzmienie muzyki - jakże inne, spowodowane nietypowym instrumentarium. Trąbka, saksofon, brak klasycznego basu, na rzecz syntezatora, moog’a, fortepianu oraz perkusji. To fuzja muzyki jazzowej, wyraźnie improwizowanej, która naturalnie kieruje się w stronę muzyki elektronicznej.
„Humanity”, to muzyka przemyślana, osadzona we współczesnych trendach naszej codzienności, wyrażonej funkcjonowaniem w przeładowanej ilością bodźców cyfrowej rzeczywistości. Ciekawa, pełna kolorytu, sprawnie wykorzystująca bogactwo zapomnianych dźwięków syntezatorów. Wzbogacona elementami stylistyki bigbandowej oraz mainstreamu. To połączenie fusion i współczesnej muzyki elektronicznej wzmocnionej bardzo nowoczesnym low-endem.
„Humanity” to nieprzewidywalność i nieoczywistość pewnych następstw.
Gra Filipa Żółtowskiego na trąbce jest żywiołowa i pomysłowa, zarówno jeśli chodzi o podejście do melodii, co stanowi podstawę do improwizacji, jak i o decyzje podejmowane z chwili na chwilę, co wyraźnie słychać w granych przez lidera solówkach.
„Humanity” to odważne muzyczne posunięcie, które może zaskoczyć, a nawet zaniepokoić zagorzałych zwolenników akustycznego brzmienia w muzyce jazzowego.
Zaletą płyty jest nastawienie się od samego początku na bogactwo dźwięków oraz zróżnicowaną dynamikę i artykulację. Nie polecam jednak słuchać tych nagrań zbyt cicho. To muzyka pełna witalnej energii.
Otwierający płytę utwór „Waltz, please” daje wrażenie słonecznego rozbłysku ciepłych promieni, stawiających nas szybko na nogi.
Filip Żółtowski jest płodnym emocji kompozytorem i muzykiem. Mam wrażenie słuchając płyty, że cały kwartet podchodzi do muzyki jak wojownicy, zdecydowani na zwycięstwo. Rezygnacja z klasycznego basu przyniosła super efekt, wzmacniając wartość brzmieniową krążka. Brawo!
Dodatkowo, mam nieodparte wrażenie bliskości z muzyką Brada Mahldau, a zwłaszcza z płytą „Taming the dragon” nagraną z perkusistą Markiem Guilianą. I aby było jasne, nie jest to zarzut. Jeśli się inspirować i uczyć - to od najlepszych.
Kwartet Żółtowskiego tworzy jeden mocno bijący organizm. Grają pewnie bez tremy, rozpędzając się z każdym kolejnym utworem. „Unhumanization” nie odpuszcza, mocny i zdecydowany riff zagrany przez dęciaki uzupełniony mocnym brzmieniem elektroniki kontynuuje ten zryw, a bezkompromisowa improwizacja wykonana na syntezatorze to fajerwerki.
W napiętej, pełnej rozmachu płycie „Humanity” odnajdujemy również utwory względnego spokoju, te momenty (jak w "Questions with no answers") kiedy bardziej melodyjne linie grane przez saksofon i trąbkę wysuwają się na pierwszy plan, są tym bardziej odkrywcze w swoim surowym pięknie.
Całość bez pardonu wprowadza słuchacza w inny świat współczesnej muzyki jazzowej. Słychać, że cała czwórka muzyków znakomicie się rozumie i odnajduje w tej stylistyce.
Filip Żółtowski grający na trąbce, zaprosił do kwartetu swoich kolegów z akademii muzycznej. Obok lidera wiodącą role odgrywa Szymon Zawodny na saksofonie. Obaj Panowie znakomicie się uzupełniają i stanowią mocną „siłę ataku”. Wojciech Wojda grający na klawiszach, bezwzględnie wypełnia całą muzyczną przestrzeń, a przysłowiową wisienką na torcie jest fakt zdecydowanego udziału w grze syntezatora i coraz częściej wykorzystywanego ostatnimi laty Moog’a. Całości uzupełnia bardzo wyrazisty i ekspresyjny Mikołaj Stańko, który zna się na tradycji jazzowej, ale zna się też na hip hopie, rocku progresywnym i zapewne wielu, wielu innych gatunkach. Swoją grą wnosi wiele rytmicznych smaczków z dobrze wkomponowanymi kontrapunktami.
W napiętej, pełnej rozmachu grze kwartetu na uwagę zasługuje zuchwała kreatywność - znakomite zgranie i wyczucie momentu, bawienie się dźwiękiem, a zarazem bardzo poważne i odpowiedzialne trzymanie się konwencji utworów to silne atuty tej płyty.
„Humanity” zawiera 8 kompozycji lidera, wśród których są dwa, które mogą zdziwić. Pierwszy to „Meditation” wzbogacony fragmentem tekstu książki Yuval’a Noah Harrari „21 Lessons for 21st Century”. Uważam, że to dość ciekawa propozycja, wpisująca się w całość przekazu jaki niesie ze sobą muzyka zawarta na krążku. Drugi to kończący płytę utwór „Dzień i Noc”. Ukojenie po podróży w muzycznym kosmosie Humanity. Nastrojowa ballada, nagrana wspólnie z Natalią Capelik-Muianga, młodą wokalistkę z Gdańska, wykonującą na co dzień muzykę z gatunku soul, r&b i pop.
Młodość ma swoje prawa i siłę do dokonywania zmian, a debiut zawsze jest jakimś kompromisem między chęcią stworzenia czegoś oryginalnego, autentycznego a możliwościami realizacji tych planów. Moim zdaniem, kwartet Filipa Żółtowskiego z krążkiem „Humanity” z tej konfrontacji wychodzi zwycięsko.
Mimo, faktu, że Panowie grają ze sobą od niespełna dwóch lat, ich debiutancka, mocno elektroniczna płyta, jest godna uwagi i słychać, że cała czwórka muzyków ma pomysł na siebie i zdecydowanie w działaniu.
Każde kolejne oddanie się tej muzyce powoduje, że wrażenie jest dużo lepsze niż na początku.
Z dużym zainteresowaniem będę obserwował dalsze poczynania kwartetu i twórcze efekty tych działań.