Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapołka Alan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapołka Alan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Sviniarski - "Orchestra"

Sviniarski 

Muzycy:
Maciej Świniarski - vocals, guitar
Magda Kuraś - vocals
Alan Kapołka - drums
Alicja Sobstyl - vocals
Szymon Zalewski - double bass
Michał Jan Ciesielski - saxophone
Krzysztof Hadrych - guitar
Adam Skorczewski - trumpet
Małgorzata Priebe - vocals
Małgorzata Oleszczuk - vocals
Weronika Kulpa - cello
Ola Szymańska - violin
Jakub Janoszek - piano

Tytuł albumu: "Orchestra"

Wydawca - Alpaka Records 

Data premiery: 16 maja 2025

Autor recenzji: Jakub Sokołowski  

Link do muzyki: https://alpakarecords.bandcamp.com/album/orchestra

Zaczyna się od ściany dźwięku. Gęstej, przesterowanej, niemal brudnej, w tle której odbijają się echa eterycznie brzmiących zaśpiewów. Jest więc intensywnie, z dużą zawartością dźwięku w dźwięku. Mimo kontrolowanej dzikości, brzmi to miękko, a dźwięk ma przyjemną i gładką fakturę.

To tu między innymi słychać inspiracje post-rockiem z Japonii, o których wspominają twórcy w opisie płyty. Zwiększona dawka patosu na tym etapie póki co nie przeszkadza. Ale czuć, że ewidentnie powzięto tu niemały zamiar.

wtorek, 13 sierpnia 2024

MIDI 4 - "Cats, dogs & dwarfs"

MIDI 4 

Malina Midera – piano, Hammond organ, flute
Szymon Kowalik – tenor saxophone
Alan Kapołka – drums
Szymon Zalewski – double bass

"Cats, dogs & dwarfs" 

wyd. Alpaka Records (2024)

Tekst: Szymon Stępnik

Ludzie dzielą się zasadniczo na dwie grupy — psiarzy i kociarzy. Koty są zdystansowane, magiczne i nieprzystępne. Chodzą własnymi ścieżkami, dając człowiekowi atencję tylko wtedy, kiedy uznają, że jest jej godny. Psy są z kolei przyjacielskie, wierne i słodkie. Nie sądzę, by istniał ktokolwiek na tym świecie, kto na pytanie “co wolisz? Psy, czy koty?”, odpowiedziałby: “żadne”. Nic więc dziwnego, że te miłe istoty kojarzą nam się z dzieciństwem oraz dobrymi wspomnieniami. W tę krainę zaprasza nas Malina Midera wraz z ekipą w najnowszym albumie MIDI 4 - Cats, dogs & dwarfs.

“Jest to soundtrack do bajek i historii dzięciecych”. Tak właśnie mówi zespół o swoim najnowszym dziele. “Krasnoludki” stanowią zaś jeszcze mocniejsze odwołanie do klimatów fantazji i wyobraźni. I rzeczywiście, coś w tym jest, bowiem w utworach można dostrzec dziecięcą radość i frywolność, a jednocześnie dużo dziwnych rozwiązań harmonicznych, bądź rytmicznych. Całościowo album jest mimo to zaskakująco przystępny i lekki w odbiorze.

Po części jest to zasługa różnorodności poszczególnych kompozycji. Muzycy mieli głowę pełną pomysłów, które zostały pięknie zrealizowane. Nie są to może koncepty - parafrazując Ferdka Kiepskiego - “które się fizjologom nie śniły”, ale należy się uznanie za nakład pracy włożony w przygotowanie poszczególnych ścieżek. Bez wątpienia muzycy chcieli, by każdy utwór opowiadał zupełnie inną historię.

Czasem pomysły te nie zawsze się jednak udawały. Midera jest znakomitą pianistką, ale jeszcze nie czuje się dobrze w graniu na pozostałych instrumentach. Być może to też kwestia produkcji, ale dźwięk fletu w utworze “Kormorany” momentalnie rozsadza uszy. Z kolei momenty, gdzie liderka gra na Organach Hammonda, są bardzo mało inspirujące i wręcz nużące.

Pochwalić należy za to grę Alana Kapołki. Chłopak łączy bardzo trudną sztukę freejazzu i trzymania rytmu. Jego gra jest bardzo plastyczna, żywiołowa, a jednocześnie niesamowicie równa. Brzmi tak, jakby miał metronom w głowie. Już w zespole “Ziemia” udowodnił zresztą swoje nieprzeciętne umiejętności.

Bardzo podobać może się również sama okładka stworzona przez Kornelię Nowak, która przywodzi na myśl dziecięce malowidła, ale w nieco bardziej estetycznej formie. Szczególnie urzekające jest to, że każdy z utworów ma przypisany swój rysunek. W mojej ocenie, warto jest nabyć więc fizyczne wydanie przedmiotowej płyty, bowiem dopiero wtedy słuchacz w pełni zanurzy się w koncept albumu.

“Cats, dogs & dwarfs” to całkiem udana pozycja, choć niepozbawiona pewnych mankamentów. Niemniej jednak uważam, że można przymknąć na nie oko. Nawet jeżeli utwory z użyciem fletu i organów Hammonda odstają od reszty, docenić należy kreatywność i lekkość z jaką obcuje się z tym longplayem. Bez wątpienia niejednego słuchacza przeniesie z powrotem do świata dziecięcych marzeń.

sobota, 22 czerwca 2024

Ziemia feat. Irek Wojtczak - "Warming / Melting"

Ziemia feat. Irek Wojtczak

Oskar Tomala – guitar
Alan Kapołka – drums
Mateusz Żydek – trumpet
Jakub Wosik – double bass

Gość specjalny:
Irek Wojtczak – soprano saxophone, bass clarinet

album's title: "Warming / Melting"

Audio Cave (2024)

Review author: Viačeslavas Gliožeris

„Ziemia“ is a young unorthodox quartet led by electric guitarist Oskar Tomala. „Warming/Melting“ is their second album, recorded live in Sopot's Teatr Boto participating renowned sax player Irek Wojtczak.

There are not many electric guitarists in jazz (fusion is a different story for sure). Quite often each jazz collective, containing such artists on board has its own face (Bill Frisell is probably the best example). „Ziemia's“ „Warning/Melting“ is more collective work though, there are no obvious leaders in their music. The quartet is completed with a traditional rhythm section (percussionist Alan Kapolka and double bassist Jakub Wosik) plus trumpeter Mateusz Żydek.

The guest artist, participating in the concert (and recording) is renowned Polish reeds player of mid-generation, living in Sopot, Irek Wojtczak. He played with Tymanski Yass Ensemble a decade and a half ago among many others and in some way is a part of yass culture as well.

The album opens with warm and almost chamber 8 minutes long mid-tempo “Warming/Melting”. There is a feel of fragility in the composition's music. “Soil/Concrete/Gliceryne”, the second-longest album's piece, starts from sax/trumpet extended interplay with an anchoring groovy rhythm section coming on support just somewhere in the middle of ten-minutes-long composition. “Teatslez” offers a quirky repetitive rhythmic constructions, coming from the rock scene, and framing elegant guitar soloing in the middle. Reeds' solos are flying over it. The album's shortest track, “Nahe”, is a guitar-led ballad of sort. “Coda”, a meditative slow-tempo composition has a chamber touch with something that sounds as a folk tune included as well. “Update” almost explodes at the very start, but unexpectedly develops into free form interplay/dueling among all band's members.

“Douppler”, the longest album's piece, sounds like a rock song where rhythm section is pushing the music ahead with repetitive pulsation and reeds duo are creating knotty tunes. Near the middle of the composition the tempo is slowing down, the rhythm becomes more twisted and it frees the space for longer and more complex guitar/sax soloing. Still, the sound stays well framed and well controlled. At the end, one can hear true electric guitar's rock soloing, almost shredding. The closer, “Earthmelon” offers true eruption of flying reeds, rock-heavy drumming, pulsating bass. It is fast and short.

“Ziemia” calls themselves “alt-jazz quartet” and there is lot of truth in it, whatever it means. Deeply rooted in jazz tradition (and formal jazz background), “Ziemia” somehow combines better components of two worlds – avant-garde jazz and (alt)rock, adding a noticeable touch of classic(chamber). They are free without being posers, creative and relaxed, very natural and positive. Electric guitar sounds tasteful, recalling such grands as Masayuki Takayanagi (on his early more conventional works). The drummer is a true hero here – in his very own way he plays jazz as if he's a rock musician. Acoustic bass is deep, groovy and is responsible for “jazzy” component in sound, together with trumpet soloing. The concert itself has been recorded in a legendary region where yass (unique Polish only mix of free jazz, punk-rock and folklore) grew up, what gives some special vibe as well.

Probably an important part of this album's attractiveness comes from positive, democratic atmosphere of all concert, strong internal communication between band members and in all warm and creative feeling. This music (being really modern) recalls a lot an atmosphere of jazz concerts of 50s and 60s, the era when music still wasn't industry as it became later (and is nowadays).


poniedziałek, 16 stycznia 2023

Ziemia - Ziemia Dniem (2022)

Ziemia

Jakub Wosik - double bass/violin
Oskar Tomala - guitar/carnet
Mateusz Żydek - trumpet
Alan Kapołka - drums

Ziemia Dniem (2022)

Autor tekstu: Szymon Stępnik

Są takie sytuacje, iż spóźniając się na ten jeden autobus, zaklinamy rzeczywistość i nienawidzimy całego świata. Stojąc na zimnym, nieprzyjemnie pachnącym przystanku, myślimy, że dziś już nic dobrego nie może nas spotkać. Tymczasem dosiada się osoba, która pojawia się niemal znikąd. Z każdą kolejną chwilą intryguje, wzbudza zainteresowanie, aż w przypływie emocji w końcu mówimy: zakochałem się!

Podobnie miałem z płytą “Ziemia Dniem” zespołu Ziemia.

Zespół ten wziął się znikąd i jest niemal debiutantem na jazzowym rynku (nagrali wcześniej album “Catastropha”, jednakże był to bardziej home recording). Założyć można, iż liderami są Oskar Tomala i Jakub Wosik, którzy to razem odpowiadają za wszystkie kompozycje znajdujące się na nagraniu. O ile Oskar jest dla mnie zupełnym odkryciem, to Jakuba Wosika znamy już choćby z całkiem udanej płyty “New Animals” zespołu Trio_io, gdzie udowodnił już swoje niezwykłe wyczucie do awangardy muzycznej.

Można odnaleźć jedynie szczyptę informacji o grupie Ziemia. Ich strona na Bandcampie sugeruje, że zespół pochodzi z Katowic oraz rzuca niejako światło na to, jak rozumieją oni swoją nazwę: “Przez ziemię rozumieją się w szczególności te ciała suche w wodzie się rozchodzące, jak n.p. ta jest, na której siejemy. Ziemia, dawniej za żywioł poczytywana. "Ktokolwiek w niebo patrzy a po ziemi chodzi nie masz dziwu, że często łbem w kamień ugodzi”, “Dobra ziemia nasienia nie traci, ale z pożytkiem wraca”. Wydaje się, że niejako chcą dać słuchaczom wskazówki do obcowania z albumem - dopiero wsłuchanie się w niego spowoduje, że zacznie dawać owoce, a zatopienie w jego strukturze, że kompletnie zapomnimy o rzeczywistości. Ale czy rzeczywiście tak jest?

Krążek “Ziemia Dniem” chyba najłatwiej wpisać w nurt free jazzu. Dominuje typowy dla tego podgatunku pozorny chaos, którego sens wyłania się dopiero po poświęceniu mu sporej uwagi. To nie jest łatwa płyta. Tak jak sugerowało wspomniane wyżej przysłowie, dopiero po jakimś czasie skupienia wyłania się pełen obraz tego, co chcieli przekazać członkowie Ziemi. Kiedy już zaprzyjaźnimy się i wpuścimy ich twórczość do serca, otrzymamy płytę nieprzeciętną.

To co najmocniej wyróżnia ją wśród pozostałej awangardy jazzowej, jest jej paradoksalna przystępność. Wiele fragmentów jest zaskakująco melodycznych, gdzie przynajmniej jeden instrument gra proste, niewychodzące poza typową skalę fragmenty. O ile pozostali członkowie szaleją, oddając się w wir awangardy, ten jeden muzyk trzyma w ryzach całą strukturę piosenki. Swoją drogą, czy właśnie tak nie działa nasza planeta? Gdzie przede wszystkim widzimy jej zewnętrzne piękno, nie doceniając trochę tego, jakie to skomplikowane procesy dzieją się pod jej fasadą?

Najbardziej wyróżniają się dwa instrumenty. Pierwszym jest trąbka, która kiedy tylko może, przemyca sporą dawkę humoru. Wystarczy wspomnieć utwór “Smutne kroczki”, który zawiera w sobie motyw z nieudanego gagu. Takie smaczki zresztą słychać, mniej lub bardziej, w każdym z utworów. Przełamuje to poważną, monumentalną atmosferę całości. Perkusja również robi robotę - nie brzmi jak typowe jej użycie w jazzie. Alan Kapołka dużo używa tu werbla, często trzymając dość regularny rytm, co przypomina czasami bardziej ścieżkę utworu rockowego, niż jazzowego. Taka energiczność jednakże znakomicie współgra z całością.

Trochę mniej słyszalny jest kontrabas. Owszem, brzmi bardzo fajnie w momentach rozpoczynających i kończących utwory, ale trochę ginie w miksie, gdy grają inne instrumenty. Gitara Oskara Tomali zdaje się być z kolei niewykorzystanym potencjałem. Ma swoje momenty, szczególnie w utworze Faaf, gdzie gra nieziemskim, wpadającym w ucho riffem, ale innymi miejscami brzmi zbyt pospolicie i schematycznie.

Właśnie, schemat. Zastanawiałem się, co nie pasowało mi w tym albumie. Jak na free jazz, zbyt dużo jest przewidywalności i prostoty ścieżek, którymi wędrują poszczególne utwory. Po którymś przesłuchaniu z rzędu, dostrzec można, niestety, pewną archetypiczność wywodzącą się z teorii muzyki. Od free jazzu oczekuję jej przełamania, a nie podążania wydeptanymi wcześniej szlakami. Bądź co bądź, ta prostota stanowi też o wyjątkowości tego albumu. W związku z tym, że zawsze przynajmniej jeden instrument nie wychodzi poza schemat, longplayu słucha się przyjemnie już od pierwszych chwil. Przykład? Większość utworów kończy się klamrą, mając przydługi początek, który powraca na sam koniec. Po pewnym czasie, zaczyna to irytować, ale przyznaję, że przygotowując się do tej recenzji, przesłuchałem album co najmniej dziesięć razy.


poniedziałek, 28 listopada 2022

El Topo - Wet (2022)

El Topo

Łukasz Marciniak - guitar
Alan Kapołka - drums, percussion
Kamil Guźniczak - bass

Wet (2022)

Wydawca: Ramble Records

Autor tekstu: Maciej Nowotny

Projekt El Topo powstał we wrześniu 2021 roku w rezultacie spotkania doświadczonego gitarzysty "antysystemowego" Łukasza Marciniaka i młodego, nikomu nieznanego perkusisty Alana Kapołki. Jeśli chodzi o Marciniaka to jego gra w takich na przykład formacjach jak Trio_io (płyty "Waves" z 2019 i zjawiskowe "New Animals" z 2021) czy trio Brzoska/Marciniak/Markiewicz (płyty "Brodzenie" z 2018 i  "Wpław" z 2019 roku) duże wywarły wrażenie na piszących na tym blogu Andrzeju Nowaku, Jędrku Janickim czy Szymonie Stępniku. Co do Kapołki, to nazwisko przecież znane, bo pamiętam dobrze Grzegorza Kapołkę, gitarzystę jazzowego m.in. w kultowej formacji Young Power. Okazuje się, że to ojciec Alana.

Młody muzyk wyznaje, że wcześnie miał okazję osłuchać się z jazzem i bluesem, towarzysząc na koncertach i w trasie ojcu. Zarzekał się wtedy, że nigdy nie zagra jazzu i wałęsał się po wszelkich możliwych gatunkach muzycznych, aż w końcu jednak znalazł drogę z powrotem do jazzowej strugi, ale już na własnych warunkach, na swój własny sposób. Wszystkie te muzczne peregrynacje były potrzebne, uważa, chociaż wydawały się chaotyczne i przypadkowe. W pełni się z nim zgadzam, bo dzięki temu muzyka którą nagrali na tej płycie brzmi fascynująco i jest amalgamatem punku, ciężkiego free jazzu, muzyki filmowej i.. muzyki granej na weselach. Oczywiście to ostatnie określenie to żart, ale po prostu chciałem zwrócić uwagę na obecny w tej muzyce luz, dezynwolturę, poczucie humoru, które bardzo zwiększa atrakcyjność brzmienia tego trio. Zresztą odnaleźć je można także w nazwie zespołu - El Topo - to nawiązanie do tytułu kompletnie zwariowanego westernu w reżyserii Alejandro Jodorowsky'ego, a tytuł płyty - "Wet" - wziął się stąd że jeden z koncertów latem zagrali w padającym rzęsiście deszczu.

Wreszcie do zespołu dołączył trzeci członek trio to jest basista Kamil Guźniczak (jego bas świetnie grzmi i dudni na tej płycie, co bardzo pasuje do ciężkiego uderzenia zespołu) i po kilku miesiacach prób panowie decydują się na nagranie w studiu, wszystko w ciągu jednego dnia, niemalże jak w czasie koncertu na żywo. Dzięki temu udało się uchwycić bardzo ważny dla tej muzyki jej spontaniczny charakter, oparty o improwizacje, ciągłe zmiany i przetworzenia materiału. W rezultacie otrzymujemy jeden z najbardziej udanych debiutów tego roku (nie dla Marcniaka oczywiście, dla którego jest to potwierdzenie klasy i dalsze umocnienie swojej pozycji na naszym muzycznym rynku), charyzmatyczny, dojrzały, brzmiący świeżo, atletycznie, potężnie, ale z wdziękiem. Kapitalny projekt, nawet jeśli zapewne jednorazowy, który stanowi duże osiągnięcie i każe nam uważnie śledzić artystyczne kroki całej trójki. Brawo!

Zobacz też: