Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzypiec Ryszard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzypiec Ryszard. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Tomasz Dąbrowski Home Concert, Gierałtowice, 12 stycznia 2015 r.


By Tomasz Łuczak & Ryszard Skrzypiec

Dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności znalazłem się w dniu 12 stycznia 2015 roku na koncercie jednego z najważniejszych obecnie polskich trębaczy, Tomka Dąbrowskiego, zorganizowanym przez jednego z redaktorów bloga Polish-Jazz, Tomasza Łuczaka, w prywatnym domu w Gierałtowicach koło Gliwic. Zaproszenie było niespodziewane, atrakcyjne, z soboty na poniedziałek, co znaczy, że skorzystanie z niego wymagało błyskawicznej konsultacji z własnym kalendarzem. Z dnia na dzień artyście wypadł jeden z występów, w trasie zrobiła się dziura, więc nadarzyła się okazja do spontanicznego eksperymentu, z czego obaj Tomasze skwapliwie skorzystali. Dodatkowym ułatwieniem była koncepcja koncertu w ramach występu solowego, a zatem tylko muzyk, trąbka, ewentualnie jakieś nakładki czy tłumiki. A zatem organizacyjne małe piwo.

To, że co roku nagrania Tomka Dąbrowskiego cechuje wysoki poziom artystyczny, od jakiegoś czasu jest już w środowisku jazzowym normą. Przytaczają to na każdym niemal kroku nie tylko dziennikarze czy słuchacze, ale też i sami muzycy. W tonie pojawiających się w mediach opinii o Tomku dominuje kontekst wielkiego szacunku dla jego wyborów muzycznych. Nienaganny technicznie, progresywny, nie unikający ryzyka, kreatywny – właściwie lista pochwał mogłaby się nie kończyć. Różnorodność jego podejścia potwierdzają też projekty, w które się angażuje. Są wśród nich i te bardziej wyważone, nastrojowe, melodyjne. W takiej konwencji również dobrze się odnajduje. Jeśli więc samo doprowadzenie do odbycia się koncertu było w gruncie rzeczy dziełem przypadku, to już sam muzyk zupełnie przypadkowy nie jest.


Z zaproszenia skorzystało kilkanaście zebranych naprędce osób, czyli z jednej strony kilkakrotnie więcej niż liczba słuchaczy zagranego dzień wcześniej koncertu w krakowskim Piec Arcie. Ale z drugiej, choć w większości były to osoby osłuchane w muzyce rozrywkowej o wyższych aspiracjach, nawet w jazzie, to jednak, poza organizatorem i piszącym te słowa, do tej pory bez bliższych kontaktów z muzyką uprawianą przez bohatera wieczoru. Zarówno miejsce – dla wszystkich, także dla muzyka, jak i skład publiczności miały niebagatelny wpływ na przebieg, formę i treść koncertu. Nie był to, w przeciwieństwie do regularnych występów na trasie, zagrany za jednym podejściem skończony, solowy występ trębacza, przykuwający uwagę słuchaczy. Dość liczne przerwy wypełniły ciekawe opowieści muzyka i rozmowy z publicznością – o nim samym, jego muzyce, inspiracjach prezentowanego materiału. Co więcej, poza fragmentami podstawowego programu solowych występów granych w ramach trasy 30th Birthday/30 Cities/30 Concerts, znalazły się w nim i lżejsze nuty – elementy stricte swingowe, melodyjne, zagrana z inicjatywy Dąbrowskiego kolęda czy jazzowy evergreen – utwór „Summertime”. Te przystępniejsze momenty idealnie korespondowały z drugim obliczem Tomka, tym bardziej improwizowanym. Raz fraza użyta w sposób linearny, bardzo czytelny, innym razem totalny redukcjonizm. Chwilami odnosiło się wrażenie, że oto z Nowego Jorku zawitał na Śląsk Peter Evans czy też z Berlina Axel Dorner – królowie free improvu. Można więc z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że była to prezentacja kompletnego obrazu naszego trębacza.


Koncerty domowe, zyskujące w ostatnim czasie na popularności w naszym kraju, poza zaspokojeniem kaprysu organizatora, niewątpliwie mają kilka walorów, które w inny sposób mogą być trudne do osiągnięcia. Przede wszystkim aspekt edukacyjny – możemy zaprosić ludzi, dla których taka forma sztuki – muzyki, teatru, poezji – jest nie tyle nieznana, niezrozumiała, co raczej po prostu poza obszarem ich codziennych i regularnych doświadczeń. Nie usłyszą tego w radio, nie zobaczą w telewizji, nie zaatakuje ich to z reklamy, a zatem nie kupią płyty, nie wybiorą się na koncert, nie zetkną w jakikolwiek sposób. Home concert może ich przyciągnąć zarówno jako wydarzenie artystyczne, jak i towarzyskie. Dokonuje się również i intensyfikuje swoista relacja bezpośrednia w czasie rzeczywistym, zdecydowanie bardziej osobista niż podczas koncertu klubowego, gdzie publika niekoniecznie współtworzy konkretne wydarzenie w tak intymny sposób. Muzyk na wyciągnięcie ręki, i to dosłownie – marzenie niejednego melomana. Jest wszakże w tym wszystkim jedno najważniejsze założenie – totalne obopólne zaufanie i szacunek. Bez oceniania, deprecjonowania, lekceważenia, a ze strony artysty – bez naginania swoich wartości artystycznych. Tylko wtedy organizowanie takich koncertów ma sens.

Zobacz też: