Bogusław Raatz – gitara elektryczna, cyfrowy syntezator gitarowy, syntezator analogowy, smyczek elektryczny, fusion sitar, głos Grant Calvin Weston – perkusja
Goście specjalni: Grzegorz „Gre” Korybalski – gitara basowa (utwory 2, 6, 7, 8, 9, 10) Steve Kindler – 9-strunowe skrzypce elektryczne (1, 3, 7) Jakub Marszałek – trąbka, kornet (6, 7) Jerzy Marszałek – puzon (6) Wojciech Jachna – trąbka (10) Krzysztof Majchrzak – gitara basowa (5) Daniel Mackiewicz – instrumenty perkusyjne / perkusjonalia (2, 3, 4, 5, 6, 8, 9) Dariusz Brzeziński – instrumenty klawiszowe / keyboard (2) Adrian Raatz – gitara elektryczna (7, 8)
Tytuł: "Total Music Vol.1"
Wydawca: RG records
Premiera: 20 luty 2026
Tekst: Maciej Nowotny
Bogusław Raatz to gitarzysta, kompozytor i aranżer chadzający własnymi drogami po obrzeżach naszej jazzrockowej sceny. Ale może właśnie niezależność artystyczna, jaką sobie wypracował – gdyż ma to szczęście, że nie żyje wyłącznie z muzyki – sprawia, że od lat dostarcza słuchaczom bardzo oryginalną i do niczego niepodobną muzykę. Po opisywanych w ostatnich latach na naszych łamach jego projektach poświęconych Witkacemu, tym razem już bez wsparcia filozoficznego, ale dalej celebruje obszar swojej wolności artystycznej, dopisując kolejny rozdział do współpracy z cenionym amerykańskim perkusistą Grantem Calvinem Westonem, swego czasu grającym z samym Ornettem Colemanem.
Dominik Strycharski – flet, elektronika Zbigniew Kozera – kontrabas Paweł Szpura – perkusja Barbara Drazkov – fortepian preparowany Wojciech Jachna – trąbka, elektronika
Wydawnictwo: Audio Cave (2025)
Tekst: Mateusz Chorążewicz
Po znakomitej „Symfonii Fabryki Ursus” z 2021 roku miałem wobec nowej płyty Dominika Strycharskiego naprawdę wysokie oczekiwania. „Alert” został nagrany w październiku 2022, lecz na wydanie przyszło czekać aż do lutego 2025. Tak długi proces zawsze mnie zastanawia. Oczywiście rozumiem, że na drodze do publikacji potrafi stanąć wiele przeszkód, jednak z perspektywy wykonawcy trzyletnie opóźnienie sprawia, że płyta staje się w pewnym sensie wspomnieniem. Artysta, który wciąż tworzy i się rozwija, po kilku latach bywa już kimś zupełnie innym niż w chwili rejestracji materiału. W efekcie album, świeży dla słuchacza, dla autora może być już tylko zapisem przeszłego etapu.
Wojciech Jachna - trąbka, efekty Rafał Kołacki - konga, gong, perkusja, moog, elektronika Krzysztof Topolski - perkusja
"Krajobrazy" (2025)
Tekst: Grzegorz Borecki
Z czym laikowi kojarzy się BUK? BUK - drzewo, BUK - miasto. Pierwsze bardzo trafne skojarzenia. Szukamy dalej. BUK'a - fikcyjna bohaterka książek Tove Jonsson, BUK'iew - nasiona bukowca ...
Moglibyśmy tak bez końca żonglować BUK'iem, tymczasem rzeczywistość stawia przed nami całkiem nową jakość BUK, nienamacalną, bezkształtną (nie licząc opakowania), bezwonną przestrzeń ubraną jedynie w dźwięki i usilnie domaga się nazwania jej zawartości.
Wojciech Jachna - trąbka, flugehorn Marek Malinowski - gitara el. Jacek Cichocki - fortepian, Vermona piano, Moog, Crumar Paweł Urowski - kontrabas Mateusz Krawczyk - instr. perkusyjne
Album: "Earth Remixed"
Wydawnictwo: MellowYellow (2022)
Tekst: Piotr Banasiak
Aaaaaa witam! Witam serdecznie Panie Wojtku! No baaaardzo się cieszę.
Proszę spocząć. Pani Jadziu! Pani poda, o tam, dziękuję! A wie Pan? Ja Pana też. Bardzo. Od lat - Panie Wojtku kochany.
Cygaro może? Aha. No to może ziółko? Pani Jadzia zawinie! He he he, żaaaaaart Panie Wojtku, żaaaaaaart. My wiemy jak to jest z wami dżezmenami, he he... Zgoda, niech będzie herbatka. Jad... Pani Jadziu! Dla mnie jak zwykle.
Ok. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, ale przejdźmy do adremu.
Jacek Cichocki - fortepian, Moog, instrumenty klawiszowe Marek Malinowski - gitara elektryczna Rafał Gorzycki - perkusja, instrumenty perkusyjne Wojciech Jachna - trąbka, elektronika
"Ad Astra"
Wydawca: Audio Cave (2025)
Tekst: Maciej Nowotny
Kiedy przed laty zakładałem ten blog, a potem prowadziłem go wspólnie z przyjaciółmi, wynikało to nie tylko z miłości do muzyki i podziwu dla tworzących ją artystów, lecz także z głębokiego przekonania, że muzyka i słowo nawzajem siebie potrzebują. W moich tekstach o muzyce nigdy nie pisałem z perspektywy muzykologicznej, chociaż takie teksty są potrzebne i uwielbiam je czytać. Moja perspektywa patrzenia na muzykę jest inna. Przemawiał przeze mnie człowiek zapatrzony w piękno, dla którego epifanią są różne jego przejawy. Dlatego klucza do muzyki szukam nie w analizach i klasyfikacjach, ale w obrazie malarza, scenie z filmu lub teatru, nawet w elemencie architektury — a najczęściej po prostu w słowie.
Tadeusz Łuczejko - kompozycje, aranżacja, wykonanie i rejestracja
Goście specjalni: India Czajkowska - flet, instrumenty klawiszowe, wokal Tadeusz Sudnik - elektronika Wojciech Jachna - trąbka Mikołaj Trzaska - klarnet basowy Fragmenty swojej prozy czyta Andrzej Stasiuk
W niedawno wznowionej, w nowym tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej, świetnej powieści austriackiej autorki Marlen Haushofer zatytułowanej Ściana znajdujemy takie słowa:
„Dzisiaj nabrałam przekonania, że nigdy już nie spotkam żadnego człowieka.”
„Complementary Colors” to drugi album duetu Maciej Staniecki (gitara, elektronika) i Wojciech Jachna (trąbka, efekty). Najnowsze dzieło jest dalszym ciągiem eksploracji, które zapoczątkowała płyta „Two Souls” z 2020 roku.
Zarejestrowany materiał jest dość specyficzny – unikalny i przewidywalny zarazem. Z jednej strony, słyszmy tu dźwięki, które są efektem bardzo indywidualnego i nieszablonowego u obu artystów podejścia do muzyki. Z drugiej jednak strony, po każdej zagranej frazie myślimy sobie „no tak, oczywiście że tak, nie można tego było zagrać inaczej”. W czasie odsłuchu doświadczyłem zatem bardzo specyficznego zaburzenia poznawczego – każdy dźwięk pasował mniej więcej do tego, czego się spodziewałem, ale mimo wszystko słuchało się tego w ciągłym napięciu i zainteresowaniu.
Myślę, że to co powyżej nakreśliłem, jest efektem bardzo dojrzałego i świadomego podejścia Stanieckiego i Jachny do tworzonej muzyki. Artyści świetnie zdawali sobie sprawę co chcą stworzyć i udało im się coś, co w przypadku wielu projektów jest nieosiągalne – nieprzewidywalność w swojej oczywistości.
Zachodzi tu jeszcze jedno specyficzne zjawisko. Mianowicie, kreowana przestrzeń muzyczna sprawia jednocześnie wrażenie surowej i bogatej. Jest to coś niezwykle intrygującego i trudnego do osiągnięcia. Za to kłaniam się artystom w pas.
Cechą charakterystyczną jest tu właściwie kompletny brak popisów indywidualnych. Muzycy bardzo dużo wzajemnie się słuchają. Skupieni są na celu jakim jest tworzenie muzyki samej w sobie, a nie na błyśnięciu szybkim i trudnym technicznie solo.
Osobiście staję się coraz większym fanem aksamitnego brzmienia trąbki Wojciecha Jachny. Sound ten niemal idealnie pasuje do charakteru albumu – spokojnego, w pełni skupionego „malowania” dźwiękami (do czego zresztą bardzo dobrze pasuje tytuł albumu). Warto zwrócić uwagę, że na „Complementary Colors” raczej nie uświadczymy harmonii w klasycznym tego słowa znaczeniu. Akordy właściwie tu nie występują. Na ogół kręcimy się wokół jakiegoś centrum tonalnego, ale poza nielicznymi wyjątkami, typowych progresji akordowych tu nie spotkamy.
Za taki wyjątek można uznać utwór „Fearless”, który został także singlem promującym płytę. Swoim charakterem wyraźnie odbiega on od całej reszty muzyki. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to właściwie tylko do tego jednego elementu – brak spójności singla promującego z resztą albumu.
Na ten moment płyty nie znajdziemy na znanych platformach streamingowych. Wprawdzie można jej posłuchać na Bandcampie, ale rekomenduję każdemu zaopatrzenie się w fizyczny egzemplarz. Okładka może nie jest najpiękniejsza, ale muzyka zawarta na krążku absolutnie warta jest tego niewielkiego zachodu.
Piotr Komosiński – kompozycje, kontrabas, gitara basowa, ukulele basowe, kalimba, elektronika Michał PanMajk Mike – trąbka (4,5,9,11) Wojciech Jachna – trąbka (8)
„Wietrzne Historie”
Wydanie własne: Piotr Komosiński (2023)
Tekst: Paweł Ziemba
Czy rosnąca popularność muzyki minimalistycznej może być wyznacznikiem czasów w jakich żyjemy? W dzisiejszym mocno zabieganym i przeładowanym informacjami świecie, funkcjonowania w dwóch rzeczywistościach - realnej i wirtualnej jednocześnie, potrzeba wyciszenia, refleksji wydaje się być coraz częściej pożądaną wartością. Czy dlatego muzyka, której istoty piękna upatruje się w pojedynczym dźwięku i w ciszy sprawia, że zapamiętujemy ją lepiej i czujemy się w jej towarzystwie dobrze?
Muzyka inspiruje, porywa na szczyty emocji i rzuca w ich głębie. Bywa też często najlepszym lekarstwem.
Być samemu to czasami być w najlepszym towarzystwie - to coś, co przychodzi na myśl, gdy słuchamy autorskiej płyty kontrabasisty Piotra Komosińskiego.
Bardzo niski, kroczący, niemal bezdenny dźwięk kontrabasu ma w sobie coś elementarnego. To muzyka sprzed dominacji maszyn i technologii – to oddech, ruch i dźwięk. Artysta funkcjonuje dokładnie na tym podstawowym poziomie, gdzie sztuka polega na spektakularnym, bardzo selektywnym doborze formy i dźwięków. Komosiński dzięki swoim umiejętnościom kompozytorskim, poczuciu dobrego smaku, doświadczeniu oraz technice zanurza nas w minimalistycznych groove'ach, w królestwie swoich malowniczych opowieści.
Żywiołową podstawą tej muzyki jest dźwięk, a jej istotą rytm — tętno wszelakiej muzyki, które porusza melodię połączoną z harmonią. Ta płyta wymyka się kategoriom sprowadzającym ją do jazzu lub muzyki swobodnie improwizowanej - to pojedyncze, czasami bardzo krótkie etiudy pojawiające się jak chwilowe myśli zamknięte w dźwiękach minimal music z jednej i ambient z drugiej strony (co najwyraźniej słychać to w tytułowym utworze "Wietrzne Historie").
Muzyka Komosińskiego uspokaja, wycisza i pozwala z poczuciem wewnętrznego spokoju wejść w świat opowieści.
To bez wątpienia album koncepcyjny. Brak natarczywych powtórzeń, natłoku dźwięków sprawia, że ten niezbyt rozbudowany muzyczny materiał zaskakuje formą, pomysłem, kolorowymi obrazami, które w następstwie ciszy i swoistego cedzenia treści tworzą jego moc.
W rzeczywistości Piotr Komosiński jawi się jako artysta z jasną wizją, napędzany ciekawością, szczerością wypowiedzi i wielką siłą twórczą. Szerokie pejzaże malowane dźwiękami trąbki Michała PanMajk Mike i Wojciecha Jachny, oplecione ostinatowymi groove'ami lidera, grane są w taki sposób, że wirtuozeria nie jest celem samym w sobie. To czyni tę muzykę jeszcze bardziej zdumiewającą.
Niezależnie od tego, czy są to hipnotyczne brzmienia kalimby, czy delikatne, przeczące grawitacji niebiańskie dźwięki trąbki, album demonstruje pełną moc i potencjalny zakres ekspresji - nieodłączny element umysłu artysty.
Każdy z dwunastu utworów zawartych na płycie, bez względu na jego długość i formę, jest bardzo plastyczny. Zastosowanie przez muzyka wszelkiego rodzaju overdubów i subtelnych elementów elektroniki sprawia, że wrażenia słuchowe są jeszcze bardziej imponujące. Czystość formy oraz kompozycji jest surowa, pozbawiona jakichkolwiek skojarzeń. Fakt ten powoduje, że słuchacz jest pozostawiony sam na sam z muzyką, co pozwala na indywidualną interpretację.
„Wietrzne Historie” budują trwałą więź odbiorcy z albumem, który niesie ze sobą określone przesłanie i emocje.
Czy muzyka, aby była ciekawa i współczesna musi być trudna i skomplikowana?
Utwory Komosińskiego zdecydowanie zaprzeczają takiemu poglądowi. To piękna, ilustracyjna propozycja, która urzeka swoim minimalizmem. Nie znajdziecie tu wypchanych, przypominających pękate pluszaki nagrań. Usłyszycie idealne wyczucie i styl, hipnotyzującą swoim brzmieniem trąbkę, subtelnie zastosowaną elektronikę, ciekawe improwizacje kontrabasu, kołysankowy nastrój. Jednocześnie odnajdziecie wiele powietrza i ciszy. To bardzo uniwersalna muzyka, uszyta na indywidualne potrzeby każdego odbiorcy.
Jak często w życiu bywa, tak i w przypadku tej płyty mniej - znaczy w rzeczywistości więcej.
Gdy filozofom kończą się tematy do kłótni (zdarza się to rzadko, no ale jednak i tak bywa) lubią wyciągnąć oni wówczas z szafy jakiegoś trupa. Owym denatem jest zazwyczaj stary jak świat problem filozoficzny, którego nijak nie da się rozwiązać. Chociażby, czym jest byt, czy Bóg istnieje, jak poznajemy rzeczywistość bla bla bla. Wśród tych jakże frapujących kwestii raz na jakiś czas niczym diabeł z pudełka (Bóg już był, więc ten drugi też musi zaistnieć) wyskakuje problem ujmowania prawdy. Głowią się, dwoją i troją, szpanują szanowni filozofowie wówczas swoją często wątpliwą zresztą erudycją, a wystarczyłoby posłuchać najnowszej płyty trio Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. Wprawdzie chyba nikt nie wie jak ona się nazywa, ale dla mnie jest jasne, że jest ona potwornie (cóż za niefilozoficzne słowo ahh!) prawdziwa.
Wyświechtana i jakże niemodna już prawda opisana może być przez co najmniej kilka definicji. W kontekście […] (tak, to tytuł płyty, a co chodzi???) kluczowa okazuje się prawda egzystencjalna oraz ta w wymiarze koherencyjnym. Ta pierwsza to na poły mityczna istota człowieka, która go określa i definiuje. To ten pierwiastek, który decyduje o tym, że każdy z nas jest indywiduum wyjątkowym. Pewne zdarzenie, pojedyncza historia, wybryk, wspomnienie miłości – słowem, cokolwiek, dzięki czemu jesteśmy. Prawda w ujęciu koherencyjnym to, w pewnym uproszczeniu, spójność faktów. Jachna, Mazurkiewicz i Buhl, pewnie nieświadomie, bo możliwe że kompletnie uroiłem sobie te porównania, nawiązują do tych właśnie filozoficznych motywów. Ich muzyka ma pewien wymiar egzystencjalny. Przypomina mi sytuację, w której to z bliżej nieznanych przyczyn zmuszeni jesteśmy do obcowania wyłącznie z samymi sobą – jeden na jeden, bez taryfy ulgowej czy innych przeszkadzaczy ze świata zewnętrznego. Ta muza to soundtrack do momentu, w którym widzicie wszystko wyraźnie, Wasz umysł osiąga pełnię koncentracji, lecz jest zrelaksowany i pozwala myślom przepływać. Dla jednych to medytacja, dla innych jazzowy haj. Jachna, Mazurkiewicz i Buhl właśnie gdzieś tam są. Struktury tworzone przez kontrabas, perkusję i elektroniką falują, stają się bardziej intensywne i wtem rozpływają się w sennej mgle. Fraza Jachny, który być może nie jest najwybitniejszym instrumentalistą w Polsce, jest jednak perfekcyjnie dopracowana. Każdy dźwięk współgra z resztą. I właśnie na tym poziomie ujawnia nam się drugi wymiar prawdy – tym razem ten koherencyjny. […] to niezwykle spójna całość, jedno uniwersum. Brak któregokolwiek elementu oznaczałby nieuchronne zawalenie się tej misternej konstrukcji. Co więcej, poszczególne frazy, a także brzmienie struktur są ze sobą silnie skorelowane. Każdy element tego dźwiękowego pejzażu jest logicznym następstwem tego, co wcześniej na płycie się zadziało. Być może jest na tej płycie pewna przestrzeń na improwizację, jednak na pewno nie na jakąkolwiek przypadkowość.
[…] jest płytą po prostu znakomitą. Płynąca z niej moc kolektywnego grania pokazuje, że niekoniecznie rozpasane środki wyrazu stworzyć potrafią niezwykle wciągającą opowieść. Jej klimat i pewna otwartość interpretacyjna powoduje, że pomimo osobistego charakteru dźwięki te niosą w sobie uniwersalny wymiar.
Bogusław Raatz – gitary, syntezator analogowy Grant Calvin Weston – perkusja Grzegorz Gre Korybalski – bas Steve Kindler – skrzypce 9-wtrunowe, programowanie Eurazja Srzednicka – śpiew Paweł Sakowski – śpiew, recytacje Al Macdowell – bas Daniel Mackiewicz – dżembe Wojciech Jachna – trąbka Krzysztof Majchrzak – bas Dariusz Brzeziński – instr. klawiszowe Wytwórnia: RG Records
"Nie z świata tego" (2023)
Autor tekstu: Mateusz Chorążewicz
Niemal dokładnie rok temu do moich rąk trafił pierwszy album grupy Witkacy Tribute Ensamble pod przewodnictwem Bogusława Raatza. Płyta była nieco dziwna, ale i wyjątkowa zarazem. Nie dało się obok niej przejść obojętnie. Wszystko to sprawiło, że z niecierpliwością oczekiwałem kontynuacji.
„Nie z świata tego” jeszcze bardziej oddala się od jazzu niż miało to miejsce w przypadku „Wistości Rzeczy”. Charakter albumu jest wyraźnie odmienny, choć nadal osadzony w około-rockowych klimatach. Muzyka raczej towarzyszy tekstom, stanowi dla nich tło, a warstwy liryczna od muzycznej przez większość czasu są wyraźnie od siebie odklejone. W czasie odsłuchu doświadczam czegoś, czego w przypadku pierwszego albumu nie było – jestem w stanie skupić uwagę albo na tekstach albo na muzyce. Odsłuchałem płytę kilkukrotnie i problem ten pojawił się za każdym razem. Świadomy i analityczny odbiór obu płaszczyzn jednocześnie jest w moim przypadku awykonalny.
Słabym punktem muzyki wydają się być kompozycje, które zwyczajnie nie są tak interesujące jak na „Wistości Rzeczy”. Ogólny charakter muzyki teoretycznie pasuje do wybranych tekstów, ale czegoś tu brakuje. Utwory zawierają dużo zapętlonych fragmentów, które momentami wręcz zaczynają irytować. Co dziwne, ów zapętlenia wcale nie ułatwiają odbioru muzyki i tekstów jako jedną, spójną całość. Ma to miejsce szczególnie w pierwszej części płyty.
Na uznanie zasługuje ostatni, czteroczęściowy utwór „Nie z świata tego”, który jest prawdziwym majstersztykiem. Jest on wolny od właściwie wszystkich mankamentów kompozycji poprzedzających. Gdyby tak było przez całą płytę, byłbym w siódmym niebie.
Mimo wszystko jestem daleki od totalnego grillowania albumu. „Nie z świata tego” to wprawdzie jeden z wielu w ostatnim czasie nawiązujący do polskiej spuścizny literackiej, ale warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że Witkacy Tribute Ensamble to projekt, który nie rozpoczął swojej działalności tylko dlatego, że akurat taka panuje moda i nie poprzestał na jednej płycie. Bogusław Raatz aktywnie eksploruje tę dziedzinę i pomimo średnio tym razem udanej próby, mam gorącą nadzieję na kontynuację. Raz, że pierwsza płyta była kapitalna i szkoda byłoby zostawić po projekcie lekki niesmak. Dwa, że pomysł jest naprawdę wyjątkowy i wart dalszego zgłębienia.
Uważam, że ta płyta to praca naukowa, szeroko zakrojony eksperyment. A skoro mogą eksperymentować muzycy, to dlaczegóż by nie mógł poeksperymentować słuchacz?
Otóż ja - w ramach eksperymentu - po pierwsze: nie zapoznałem się z dotychczasowym dorobkiem Panów Sundialów, zespół debiutuje w moich organach usznych. Po drugie - nie przeczytałem ani jednej z grubego tomiszcza recenzji, których ten album się doczekał. Starałem się też, aby nazwiska trzech Artystów Improwizatorów, których dorobek darzę estymą i szacunkiem, nie sparaliżowały mojego wewnątrzorganizmowego systemu odbiorczego. Do dzieła!
Album rozpoczyna się nadzwyczaj w moim Larks'TonguesInAspicowym guście - opusem "Misy" Pana Szmańdy. Rodzący się z nicości misowy rytuał, sukcesywnie acz niespiesznie wzbogacany melizmatem trąbki i pianizmem na wciśniętym - tak jak lubię - pedale "forte". W dalszej części utworu pozostaje nam osamotniony Pan Tarwid. Chwilo trwaj... ale pora na płynne przejście do kompozycji "Aknakaks". On żóc. Łsymop z mełutyt tewan ynpicwod , kandej tsartnok yzdęimop myt merowtu a mindezrpop - ynmorgoezrp. Że trąbka zdziczała, że bębny sieką gęsto - to furda. Ale wysil drogi słuchaczu wyobraźnię i wyobraź sobie, że Pan Tarwid gra dokładnie te same riffy, ale na mocno przesterowanej gitarze z obniżonym strojem. Muzycy takich jazzowych formacji jak Biohazard czy Life Of Agony pękliby z zazdrości. W każdym razie, kompozycja ustawiona w takim a nie innym miejscu płyty, brzmi tyleż mocno co drażniąco. Przy okazji sygnalizuje i podkreśla zjawisko, które wyraźnie odczuwam - niejednorodność, czy wręcz niespójność tego albumu. Jak dla mnie czwarty materiał Sundial dzieli się na trzy części: 1. Szmańdowe "Misy", 2. "kręgosłup płyty"- czyli cztery utwory Pana Tarwida uzupełnione Szmańdową "Aknakaks" oraz 3. Jachnowe zakończenie w postaci "Hator". Te trzy części różnią się brzmieniem i klimatem. Co je łączy? POMYSŁ NA GRANIE.
Ten POMYSŁ NA GRANIE najlepiej słychać w Tarwidowej części eksperymentu sundialnego. Jest to jak dla mnie rozwinięcie idei Drugiego Kwintetu Davisa słyszalnej w kompozycji "Nefertiti" z '67r. W największym skrócie: Pan Jachna trąbi w nieskończoność pewne motywy, tematy, nieznacznie je modulując, rozwijając. Są one bardzo charakterystyczne i stanowią oś melodyczną, często bardzo atrakcyjną. Np. w "Oleo II" słyszę Pana Jachnę pogodnego i frywolnego, zupełnie jakby w drodze z Bydgoszczy do Studia S3 PR w Warszawie słuchał non stop radosnych symfonii Antonína Dvořáka. Z kolei w "Terpsichore Still" trębacz brzmi jak kompletnie wstawiony lider bigbandu ledwie grającego pod koniec trzydniowego wesela. Kontrastem do tego stoickiego trąbkowego szkieletu melodycznego jest gra sekcji fortepian - perkusja. Nieprzewidywalna, pełna zwrotów akcji i wahań dynamiki, w pewnych momentach bardzo gęsta, w innych zdecydowanie kameralna, minimalistyczna. Czasami doświadczamy dźwiękowych wzmożeń i erupcji, a czasami doświadczamy - ciszy. Czasami, np. w "Materiach" doświadczamy czegoś, co nazwałbym "precyzyjnie zaplanowaną matematyką karabinu maszynowego"; na dodatek płynnie przechodzącego w delikatny i swobodny opis popołudniowego parku zaraz po deszczu. Nie zostałem zrozumiany? No to zachęcam do posłuchania.
Generalnie moją uwagę zwraca brzmieniowa i rytmiczna pomysłowość Pana Szmańdy, a już prawdziwie intrygujące jest słuchanie Pana Tarwida. Pan Tarwid ponownie potwierdza, że nie jest słingujacym pianistą dżezowym, że idzie zdecydowanie swoją ścieżką, a swój styl buduje poszukując na ogromnym terytorium muzyki klasycznej. Czasami, ze względu na słyszalny moim zdaniem wpływ tradycji romantycznej, mam ochotę grę pianisty określić jako "dżezowy new romantic". I wcale mnie nie dziwi, że partnerzy Pana Tarwida, świadomi jego błyskotliwości miejscami ocierającej się o geniusz, chętnie tu i tam "wypuszczają go na solo" na preludium, na intermezzo, na kodę... W efekcie słuchacz otrzymuje porcję ciekawej formalnie i brzmieniowo muzyki. Niekoniecznie dżezowej, ale na pewno współczesnej.
Doceniam też spostrzegawczość, elastyczność i zaradność muzyków. Album rozpoczęty kapitalnymi, transowymi "Misami" kończy równie transowy "Hator". Być może Pan Jachna puścił kolegom "Blind Love" Swans i zapytał "to jak? spróbujemy?" Spróbowali, ale spostrzegli , że jest to nieco rozwleczone i jakieś takie wątłe harmonicznie. No to dograli dodatkowy ślad trąbki z tłumikiem. Gotowe. I po problemie. Szacunek.
Mój znajomy stwierdził, że jest to trudna muzyka. Z kolei ja zauważyłem, że moje ośmioletnie potomstwo chętnie przy "IV" pochłania kolejne księgi komiksu "Tytus, Romek I A'Tomek" oraz protestuje, jeśli chcę wyłączyć. Zatem chyba nie jest tak źle z przyswajalnością i komunikatywnością. Reasumując - nie napiszę, że wielokrotny odsłuch czwartego albumu Sundial Trio wywołał u mnie huragan emocji i burzę hormonalną. Natomiast ten eksperyment muzyczny wypadł niesłychanie INTRYGUJĄCO. I mnie osobiście to odpowiada.
Bogusław Raatz – gitary, fussion sitar, tampura Grant Calvin Weston – perkusja Grzegorz "Gre” Korybalski – bas Steve Kindler – skrzypce 9-wtrunowe, programowanie Eurazja Srzednicka – śpiew Paweł Sakowski – śpiew, recytacje Sławomir Ciesielski – perkusjonalia, głosy Daniel Mackiewicz – dżembe Wojciech Jachna – trąbka Robert Bielak – skrzypce Dariusz Brzeziński – instr. klawiszowe
Wistość Rzeczy (2022)
Wydawca: RG Media
Autor tekst: Mateusz Chorążewicz
Album „Wistość Rzeczy” to hołd dla twórczości Witkacego. Kim był Witkacy i że budzi kontrowersje do czasów dzisiejszych nie trzeba chyba tłumaczyć. Tym ciekawej zapowiadała się płyta w wykonaniu Witkacy Tribute Ensemble pod kierownictwem Bogusława Raatza.
W nagraniach wzięli udział Grant Calvin Weston (perkusja), Grzegorz "Gre" Korybalski (bas), Steve Kindler (skrzypce 9-wtrunowe, programowanie), Eurazja Srzednicka (śpiew), Paweł Sakowski (śpiew, recytacje), Sławomir Ciesielski (perkusjonalia, głosy), Daniel Mackiewicz (dżembe), Wojciech Jachna (trąbka), Robert Bielak (skrzypce), Dariusz Brzeziński (instr. klawiszowe) oraz lider Bogusław Raatz (gitary, fussion sitar, tampura).
Powiedzieć, że jest to album dziwny, to powiedzieć mało. Całość nastawiona jest głównie na brzmienia rockowe, choć nie tylko. Znajdziemy tu też choćby motywy ambientowe. Niewątpliwie muzyka jest mało jazzowa. Jeśli już miałbym ją gdzieś sklasyfikować, to wpadłaby do szuflady „Fusion”, ale to stanowczo zbyt generalizujące stwierdzenie. Słuchając tych nagrań odnosiłem silne wrażenie, że muzyka ta pasuje do tego co wiemy i czego domyślamy się o Witkacym. Wydaje się, że Bogusław Raatz chciał nie tylko oddać hołd twórczości Witkacego, ale również spróbować wejść do jego umysłu, poznać jego charakter na ile to możliwe i odzwierciedlić to w muzyce.
Czy Witkacy Tribute Ensemble osiągnęło swój cel? Absolutnie! Album nie tylko świetnie brzmi, genialnie się go słucha, jest perfekcyjny wykonawczo i muzycznie. On również skłania do głębokiej refleksji. Krótko mówiąc, jest to dzieło przez duże „D”.
Albumów jazzowych, czy około-jazzowych oscylujących wokół polskiej spuścizny kulturalnej (w tym literackiej) jest w ostatnich latach dość sporo. Wystarczy wspomnieć, że w samym tylko 2022 mieliśmy przynajmniej dwie wartościowe płyty odnoszące się do twórczości Witkacego. Mowa tu o albumie „Witkacy – Narkotyki” Leszka Kułakowskiego i właśnie „Wistość Rzeczy” w wykonaniu Witkacy Tribute Ensemble pod kierownictwem Bogusława Raatza.
Obie te płyty leżą na zupełnie różnych półkach stylistycznych i tym samym dowodzą w jak różnorodny sposób można zbudować przekaz, który jest jednak na swój sposób spójny, gdy na warsztat wezmą go ludzie, którzy wiedzą co robią. Do „Wistości Rzeczy” będę wracał z wielką przyjemnością.
Wojciech Jachna - trąbka, skrzydłówka Marek Malinowski - gitara elektryczna Jacek Cichocki - fortepian, Vermona, Moog, Crumar Paweł Urowski - kontrabas Mateusz Krawczyk - perkusja, perkusjonalia
Earth (2022)
Wydawca: AUDIO CAVE 2022
Tekst: Piotr B.
Druga płyta flagowego w moim mniemaniu okrętu pośród potężnej armady projektów i dokonań Pana Jachny, zwanego w Polskim Radiu "Naszym Znakomitym Trębaczem". Album obrazujący niepokoje Artystów co do przyszłości naszej Matki Ziemi. Pora działać. Żeby nie marnować tuszu w klawiaturze i nieco oszczędzić nasze naturalne zasoby, w dalszej części pozwolę sobie nazywać Naszego Znakomitego Trębacza skrótowo: NZT.
A zatem analizujemy "Earth", którą dzieli dwa lata od poprzedniczki: "Elements". Od razu zaznaczam, ani mi się śni pisać, że "Earth" jest płytą lepszą czy też dojrzalszą od debiutu. Natomiast oświadczam - ta płyta jest INNA i w moim przekonaniu, choć niekoniecznie zgodnie z zamiarem NZT i Jego Kompanów - JAŚNIEJSZA. Rozwińmy to.
Postaci NZT nie ma potrzeby przybliżać, warto natomiast wspomnieć, że "liderowanie" NZT jest iście Davisowskie, Ja bym je raczej nazwał impresariatem. NZT daje pograć kolegom a przede wszystkim pokomponować. Krążą nawet plotki, że koledzy NZT aktywnie - o zgrozo! - partycypowali w trakcie miksowania materiału! Jaki mamy efekt? Różnorodną, wielobarwną, a zarazem niezwykle zbalansowaną i STYLOWĄ płytę pięciu lubiących się facetów. No to cóż? Herbata, ciacho, CD do kieszeni odtwarzacza i jedziemy.
"Antonietta" - małe arcydzieło Pana Malinowskiego, pięknie osadzone w klasycznej formie: temat - wariacje - temat, ale wzbogacone ciekawym zawieszeniem tempa, kiedy po zespołowym początku następuje zawieszenie akcji oraz impresyjne przebudzenie gitary. Następnie od 02min 30sek słuchamy, co Pan Malinowski chce nam opowiedzieć swoimi sześcioma strunami, najpierw tylko z rozkołysaną sekcją, później zdawkowo podkreślany przez Pana Cichockiego, na końcu w dialogu z NZT oraz zostawiając pole liderowi. Moje prywatne najpiękniejsze kilka minut polskiego grania tej wiosny! A wszystko bazujące na miłej dla ucha, finezyjnej, bardzo naturalnej progresji akordów. Aż korci, żeby się przyłączyć i "popikać" sobie na czymś ze Squadem. Jeśli ktoś z Szanownych Zaglądających ma ochotę, służę uprzejmie, spisane ze słuchu: Gmoll, Hmoll, Ddur, Fdur, Bdur, Adur... oczywiście, wszystkie akordy jakieś tam septymowe zmniejszone, zwiększone, powykręcane... no w końcu to jest dżez!
Po tak wspaniałym, rozmarzonym początku znienacka zostajemy poczęstowani smutna przypowieścią o ludzkiej głupocie i chciwości - "The Last White Rhino". Wyraźny rockowy puls, niepokojące dźwięki syntezatorów, pełna złości gitara i motoryczny, rozpychający się w miksie kontrabas autora tego utworu, Pana Urowskiego. Dwie ciekawostki. Modulowane (DCO/VCF?) brzmienie syntezatora powoduje, że irracjonalnie cofam się do nowofalowej końcówki lat 70tych by miło wspomnieć, co wyczyniał Dave Formula w Magazine. Zaś energiczne uderzenia Pana Urowskiego (z resztą nie tylko w tym utworze) powodują, iż zastanawiam się, czy kontrabasista nie miał rockowej "przeszłości". Albo czy za młodu nie chciał grać w Rage Against The Machine :)
Nadchodzi pora na improwizowaną opowieść zespołową. "The Forest" - na początku spokój i ład oraz trąbka NZT jak świergot ptactwa. Ale z wolna klimat zaczyna się zmieniać, pojawiają się dźwięki coraz bardziej niepokojące, pojawia się podskórny puls. To w lesie pojawiają się ludzie. Z siekierami. I to słychać. Dynamika narasta, perkusja i kontrabas tworzą już jednostajnie pracującą maszynę. Niczym w tartaku. Epilogiem tego dramatu jest łkanie gitary i krzyk trąbki - jak wrzask ptaków pozbawionych gniazd. Tak to słyszę. Bardzo sugestywne.
I ponownie zmiana nastroju. "Sigmunt Freud's Last Nightmare" zaczyna się faktycznie koszmarnie. Koszmarną, katarynkową barwą wyczarowaną przez Pana Cichockiego. Pamiętam podobny dźwięk bodajże w "Checkers" z poprzedniej płyty. Też mnie wtedy drażnił. W końcówce "Sigmunta" katarynkowy koszmar znów powraca. Na szczęście pomiędzy tymi momentami mamy kilka minut ciekawej, dynamicznej muzyki, znamiennej różnorodną rytmiką, zmianami dramaturgii, swobodnymi improwizacjami osadzonymi na groovie sekcji. Chwilami atmosfera utworu zaczyna mi się kojarzyć z "The Talking Drum" Crimsonów. Podsumowując - garnek miodu zaprawiony katarynkowym dziegciem.
Dla odpoczynku po Zygmuntowych Koszmarach NZT i koledzy serwują nam... wielkie rozczarowanie. Jestem rozczarowany faktem, że zwiewny, eteryczny, choć pięknie perkusyjnie unerwiony "Earth" jest tak krótki. Na początku było mi bardzo przykro, że NZT "zmarnował" szansę na pełnokrwisty drum'n'basowy improambient. Później dodatkowo dowiedziałem się, że na koncertach Squad gra "Earth" w długiej, jak mi doniesiono "pełnej" wersji! I teraz jestem na NZT po prostu zły! Jak wiadomo, flagowy okręt w Jachnowej armadzie nie często wypływa na koncertowe wody. U nas w Pomiechówku nie byli już ho, ho...w zasadzie nigdy u nas nie byli. Czyli "Earth" w pełnej krasie mogę sobie tylko wyobrazić...
I cóż dalej? Dalej mamy muzykę do czarno białego filmu ze szkoły polskiej. Intymnego dramatu psychologicznego opisującego atrofię uczuć, rozpad związku i pełnego niedopowiedzeń. Trąbka NZT, szerokoskalowe pasaże fortepianu i swingujace miotełki Pana Krawczyka zabierają nas w lata 60te. Na ekranie Ona wsiada do autobusu Jelcz "ogórek", a On w czarnych rogowych okularach paląc papierosa patrzy za nią, stopniowo zakrywany przez napisy końcowe... O tym, że piękny Jachnowy "All Around" powstał w trzeciej dekadzie XXIw. przypomina jednak orzeźwiająca Malinowska gitara.
Fantastycznym, zwieńczeniem albumu jest kojący "Steps To The West" Pana Cichockiego. Kolejny niespieszny, hipnotyzujący, zadymiono-knajpiany obrazek gdzieś hen, z Amerykańskiego Południa. Bagienno-bluesowa gitara, swobodna, nieco magiczna trąbka, fortepian jak krople porannego deszczu wiszące na pajęczynie. Wszystko nieco rozmazane, odrealnione. A na początku utworu świetna, wyrachowana pułapka zastawiona na słuchacza: Najpierw 4 takty rozbiegu, później 4 takty gitary monologujacej jak zaspany kowboj... i nagle wszystko zwalnia, a trąbka i gitara grają uwodzicielskie melodie.... ale nie przez kolejne 4, tylko przez 3 takty. Trąbka pięknie wybrzmiewa, a w tle wszystko wraca do pierwotnego rytmu. Ta delikatna operacja na chwilkę dezorientuje słuchacza, przyzwyczajonego do równych podziałów, Proste, wytrawne zagranie profesjonalistów - a jaki wspaniały efekt, jak w pijackim tańcu. Na końcu utwór rozrzedza się, rozpływa.. jak myśli ukojone burbonem...
Płyta ma piękne, selektywne brzmienie. Tak jak napisałem, moim zdaniem "jaśniejsze" niż poprzedniczka. Na tę "jaśniejszą" aurę wpływa też większy odsetek akordów durowych ( choćby "Steps To The West" ) oraz nieobecność utworów wybitnie szorstko-niepokojących, takich jak "Porcupine" na debiucie. Występują pewne podobieństwa w konstrukcji utworów np. "Antonietta" versus "Elements" i absolutnie mi to nie przeszkadza. Trochę elektroniki, ale z umiarem. Mnóstwo wysublimowanych, wysmakowanych motywów, zagrywek i melodii. Wspaniały, wciągający, naturalny puls "Antonietty" oraz utworów zamykających album. Krótko - piękna, stylowa, wytrawna, wyrafinowana muzyka. Drogi Słuchaczu - istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że po wybrzmieniu ostatnich dźwięków "Steps To The West" zapragniesz od razu ponownie wcisnąć "PLAY ALL". Zaś sobie życzę, żebym jednak w końcu miał okazję usłyszeć "Earth" na żywo!
Barbara Drążkowska – fortepian preparowany Wojciech Jachna – trąbka Zbigniew Kozera – kontrabas Paweł Szpura – perkusja Orkiestra Dęta Ursus pod dyrekcją Karola Węclewskiego
Recenzując autorską muzykę skupiamy się
głównie na muzyce samej w sobie oraz na tym, co artysta chciał nam przekazać. W
przypadku wydanej w kwietniu 2021 Symfonii Fabryki Ursus jest zgoła
inaczej. Głównie dlatego, że zarejestrowany materiał posłużył jako ścieżka
dźwiękowa do filmu o tym samym tytule z 2018 roku.
Za kompozycje odpowiada tu Dominik
Strycharski. Jego udziałem są również flety proste, wokal oraz elektronika.
Pozostali instrumentaliści to Barbara Drążkowska (fortepian preparowany),
Wojciech Jachna (trąbka), Zbigniew Kozera (kontrabas) oraz Paweł Szpura
(perkusja). W tworzeniu materiału brała także udział Orkiestra Dęta Ursus pod
dyrekcją Karola Węclewskiego. Muzykę zarejestrowano w sierpniu 2017 oraz marcu
2021.
Po pierwszym odsłuchu tej czerpiącej z jazzu,
elektroniku i ambientu płyty poczułem się lekko zaintrygowany i zagubiony
jednocześnie. Zadawałem sobie pytanie o czym jest ta muzyka poza tym, że
stanowi tło dla filmu? Czułem bowiem, że coś tu jest nie tak, że czegoś
brakuje. W notce dołączonej do płyty czytamy „Dokument stanowi filmowe
podsumowanie pięcioletniej pracy artystyczno-badawczej ze społecznością byłych
pracowników fabryki Ursus. Łączy sztukę wideo z choreografią i muzyką
eksperymentalną”.
Tym samym zdałem sobie sprawę, że bez
obejrzenia filmu nie jestem w stanie zrozumieć o czym tak naprawdę jest ta opowieść.
Nie mogę również rzeczowo jej zrecenzować. Na szczęście udało mi się wygrzebać
film w jednym z serwisów VOD. Już od pierwszych minut jego trwania wszystko
stało się aż nader oczywiste. Słuchając wyłącznie muzyki wiedziałem wprawdzie,
że autor miał coś na myśli, że to wszystko na czymś się opiera, ale do momentu
włączenia filmu nie miałem pojęcia na czym.
Nie chcę rujnować naszym czytelnikom
samodzielnego odkrywania Symfonii Fabryki Ursus, zatem nie zdradzę
żadnych konkretnych szczegółów. Powiem jedynie, że Dominik Strycharski występuje
tu nie w roli artysty, które chce nam coś przekazać, czy podzielić się swoimi
życiowymi doświadczeniami. Zadaniem kompozytora było przelanie na muzykę
historii byłych pracowników fabryki Ursus. Zaprezentowanie ich doświadczeń w
sposób, w który oni sami zapewne nie byliby w stanie nam zaprezentować.
Symbolicznym, wręcz genialnym posunięciem,
było zaangażowanie do projektu zakładowej Orkiestry Dętej Ursus, która pomimo
upadku fabryki funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Album niewątpliwie jest
koherentny. Kompozytor znalazł także bardzo interesującą drogę do zastosowania
efektów elektronicznych oraz wokalnych.
Koniecznie należy w tym miejscu zaznaczyć, że
odsłuch samej płyty właściwie mija się z celem. Powodem jest tu nierozłączne
powiązanie tej muzyki z filmem. Dopiero w połączeniu z obrazem jesteśmy w
stanie zrozumieć o czym jest ta opowieść.
Gorąco zachęcam naszych czytelników najpierw
do odsłuchu albumu, a później do obejrzenia filmu. Dokładnie w takiej
kolejności. Nawet jeśli nie jesteście fanami muzyki elektronicznej, czy
ambientu,to przeżycie czegoś głębszego
niż tylko słuchanie muzyki i oglądanie filmu jest właściwie gwarantowane.
Kilka miast czy regionów w Polsce dostąpiło zaszczytu posiadania własnego jazzowego środowiska: oczywiście Warszawa (choć to przypadek osobny), na pewno Kraków, Trójmiasto, Górny Śląsk, Wrocław i w tym samym rzędzie należy umieścić Bydgoszcz. Jest to ewenement biorąc pod uwagę, że wymienione wcześniej miasta są od niej dużo większe, bogatsze tak ekonomicznie jak i w sensie tradycji kulturalnej. Oczywiście olbrzmią rolę odgrywał tu klub Mózg, ale przede wszystkim grupa niezwykle utalentowanych, kreatywnych, ale i wytrwałych, odpornych na przeciwieństwa losu muzyków tworzących to środowisko, pośród których Jachna należy do najbardziej interesujących.
Nie chciałbym marnować miejsca w tym tekście na przypominanie jego kariery, choć warto byłoby to zrobić, a kto ma to ochotę niech kliknie na nasz tag: Wojciech Jachna i może łatwo prześledzić liczne wydane przez niego płyty, w różnych składach, z reguły wysokiej jakości, a naprawdę często - wybitne. Był też wielokrotnie nagradzany na naszym blogu, przypomnijmy niektóre z tych zachwytów: wydany w zeszłym roku w ramach Wojciech Jachna Squad wyśmienity album "Elements" czy w trio z Mazurkiewiczem i Buhlem "God's Body" z 2018 albo "Night Talks" nagrany w 2015 w duecie z wyśmienitym kontrabasistą Ksawery Wójcińskim. Wszystkie były naszymi albumami miesiąca i wysoko lokowały sie w naszych rocznych zestawieniach. Nie przypadkiem! Polecamy je Wam wszystkie, zresztą było ich dużo więcej.
Spodobają się Wam one szczególnie jeśli lubicie taki jazz, nie jazz. Co to znaczy? Podążanie własną drogą, szukanie swojego soundu, oryginalność, kreatywność, skupienie na dźwiękach, a nie na PR. To co ja osobiście bardzo lubię w muzyce Jachny, a co jest bardzo mocno obecne na tym krążku, to ambientowe klimaty z okazjonalnie tanecznie potraktowanym rytmem. Taka mieszanka zawsze cudownie kojąco na mnie działa szczególnie późnym wieczorem.
Jeśli zaś generalnie obawiacie się albumów solo, to w tym przypadku nie ma takiej potrzeby, ponieważ chociaż gra rzeczywiście wyłącznie Jachna, to użycie różnych isntrumentów, a szczególnie elektronicznych przetworzeń i w ten sam spośób generowanych rytmów - wszystko świetnie zmiksowane przez Jarka Hejmanna i zmasterowane przez Marcina Bocińskiego - powoduje że muzyka brzmi niemal jak nagrana w bandzie. Jedyne co można zarzucić temu krążkowi to fakt, ze nie jest krokiem w żadnym nowym kierunku, brzmi jak materiał nagrany w trakcie pandemii, po to aby nie zwariować i nie stracić kontaktu z muzyką. Jednak w tym sensie działa doprawdy terapeutycznie także na słuchacza i z tym związany jest mój drugi zarzut: że płyta jest za krótka, trwa niecałe 38 minut, a szkoda bo chciałoby się słuchać i słuchać... Oczywiście żartuję: świetna muzyka i serdecznie polecam Waszej uwadze!
"W sieci dźwięków" to cykl siedmiu różnorodnych koncertów zorganizowanych przez Fundację Generator Sztuki, w wykonaniu jazzowych muzyków ze Szczecina, Berlina, Poznania, Krakowa i Warszawy, oraz szkolenie on-line z zakresu korzystania ze współczesnych mediów dla zaangażowanych w projekt artystów. Koncerty odbywały się w formie tradycyjnej w klubie Jazzment i były dostępne za darmo dla wszystkich zainteresowanych. Łącznie w cyklu wzięło udział 25 muzyków. W każdym koncercie w klubie Jazzment wzięło udział co najmniej 50 osób, a transmisje on-line oglądano już łącznie ponad 12000 razy.
"Kind Of Blue"
Tytuł koncertu został przez wykonawców potraktowany metaforycznie. Nie była to bowiem prezentacja utworów z kultowej płyty Milesa Davisa. Jedyne nagranie z tego albumu - "Blue In Green" - pojawiło się dopiero jako bis. Chociaż echa jazzowej płyty wszechczasów można odnaleźć w doborze repertuaru: kluczem do skonstruowania programu były blues i szeroko rozumiane powiązania z Milesem. Kwartet w składzie: Joanna Gajda - fortepian, Bartosz Świątek - kontrabas, Marcin Rakowski - instrumenty perkusyjne i Krzysztof Kołłątaj - perkusja, rozpoczął więc od "Blue Skies" Irvinga Berlina. Jako kolejny utwór pojawił się "Tokyo Blues" Horacego Silvera, z atrakcyjnym fragmentem duetowej konwersacji perkusji i perkusjonaliów. Popisy tych instrumentów ubarwiły również "Blue Bossę" Joe’go Hendersona i finałowy "No More Blues". Z kolei kontrabas znalazł pole do solowej prezentacji w "Memories Of Tomorrow" Keitha Jarreta, utworze znanym między innymi z solowej interpretacji wybitnego pianisty na płycie "Köln Concert". Program uzupełniła jeszcze kompozycja "When Sunny Gets Blue" z intrygującym duetem fortepianu i kontrabasu.
"Jobim & Gilberto"
Antonio Carlos Jobim i Joao Gilberto oraz oczywiście bossa nova byli bohaterami kolejnego koncertu cyklu. Wśród zaprezentowanych utworów znalazły się klasyki gatunku, którego prekursorami byli dwaj wspomniani artyści. Kwartet w składzie Maja Koterba - wokal, Michał Starkiewicz - gitara, Paweł Grzesiuk - akustyczna gitara basowa i Andrzej Janusz - instrumenty perkusyjne, z dopasowanym do stylistyki instrumentarium wykonał więc "Corcovado", "Desafinado", "'S Wonderful", "Caminhos Cruzados", "One Note Samba", "Once I Loved" i "Aqua de Beber". W programie pojawiła się również polska piosenka "Spoza nas" z repertuaru Mietka Szcześniaka, z wplecionym w tekst wierszem ks. Jana Twardowskiego. Koncert zamknął wybór najoczywistszy z oczywistych, czyli powszechnie znana i uwielbiana "The Girl From Ipanema". Warto podkreślić, że obok wokalu prezentowanego w trzech językach, również instrumentaliści wzbudzili aplauz publiczności prezentacją swoich umiejętności w rozbudowanych kilkuminutowych interpretacjach.
"Jazz'N'Dance"
Nie zawsze pamiętamy o tym, że jazz był muzyką do tańca. O fakcie tym przypomina kolejny z koncertów cyklu. Taneczną stronę jazzu przybliżył widzom kwartet w składzie: Tomasz Licak - saksofon, Michał Starkiewicz - gitara, Kajetan Galas - organy hammonda oraz Krzysztof Szmańda - perkusja. Po raz kolejny zestaw instrumentów świetnie dopasowano do charakteru programu. I chociaż nikt spośród publiczności nie zerwał się do tańca, to bez wątpienia udało się muzykom - kolokwialnie mówiąc - rozbujać atmosferę na sali. Podobnie do wcześniejszych koncertów usłyszeć mogliśmy dość nieoczywisty wybór utworów, tym razem zinterpretowanych jako "taneczne". W programie znalazły się więc między innymi "Money In The Pocket" Nata Adderleya, "Do Like Eddie" Johna Scofielda, ale także kompozycja "Dansevise", która w roku 1963 reprezentowała Danię na Festiwalu Eurowizji. Zespół sięgnął również po muzykę autorstwa Michała Starkiewicza, prezentując utwór "Pod Nóżkę", który znalazł się na debiutanckiej płycie grupy The Beat Freaks, współtworzoną między innymi właśnie przez Michała Starkiewicza oraz Tomasza Licaka.
"Future Jazz - Impro Session"
Intrugujący cykl koncertów zamknęła kolejna sesja improwizowana, tym razem opisana jako jazz przyszłości - Future Jazz. I już na samym początku mogę zdradzić, że było to spotkanie równie intrygujące, co zaprezentowana wcześniej sesja "Jazz & Tradycja". Sekstet, który wystąpił podczas finałowego koncertu, zagrał ze sobą w tym składzie - jak to zostało zaanonsowane - po raz pierwszy. Przed kamerą (występ odbył się bez udziału publiczności) zaprezentowali się: Grzegorz Tarwid - instrumenty klawiszowe, Tomasz Licak - saksofon, Wojciech Jachna - trąbka, Michał Starkiewicz - gitara, Ksawery Wójciński - kontrabas oraz Krzysztof Szmańda - perkusja, czyli grupa muzyków należących do czołówki sceny improwizowanej, imponujących doświadczeniem. Dobrze się rozumiejących także dlatego, że grających wspólnie w innych zespołach - ot, żeby wymienić chociażby The Beat Freaks (Starkiewicz i Licak) czy też Sundial Trio (Tarwid, Jachna i Szmańda). A zaprezentowali się fantastycznie, zabierając słuchaczy w ponad godzinną, nieprzerwaną, hipnotyzującą muzyczna podróż. Doceniając wszystkie mainstreamowe odsłony cyklu, które oglądałem z dużą przyjemnością, muszę jednak stwierdzić, że to obie improwizowane części wywarły na mnie największe wrażenie.
This is the debut album by the
duo comprising of Polish guitarist/composer Maciej Staniecki and Jazz
trumpeter/composer Wojciech Jachna. The album presents nine pieces, not
credited on the album’s artwork and assumed to be co-created by the two
musicians. The music is an amalgam of Electronic/Ambient layers of background sounds and trumpet improvisations floating on
top of this background, creating a relaxed, almost lethargic atmosphere of
contemplation and bordering on cinematic aural excursions.
As I have already stated
repeatedly, there seems to be a distinct movement in Polish music lately, which
offers a "protest" / counterbalance attitude, characterized by minimalistic / subdued musical forms, as a reaction to the incisive noise (musical or
otherwise), that we are all drenched in and which completely blocks our contact
with the world and other humans around us. This album is a "classic" representative
of this new wave.
Although the layers of sound
created by Staniecki are very creative and often inspiring, the focus of this
album is naturally on the wonderful performances by Jachna, who perfected his
sound and intrinsic lyricism over the years, bringing it to such unprecedented
level, that today there are but just a few other trumpeters on the European
scene with equal capabilities. Combined with his improvisational strength,
Jachna is a poet of his instrument and every moment of his playing on this
album is a pure aesthetic delight.
With well over twenty excellent
albums recorded in the last decade, spanning a wide and diverse stylistic range
between modern Jazz and Avant-Garde, Jachna steadily climbs to the position of top
Polish Jazz trumpeter, and this album is a clear example of his genius.
This album, although fully
immersed in Jazz, is likely to find its way to a large audience of listeners,
who do not listen to Jazz on a regular basis. The music works like a balsam for
every human soul, inspiring healing and inward escape away from our troubles.
This is truly an outstanding offering of music, which deserves to be embraced
by us all.