Wojciech Jachna - trąbka, flugehorn Marek Malinowski - gitara el. Jacek Cichocki - fortepian, Vermona piano, Moog, Crumar Paweł Urowski - kontrabas Mateusz Krawczyk - instr. perkusyjne
Album: "Earth Remixed"
Wydawnictwo: MellowYellow (2022)
Tekst: Piotr Banasiak
Aaaaaa witam! Witam serdecznie Panie Wojtku! No baaaardzo się cieszę.
Proszę spocząć. Pani Jadziu! Pani poda, o tam, dziękuję! A wie Pan? Ja Pana też. Bardzo. Od lat - Panie Wojtku kochany.
Cygaro może? Aha. No to może ziółko? Pani Jadzia zawinie! He he he, żaaaaaart Panie Wojtku, żaaaaaaart. My wiemy jak to jest z wami dżezmenami, he he... Zgoda, niech będzie herbatka. Jad... Pani Jadziu! Dla mnie jak zwykle.
Ok. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, ale przejdźmy do adremu.
Wojciech Staroniewicz – Tenor / sopran saksofon Erik Johannssen - Puzon Dominik Bukowski - Wibrafon / Marimba Paweł Urowski - Kontrabas Przemysław Jarosz - Perkusja / Udu
Strange Vacation (2022)
Wydawca: Allegro Records
Tekst: Paweł Ziemba
Pamiętam, gdy będąc dzieckiem bawiłem się kalejdoskopem zrobionych z lusterek i kawałków kolorowych szkiełek zamkniętych w tekturowej tubie. Kiedy wpatrujesz się przez mały otwór do jego wnętrza, delikatnie obracając tubą, oko ma tendencję do zatrzymywania się na centralnym punkcie, podczas gdy wokół niego bez końca rozwija się niesamowita paleta barw i zmieniających się kształtów. Podobne doświadczenie ma miejsce, gdy słucha się najnowszej płyty Wojciecha Staroniewicza „Strange Vacation”.
Muzyczne ścieżki saksofonisty/kompozytora Wojciecha Staroniewicza i norweskiego puzonisty Erik’a Johannessena, związanym z formacją Jaga Jazzist splotły się kilka lat temu, gdy Panowie wspólnie nagrali w 2019 rewelacyjnie przyjęty album „North Park”. Wydawało się wtedy, że powstały na rzecz nagrania płyty kwintet, będzie kolejnym etapem podróży muzycznej band lidera. Na szczęście dla muzyki, kwintet nie tylko znalazł wspólny język i brzmienie, ale również w pełni uzasadniony sens dalszej realizacji muzycznych planów lidera.
W 2020 roku kwintet zebrał się ponownie, aby nagrać „Strange Vacation” eksplorując te same muzyczne parametry z nowym, intrygującym podejściem do wyrażenia siebie poprzez muzykę, wzbogaconą o kolejne emocje i doświadczenie.
Nagrania zostały zrealizowane w 2020 roku, w pierwszym okresie pandemii i wprowadzenia lockdown’u. To czas niepewności i strachu, odizolowania i sprzecznych komunikatów, mieszających się emocji: od buntu po bezradność. Z całą pewnością, rzeczywistość ta znalazło swoje odzwierciedlenie w utworach, będących emocjonalną odpowiedzią na czas i miejsce na ziemi. Tytułowy utwór „Strange Vacation” przywołuje wiele skojarzeń jakie towarzyszyły nam w tamtym okresie w Polsce.
Lekkość gry, nienaganna technika zwracają uwagę słuchacza od samego początku. Wibrafon, kontrabas i perkusja tworzą dzikie rozkwity harmonii i rytmu, podczas gdy w centrum tego zalewu zmysłów saksofon i puzon tworzą zwartą muzyczną kulę skupionej intensywności - również wtedy, gdy swobodnie suną przez pola melodii. Jest to niezwykle skuteczne podejście, gdy zespół podsyca ogień na większą wysokość i niezwykle poruszające, gdy osiada w nastrojowej atmosferze i łagodnej melodii. Ten album zapiera dech w piersiach.
„Strange Vacation” przekonuje, że bez względu na wielkość i instrumentalny skład zespołu oraz gęstość kompozycji, nagrania są w stanie oddać pewien poziom emocji towarzyszących muzykom w czasie ich nagrywania. Muzyka kompozytora, band leadera i saksofonisty Staroniewicza, jest tak samo skłonna do nostalgicznego tańca na powierzchni melodii, jak i do majestatycznego wznoszenia się w górę, gdzie każda harmoniczna wypowiedź promieniuje żywym obrazem. Dopracowane aranżacje, subtelna gra Dominika Bukowskiego na wibrafonie, uzupełniona jest znakomitym brzmieniem zespołu.
Ten album chwyta od pierwszej nuty i nigdy nie puszcza.
Nie ulega wątpliwości, że Wojciech Staroniewicz saksofonista / kompozytor reprezentuje dojrzałe i doświadczone pokolenie muzyków funkcjonujących na polskiej sceny jazzowej od blisko 40 lat.
Tworzy muzykę od mainstreamu, przez fuzję jazzu i muzyki etnicznej po jazz elektryczny. W swojej dyskografii ma przeszło 30 albumów.
Nie jest zaskoczeniem, że kwintet prezentuje brzmienie, które wykracza daleko poza granice prostego jazzu. Jest to zaskakujący, nostalgiczny, pełen zwrotów akcji i do tego doskonale nagrany pod względem brzmienia album. Warta uwagi jest nietuzinkowa pod względem brzmienia sekcja rytmiczna, w której każdy z muzyków reprezentuje wysoki poziom kultury muzycznej, co nie jest dziś wcale takie oczywiste. Erik Johannssen na puzonie potrafi wyczarować klimat nadający płycie wyjątkowy charakter a pełna fantazji gra Staroniewicza wydaje się być dobrze zaokrąglona, głęboka i bogata w barwy, wykazuje wysoki szacunek dla melodii i determinację w dążeniu do piękna brzmienia instrumentu.
Kwintet Wojciecha Staroniewicza, w skład, którego wchodzą Erik Johannsson puzon, Dominik Bukowski wibrafon, Paweł Urowski kontrabas, Przemysław Jarosz perkusja, zabiera nas w magiczną podróż do świata, w którym do czasu podchodzi się z takimi samymi zakłóceniami, jakie można znaleźć w snach.
Liczący 10 bardzo różnych w czasie i formie kompozycji album. Prawie 60-cio minutowy materiał muzyczny, rozpoczyna się od tytułowego „Strange Vacation”, spokojnej ballady, w której ciepła zdecydowana gra saksofonu kontrastuje z zawieszoną lekkością brzmienia wibrafonu a każdy z tych nastrojów jest wyrazem muzycznej osobowości kompozytora.
Wśród innych ciekawostek należy wymienić porywający "Lost Spring", utwór zbudowany na polifonicznym ostinato granym przez Pawła Urowskiego, z doskonałym wsparciem duetu liderów. Refleksyjny utwór „The Day of Ideas” to jak odbicia w lustrzanej sali, nostalgiczny temat grany unisono przez saksofon i puzon zaskakuje nas zmiennością tempa i nastrojów. Na uwagę zasługuje doskonała gra Bukowskiego na wibrafonie, tworząca magiczną lekkość tła dla solowych, zdecydowanych popisów Johannssena i Staroniewicza.
„Episode”, „Episode – Lines” to proste formy, które pozwalają słuchaczowi wejść w następny etap muzycznej podróży. Jakby zerknąć przez dziurkę od klucza do wnętrza kolejnego pokoju, zanim drzwi otworzą się przed nami szeroko.
Podoba mi się również „Brief Lives” nostalgiczna ballada, w której znakomicie wypełnia przestrzeń dźwięków kontrabas Paweł Urowskiego, oraz pełne finezji i kolorytu solo Johannssona na puzonie. Całość zamyka melancholijna gra Bukowskiego na wibrafonie.
Tak jak wspomniałem „Strange Vacation” to następca wydanego przez kwintet Wojciecha Staroniewicza w 2019 roku albumu „North Park”. Jest to z całą pewnością zapadająca w pamięć muzyka, przepełniona ciekawymi harmonicznymi rozwiązaniami, cudownym akustycznym brzmieniem i niezakłóconą ekwilibrystyką nowoczesnego jazzu, grą liderów.
Jak każda płyta, tak i ta, może się fragmentami bardziej lub mniej podobać. W moim przypadku wszystko zależy od nastroju. Lubię klimat tych nagrań i zaproponowany język muzycznej narracji. Jest to ciekawa propozycja również ze względu na brzmienie przywołujące skojarzenia do lat 60-tych.
To jazz wysokich lotów. Luźne, swobodne brzmienie i wysokiej klasy gra nadają płycie "Strange Vacation" klasyczny charakter Blue Note. Mam nadzieję, że znajdzie ona uznanie i zostanie doceniona przez fanów jazzu.
Wojciech Jachna - trąbka, skrzydłówka Marek Malinowski - gitara elektryczna Jacek Cichocki - fortepian, Vermona, Moog, Crumar Paweł Urowski - kontrabas Mateusz Krawczyk - perkusja, perkusjonalia
Earth (2022)
Wydawca: AUDIO CAVE 2022
Tekst: Piotr B.
Druga płyta flagowego w moim mniemaniu okrętu pośród potężnej armady projektów i dokonań Pana Jachny, zwanego w Polskim Radiu "Naszym Znakomitym Trębaczem". Album obrazujący niepokoje Artystów co do przyszłości naszej Matki Ziemi. Pora działać. Żeby nie marnować tuszu w klawiaturze i nieco oszczędzić nasze naturalne zasoby, w dalszej części pozwolę sobie nazywać Naszego Znakomitego Trębacza skrótowo: NZT.
A zatem analizujemy "Earth", którą dzieli dwa lata od poprzedniczki: "Elements". Od razu zaznaczam, ani mi się śni pisać, że "Earth" jest płytą lepszą czy też dojrzalszą od debiutu. Natomiast oświadczam - ta płyta jest INNA i w moim przekonaniu, choć niekoniecznie zgodnie z zamiarem NZT i Jego Kompanów - JAŚNIEJSZA. Rozwińmy to.
Postaci NZT nie ma potrzeby przybliżać, warto natomiast wspomnieć, że "liderowanie" NZT jest iście Davisowskie, Ja bym je raczej nazwał impresariatem. NZT daje pograć kolegom a przede wszystkim pokomponować. Krążą nawet plotki, że koledzy NZT aktywnie - o zgrozo! - partycypowali w trakcie miksowania materiału! Jaki mamy efekt? Różnorodną, wielobarwną, a zarazem niezwykle zbalansowaną i STYLOWĄ płytę pięciu lubiących się facetów. No to cóż? Herbata, ciacho, CD do kieszeni odtwarzacza i jedziemy.
"Antonietta" - małe arcydzieło Pana Malinowskiego, pięknie osadzone w klasycznej formie: temat - wariacje - temat, ale wzbogacone ciekawym zawieszeniem tempa, kiedy po zespołowym początku następuje zawieszenie akcji oraz impresyjne przebudzenie gitary. Następnie od 02min 30sek słuchamy, co Pan Malinowski chce nam opowiedzieć swoimi sześcioma strunami, najpierw tylko z rozkołysaną sekcją, później zdawkowo podkreślany przez Pana Cichockiego, na końcu w dialogu z NZT oraz zostawiając pole liderowi. Moje prywatne najpiękniejsze kilka minut polskiego grania tej wiosny! A wszystko bazujące na miłej dla ucha, finezyjnej, bardzo naturalnej progresji akordów. Aż korci, żeby się przyłączyć i "popikać" sobie na czymś ze Squadem. Jeśli ktoś z Szanownych Zaglądających ma ochotę, służę uprzejmie, spisane ze słuchu: Gmoll, Hmoll, Ddur, Fdur, Bdur, Adur... oczywiście, wszystkie akordy jakieś tam septymowe zmniejszone, zwiększone, powykręcane... no w końcu to jest dżez!
Po tak wspaniałym, rozmarzonym początku znienacka zostajemy poczęstowani smutna przypowieścią o ludzkiej głupocie i chciwości - "The Last White Rhino". Wyraźny rockowy puls, niepokojące dźwięki syntezatorów, pełna złości gitara i motoryczny, rozpychający się w miksie kontrabas autora tego utworu, Pana Urowskiego. Dwie ciekawostki. Modulowane (DCO/VCF?) brzmienie syntezatora powoduje, że irracjonalnie cofam się do nowofalowej końcówki lat 70tych by miło wspomnieć, co wyczyniał Dave Formula w Magazine. Zaś energiczne uderzenia Pana Urowskiego (z resztą nie tylko w tym utworze) powodują, iż zastanawiam się, czy kontrabasista nie miał rockowej "przeszłości". Albo czy za młodu nie chciał grać w Rage Against The Machine :)
Nadchodzi pora na improwizowaną opowieść zespołową. "The Forest" - na początku spokój i ład oraz trąbka NZT jak świergot ptactwa. Ale z wolna klimat zaczyna się zmieniać, pojawiają się dźwięki coraz bardziej niepokojące, pojawia się podskórny puls. To w lesie pojawiają się ludzie. Z siekierami. I to słychać. Dynamika narasta, perkusja i kontrabas tworzą już jednostajnie pracującą maszynę. Niczym w tartaku. Epilogiem tego dramatu jest łkanie gitary i krzyk trąbki - jak wrzask ptaków pozbawionych gniazd. Tak to słyszę. Bardzo sugestywne.
I ponownie zmiana nastroju. "Sigmunt Freud's Last Nightmare" zaczyna się faktycznie koszmarnie. Koszmarną, katarynkową barwą wyczarowaną przez Pana Cichockiego. Pamiętam podobny dźwięk bodajże w "Checkers" z poprzedniej płyty. Też mnie wtedy drażnił. W końcówce "Sigmunta" katarynkowy koszmar znów powraca. Na szczęście pomiędzy tymi momentami mamy kilka minut ciekawej, dynamicznej muzyki, znamiennej różnorodną rytmiką, zmianami dramaturgii, swobodnymi improwizacjami osadzonymi na groovie sekcji. Chwilami atmosfera utworu zaczyna mi się kojarzyć z "The Talking Drum" Crimsonów. Podsumowując - garnek miodu zaprawiony katarynkowym dziegciem.
Dla odpoczynku po Zygmuntowych Koszmarach NZT i koledzy serwują nam... wielkie rozczarowanie. Jestem rozczarowany faktem, że zwiewny, eteryczny, choć pięknie perkusyjnie unerwiony "Earth" jest tak krótki. Na początku było mi bardzo przykro, że NZT "zmarnował" szansę na pełnokrwisty drum'n'basowy improambient. Później dodatkowo dowiedziałem się, że na koncertach Squad gra "Earth" w długiej, jak mi doniesiono "pełnej" wersji! I teraz jestem na NZT po prostu zły! Jak wiadomo, flagowy okręt w Jachnowej armadzie nie często wypływa na koncertowe wody. U nas w Pomiechówku nie byli już ho, ho...w zasadzie nigdy u nas nie byli. Czyli "Earth" w pełnej krasie mogę sobie tylko wyobrazić...
I cóż dalej? Dalej mamy muzykę do czarno białego filmu ze szkoły polskiej. Intymnego dramatu psychologicznego opisującego atrofię uczuć, rozpad związku i pełnego niedopowiedzeń. Trąbka NZT, szerokoskalowe pasaże fortepianu i swingujace miotełki Pana Krawczyka zabierają nas w lata 60te. Na ekranie Ona wsiada do autobusu Jelcz "ogórek", a On w czarnych rogowych okularach paląc papierosa patrzy za nią, stopniowo zakrywany przez napisy końcowe... O tym, że piękny Jachnowy "All Around" powstał w trzeciej dekadzie XXIw. przypomina jednak orzeźwiająca Malinowska gitara.
Fantastycznym, zwieńczeniem albumu jest kojący "Steps To The West" Pana Cichockiego. Kolejny niespieszny, hipnotyzujący, zadymiono-knajpiany obrazek gdzieś hen, z Amerykańskiego Południa. Bagienno-bluesowa gitara, swobodna, nieco magiczna trąbka, fortepian jak krople porannego deszczu wiszące na pajęczynie. Wszystko nieco rozmazane, odrealnione. A na początku utworu świetna, wyrachowana pułapka zastawiona na słuchacza: Najpierw 4 takty rozbiegu, później 4 takty gitary monologujacej jak zaspany kowboj... i nagle wszystko zwalnia, a trąbka i gitara grają uwodzicielskie melodie.... ale nie przez kolejne 4, tylko przez 3 takty. Trąbka pięknie wybrzmiewa, a w tle wszystko wraca do pierwotnego rytmu. Ta delikatna operacja na chwilkę dezorientuje słuchacza, przyzwyczajonego do równych podziałów, Proste, wytrawne zagranie profesjonalistów - a jaki wspaniały efekt, jak w pijackim tańcu. Na końcu utwór rozrzedza się, rozpływa.. jak myśli ukojone burbonem...
Płyta ma piękne, selektywne brzmienie. Tak jak napisałem, moim zdaniem "jaśniejsze" niż poprzedniczka. Na tę "jaśniejszą" aurę wpływa też większy odsetek akordów durowych ( choćby "Steps To The West" ) oraz nieobecność utworów wybitnie szorstko-niepokojących, takich jak "Porcupine" na debiucie. Występują pewne podobieństwa w konstrukcji utworów np. "Antonietta" versus "Elements" i absolutnie mi to nie przeszkadza. Trochę elektroniki, ale z umiarem. Mnóstwo wysublimowanych, wysmakowanych motywów, zagrywek i melodii. Wspaniały, wciągający, naturalny puls "Antonietty" oraz utworów zamykających album. Krótko - piękna, stylowa, wytrawna, wyrafinowana muzyka. Drogi Słuchaczu - istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że po wybrzmieniu ostatnich dźwięków "Steps To The West" zapragniesz od razu ponownie wcisnąć "PLAY ALL". Zaś sobie życzę, żebym jednak w końcu miał okazję usłyszeć "Earth" na żywo!
Szczerze mówiąc lider zespołu Marcin Janek jakoś nie zaistniał - do tej pory - w mojej jazzowej świadomości. Wiedziałem, że funkcjonuje na scenie trójmiejskiej, na przykład w ramach etniczno-jajcarskiego Afreakan Project Wojtka Staroniewicza, GPN Septetu założonego przez Piotra Nadolskiego czy współpracując przy nagraniu płyt np. Cezarego Paciorka i Patrycji Ziniewicz. Czego nie wiedziałem to fakt, że grał też z Kamilem Bednarkiem i Behemotem. Czyli nie jest to postać anonimowa, co więcej obcowanie tak z jazzem jak i muzyką popularną, pozytywny - co jest rzadkie - wpływ wywarło na materiał na jego debiutanckiej płycie, o której właśnie piszę.
Na czym polega ten pozytywny wpływ? Na szukaniu języka przystępnego, który byłby zrozumiały dla publiczności. W polskim jazzie nastąpiło poważne przełamanie i to w kilku kierunkach. Mamy z jednej strony kwitnącą niwę muzyki improwizowanej, nieraz zwanej awangardową, co jest etykietką tak nie przystającą, że aż śmieszną. Ten rodzaj muzyki kochamy na naszym blogu, ale byłoby smutne gdyby był jedynym jaki przetrwa śmierć jazzu (która nigdy - wierzymy w to - nie nastąpi). Jest jazz głównego nurtu, który ma się średnio, przypominając czasami zardzewiałą konserwę, chociaż i w nim widać symptomy otwarcia na zmieniającą się rzeczywistość. Świadczy o tym np. najnowszy album "Comet Sings" weterana polskiej sceny Artura Dutkiewicza i jego trio. Mamy wreszcie jazz rozrywkowy, najbardziej kochany przez publiczność, lecz obłożony anatemą przez wielu krytyków, którzy na takie nazwiska jak Leszek Możdżer czy Wojtek Mazolewski, dostają wysypki. Który jednak jest szanowany przez piszącego te słowa ciągle śniącego o tym, że kiedyś z tego nurtu powstanie nowa polska muzyka popularna (właściwie już tak kiedyś było), która zastąpi potworka pod postacią disco polo i tym podobnych.
Wróćmy teraz do płyty "Movin' On" kwintetu Marcina Janka. Stoi ona gdzieś na rozdrożu tych trzech nurtów. W najlepszych momentach jak w "Ayat" i "Movin" jest obietnicą równie porywającej muzyki jak najlepsze kawałki np. kwintetu Wojtka Mazolewskiego. W "One day", "New Solution", "Digger" czy "Asia" wracamy do starego dobrego jazzu, który zagrany jest bardzo rzetelnie, ale nic ponadto. Ciężko się będzie tym przebić nie tylko na scenie światowej, ale i polskiej, po prostu jest bardzo dużo zespołów grających podobnie, i tak jak ten zespół, na świetnym poziomie. W ostatnim utworze "Mujrimun" mamy najwięcej improwizacji i to z powrotem zaczyna porywać: charyzmatyczna solówka Piotra Szlempo na trąbce, ekstatyczny rytm Maksymiliana Krefta na perkusji, birdowska w stylu improwizacja lidera na saksofonie tenorowym, szalejący na fortepianie jak McCoy Tyner Dominik Kisiel, niezawodny Paweł Urowski na basie, sprawili że ten utwór zabrzmiał jak wyśmienita obietnica na przyszłość.
To naprawdę warty odnotowania debiut: nie ma w nim nic szkolnego, z płyty emanuje pewność siebie, duża kreatywność szczególnie w obszarze wpadających łatwo w ucho, ale nie banalnych kompozycji. Mam tylko nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo Marcina Janka, że będzie pamiętał, że jazz to przede wszystkim muzyka, która musi zaskakiwać. Że nie wyląduje na mieliźnie z jazzem, który już wszyscy dawno słyszeliśmy. Wierzę, że nie i dlatego niecierpliwie czekam na jego kolejne projekty.
Wydana jesienią 2020 r. "Hope" jest drugą autorską płytą Ilony Damięckiej. Pianistka, wokalistka i kompozytorka ma na swoim koncie również dwa kolejne tytuły nagrane w międzynarodowych projektach, w tym album poświęcony muzyce Theloniousa Monka. Wreszcie należy wspomnieć o jeszcze jednym wydawnictwie, które ukazało się na początku roku - niezwykle udanej kooperacji z saksofonistą Tomaszem Licakiem. Album "Pieśni polskie Vol. 1" zawiera niezwykle oryginalne interpretacje utworów Feliksa Nowowiejskiego, Stanisława Moniuszki oraz Mieczysława Karłowicza.
Trwająca nieco ponad pięćdziesiąt minut "Hope" składa się z ośmiu utworów - wszystkie z nich to autorskie kompozycje Ilony Damięckiej. W nagraniu towarzyszyli pianistce - bo przede wszystkim w tej roli występuje na płycie liderka - towarzyszyło dwóch utytułowanych muzyków. Kontrabasista Paweł Urowski grał już z Damięcką przy okazji wspomnianego projektu "Monk’s Midnight". Ma na swoim koncie współpracę z Szymonem Łukowskim, Wojciechem Staroniewiczem, Dominikiem Bukowskim czy Cezarym Paciorkiem, a także jest członkiem nowego zespołu trębacza Wojciecha Jachny. Z kolei grający na perkusji Krzysztof Szmańda jest jednym z najlepszych i najbardziej rozchwytywanych dzisiaj instrumentalistów. Jego nazwisko znajdziemy w składach tak znaczących formacji, jak Wójciński/Szmańda Quartet, Kamil Piotrowicz Sextet, KaMaSz (Kądziela/Mazurkiewicz/Szmańda), Marcin Olak Trio czy Sundial Trio.
Bezsprzeczną zaletą albumu są melodyjne, przyjemne w odbiorze, przystępne kompozycje. Z zadowoleniem można posłuchać zarówno delikatnych ballad, jak i bardziej dynamicznych utworów. Jednakże trio potrafi również porzucić dominujący komunikatywny schemat na rzecz bardziej otwartej formy. Świetnie w tym kontekście wypada "Głupawka", która zaskakuje swingującą, energetyczną, środkową częścią. Wyróżnia się także "Jewish Dance", w którym pierwszoplanową rolę przejmuje długimi fragmentami Krzysztof Szmańda. Zwraca też uwagę przepiękne, długie solo Damięckiej w otwierającym płytę "The Sea".
Warto również wspomnieć, że formacja w "Waltz For Master T.S" pokłoniła się postaci i dokonaniom Tomasza Stańki. Niestety nieco osłabia ocenę całości finałowy "Ten Four" ze słowami Andrzeja Schmidta. Nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego polski autor pisze dla polskiej wokalistki na wydaną w Polsce płytę w języku angielskim. Szczególnie, że dobrej fonetycznie angielszczyzny zabrakło także w wykonaniu. Jednak ta wpadka nie osłabia pozytywnej oceny całego albumu.
Wojciech Jachna - trąbka, flugelhorn Marek Malinowski - gitara Jacek Cichocki - pianino, elektryczne pianino, syntezator Moog, fx Paweł Urowski - kontrabas Mateusz Krawczyk - perkusja, perkusjonalia
30 lipca w bydgoskim MCK odbył się koncert grupy Wojciech Jachna Squad, promujący album "Elements", przygotowany w ramach dotacji udzielonej przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w "Programie stypendialnym na upowszechnianie kultury przez osoby fizyczne - Kultura w sieci". Koncert został nagrany i zrealizowany przez bydgoskie Miejskie Centrum Kultury, a następnie udostępniony za pośrednictwem YouTube poprzez strony oraz platformy zajmujące się kulturą. Działanie to ma na celu pokazać zespół w warunkach koncertowych, których zabrakło na skutek wiosennej pandemii Covid-19 i braku możliwości kontaktu ze słuchaczem.
Płyta "Elements" stanowi pomost pomiędzy kreatywnie wykorzystaną elektronikę i otwartymi formami muzycznymi, a bardziej tradycyjnym, jazzowym podejściem do kompozycji i improwizacji. Wielką wartością albumu Wojciecha Jachny są czytelne i atrakcyjne melodie, które powodują, że nawet te bardziej eksperymentalne fragmenty pozostają nadal przystępne dla słuchacza. Bogactwo pomysłów sprawia, że nie sposób przy tej muzyce się nudzić.
This is the debut album by the
Polish Jazz ensemble Wojciech Jachna Squad led by trumpeter/composer Wojciech
Jachna and including also guitarist Marek Malinowski, keyboardist Jacek
Cichocki, bassist Paweł Urowski and drummer Mateusz Krawczyk. Four of these
musicians (except for Malinowski) recorded already an album together five years
earlier, called "The Right Moment". The album presents seven original
compositions, three composed by Jachna, two co-composed by all five members of
the ensemble and one each by Cichocki and Malinowski.
During the last decade (2010s)
Jachna emerged as one of the leading representatives of the young (but rapidly maturing)
Polish Jazz musicians, leading and taking part in many projects, which cover a diverse
stylistic range between modern mainstream to advantageous avant-garde, managing
to sound equally convincing regardless of the circumstances. The fact that his
name appears on about thirty albums released during that period is no less than
astonishing.
This album seems to fall
somewhere in the middle of the range, based on strictly composed and melodic themes
on one hand, but being widely open to momentary free improvisation excursions. The
addition of the guitar added new colors and influences like Blues and even Fusion,
albeit subtle enough to be distinguishable primarily by a trained ear. The
overall sound of the ensemble is brighter and spacier than on the a.m. album
and noticeably more electric, with the addition of synthesizer and electric
guitar sounds.
Jachna's trumpet parts, superb
as always, seem to gradually gong more and more mellow and lyrical, loosing the
rough edge that characterized his early days, which for me works all for the
best. He is an absolute Master of minimalist expression and manages to create a
remarkable amount of tension within relative brief solo parts.
But the rest of the ensemble
players all perform beautifully as well, emerging as ideal partners to the
leader and contributing impressive soloing and collective performances and
excellent rhythm section backbone support, which is inventive and contributes essentially
to the entire musical fabric. It is truly satisfying to see Jachna and his
partners evolving and exploring, continuously producing wonderful albums on the
way. Overall this is a most
impressive and deeply moving album, another great achievement for Jachna and
his colleagues and a superb addition to his extensive recorded legacy. For all
lovers of Polish/European Jazz this is an absolute must!
Wojciech Jachna - trumpet, flugelhorn, shaker Marek Malinowski - guitar Jacek Cichocki - piano, electric piano, moog, effects Paweł Urowski - double bass Mateusz Krawczyk - drums, percussion
Wojciech Jachna, jeden z najbardziej zapracowanych trębaczy polskiej sceny, powołał do życia kolejny projekt - Wojciech Jachna Squad, który jutro zadebiutuje płytą "Elements". Skąd pomysł na kolejny zespół? W nowym projekcie jest tak, że to ja jestem odpowiedzialny za jego aktywność i podejmuję wszelkie kluczowe decyzje. Jestem również kompozytorem, co nie znaczy, że nie korzystam z talentów moich kolegów - bo te są ogromne - informuje Wojciech Jachna.
Nowy skład jest kontynuacją kwartetu Jachna / Cichocki / Urowski / Krawczyk, który w 2015 roku wydał płytę "The Right Moment". Grono muzyków uzupełnił gitarzysta Marek Malinowski. Konfiguracja personalna z "Elements" zachwyca zgraniem, pomysłowością i oryginalnymi rozwiązaniami. Na płycie wbrew pozorom nie dominuje jednak trąbka. Muzycy z tego składu to świetni improwizatorzy i kompozytorzy. Skwapliwie skorzystałem z ich utworów, które moim zdaniem są wyjątkowe - sam bym takich nie napisał. Cały materiał, jaki mieliśmy, został jednak poddany rygorystycznej selekcji - album „Elements”, pomimo wyraźnego zróżnicowania, miał być płytą spójną - dodaje trębacz.
Wielość w jedności jest w przypadku tej płyty kluczowa. "Elements" wyrasta z jazzu, ale klasycznie jazzowe tematy w wielu miejscach - zwłaszcza dzięki pomysłowo wykorzystanej elektronice oraz dynamicznym partiom gitary - pączkują wyraźnie w kierunku innych stylistyk. Wyrazem dużej dojrzałości jest również zachowanie złotych proporcji pomiędzy twardym reżimem skomponowanych i zamkniętych form a improwizacją. Tytuł w luźny, ale jednocześnie trafny sposób oddaje charakter wydawnictwa. Nasza muzyka składa się z bardzo wielu różnorodnych elementów. Powstały swego rodzaju puzzle muzyczne, które jednak są dowodem na krystalizację własnego stylu. To dla mnie najważniejsze, choć mam świadomość, że jest to proces, który nie skończy się na jednej płycie - podsumowuje Jachna.
This is an album by veteran Polish Jazz accordionist/composer Cezary Paciorek recorded live in a quintet setting with clarinetist Marcin Janek, violist Filip Kowalski, bassist Paweł Urowski and drummer Adam Golicki. The project is a tribute to the clarinetist/composer Emil Kowalski, who passed unexpectedly in 2008 and who was a lifetime friend and musical partner of Paciorek. Kowalski was a prominent Jazz-Classical and Jazz-World Fusion activist and a much loved personality on the Polish Baltic Tricity scene. The majority of the music on this album was composed by Paciorek but includes also two Classical pieces arranged by Kowalski and a medley of standards.
The music offers a pretty
diverse collection of melodic Jazz tunes with both World and Classical Music
influences, as expected by the project's objective, performed completely
acoustically, offering a fresh and immediate sound rarely found on albums today.
The sound of the live recording is clear and well defined, with the bass a bit
too high and the drums too low in the mix, but nothing that would spoil the fun
of listening to the music. The compositions by Paciorek are all solid, with a
tinge of melancholy always present.
The performances are professional,
as expected from these experienced musicians, with Paciorek delivering his
virtuosic solo parts, which are the heart of the entire project. But Filip
Kowalski (the son of the late Emil Kowalski) and Janek also deliver some
splendid soloing. The rhythm section is up to par with the three soloists and
provides a steady, reliable and tasteful backing. Overall this is a nice
collegial gesture which honors a memory of a friend musician, who deserves to
be remembered, as much as a pleasant musical venture, which can be enjoyed by a
wide audience of Jazz and around listeners.
This is an album by veteran
Polish saxophonist/composer Wojciech Staroniewicz recorded in a classic
quintet setting with vibraphonist Dominik Bukowski, bassist Paweł Urowski and
drummer Przemysław Jarosz and Norwegian trombonist Erik Johannessen. The album
presents eight original compositions all by Staroniewicz. The music was
recorded at the excellent Monochrom Studio and offers wonderful sound quality,
as expected, and was released on Allegro Records, an independent record label
owned by Staroniewicz, which since over two decades releases Polish Jazz albums
recorded by musician living in the Baltic Pomeranian region.
The music, although melody
based and mainstream oriented, offers a specific sound and atmosphere, which is
somewhat similar to Scandinavian/Nordic Jazz and quite distant from typical
Polish Jazz. The pianoless quintet, which uses vibraphone as the harmonic
instrument and the presence of the dominant trombonist all have a decisive
influence on the music, which offers a darkish, somewhat distant atmosphere and
ambience, which is very effective. Combined with the characteristic
compositions, which Staroniewicz is famous for since many decades, the music
manages to create a unique and very startling overall impression.
All five musicians are of
course highly skilled professionals, who know exactly what needs to be played
at any given moment and their interplay is absolutely perfect for this music,
which needs attentive listening in order to get familiar with all its
intricacies and has a distinctive effect of growing on the listener with
consecutive listening sessions. Personally the impressive bass parts by Urowski
as some of my favorite moments on this album, but to be fair it is full of
great playing from start to finish.
Overall this album is a
wonderful example of the incredible diversity of the Polish Jazz scene, even
within the mainstream genre itself. Staroniewicz, as usual, deservers praise
for doing his own thing and ignoring fads and fashions. His lifetime commitment
to excellence is admirable. This is highly interesting and challenging music,
which deserves to be heard!
This is the debut album by young Polish Jazz saxophonist/composer Marcin Stefaniak, recorded in a trio setting with bassist Paweł Urowski and drummer Tomasz Koper. The album presents eight original compositions, all by Stefaniak.
The music is a striking version
of modern Jazz, melody based but stylistically not really mainstream oriented,
often atmospheric and lyrical with clear World Music influences, especially
rhythmically. From the very first note it becomes immediately apparent that
Stefaniak is both a brilliant composer and an extraordinary player, with clarity
of tone and power of expression that usually characterizes musicians after
decades of activity in the field. This sequence of compositions presents a
coherent musical vision, which is consistently developed throughout the
duration of the album.
Stefaniak's long lines and
extensive improvisations are in the best post-Coltrane tradition, with no
breathing breaks and stupendous fluidity. He seems to be familiar with all the
tricks of the trade and as a newcomer on the scene is nothing short of sensational.
He is able to change to tone of his tenor and soprano saxophones quite
dramatically within the different compositions, as if changing his personality.
The soprano often sounds like a clarinet or even a flute, which is able to
charm even the most deadly snakes into trance. The general impression Stefanski
is able to make on this album is one of a remarkable gifted saxophonist, who has
little, if any, limitations.
Although Stefaniak is obviously
the centerpiece of the listener's attention, the rhythm section is very
prominently featured and becomes an integral part of the overall sound. Urowski
is a very experienced player and his bass lines are the anchor of the music. He
plays several solos, all of which are excellent illustrations of his fabulous abilities.
Koper does a great job as well, limiting his input to the rhythmic necessities
and being overtly melodic in his approach. Taken as a whole, the trio functions
together splendidly, better than most saxophone trios around, despite the obvious
difficulties involved with this specific combination of instruments.
Overall this is a stunning
debut effort, definitely one of the best in 2017 on the Polish Jazz scene. On
the surface this is perhaps not he most adventurous or unusual effort, but surely
one of the most strikingly honest and musically rounded ones - something that
happens quite rarely! Chapeau and most warmly recommended!
Marcin Stefaniak - tenor & soprano saxophones
Paweł Urowski - double bass
Tomasz Koper - drums
Unveiling
ALPAKA 004
Już 03.12.2017 r. premiera nowej płyty z wytwórni Alpaka Records. "Unveiling" to debiut formacji Marcin Stefaniak Trio - kameralnego zespołu muzyków z Gdyni, wykonujących autorskie kompozycje z nurtu jazzu akustycznego.
Marcin Stefaniak - saksofonista, absolwent Instytutu Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach oraz Katedry Jazzu i Muzyki Estradowej Akademii Muzycznej w Gdańsku w klasie dr. Macieja Sikały. Jest założycielem Marcin Stefaniak Trio. Współpracuje z Arkadiuszem Krawielem, wykonując muzykę na saksofon sopranowy i cymbały wileńskie. Ponadto jest członkiem wielokrotnie nagradzanego na festiwalach w Polsce i za granicą zespołu Jan Konop Big Band.
Paweł Urowski – kontrabasista, gitarzysta basowy. Absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu na Wydziale Instrumentalnym. Zdobywca nagród na konkursach jazzowych, takich jak m.in. EIM, Jazz Juniors czy Krokus Jazz Festiwal. Nagrał 17 płyt, w tym album nominowany do Fryderyka 2010, wydany w ramach formacji Dziki Jazz (Kamiński, Pater, Urowski, Gorzycki). Współpracował z takimi artyystami, jak: Wendy Lands, Dominik Bukowski, Wojciech Staroniewicz, Przemek Dyakowski, Dwiki Dharmawan, Eric Allen, Akineton, Ecstasy Project, Contemporary Noise Quintet, Tomasz Sowiński, Francesca Bertazzo Hart, Maciej Fortuna, Jerzy Główczewski, Ilona Damięcka, Bente Kahan, Carolyn Dorfman, Artur Lesicki, Jakub Stankiewicz, Tadeusz Nestorowicz.
Tomasz Koper - perkusista. Absolwent Państwowej Szkoły Muzycznej I-go stopnia im. F. Chopina w Olsztynie w klasie perkusji. Umiejętności gry na zestawie perkusyjnym rozwijał głównie jako samouk. Od lat związany z młodą trójmiejską sceną jazzową. Wraz z zespołami Sekstans oraz Tomasz Chyła Quintet zdobył liczne nagrody i wyróżnienia na krajowych festiwalach, konkursach i przeglądach zespołów jazzowych. Swobodnie porusza się w różnych stylistykach muzycznych. Obecnie udziela się między innymi w grupach Daniel Hertzov, Zgniłość. Mikoryza.
Monika Lidke, znakomita polska wokalistka jazzowa i kompozytorka mieszkająca na stałe w Londynie, jest porównywana artystycznie do Stacey Kent i Norah Jones. Jej piękny, subtelny głos, dar budowania wspaniałego nastroju i umiejętność nawiązywania fantastycznego kontaktu z publicznością, to kwintesencja kobiecego jazzu. Artystka wystąpi na festiwalu z materiałem z nowej płyty "Gdyby każdy z nas" do poezji Andrzeja Ballo, utrzymanej w konwencji współczesnej piosenki poetyckiej wzbogaconej elementami jazzu, bluesa, popu, rocka i folku.
"Muszę dozować sobie płytę Moniki, gdyż moje serce nie wytrzymuje tylu wzruszeń na raz. Jej wyrafinowane eleganckie kompozycje, idealnie oddające poezję pięknych słów, Monika śpiewa wspaniałym krystalicznym głosem, którego słucham codziennie, gdyż wtedy życie wydaje się lepsze" - Basia Trzetrzelewska.
Szymon Łukowski Quintet feat. Hannes Riepler to nowy projekt saksofonisty, kompozytora i aranżera związanego z trójmiejską i bydgoską sceną muzyczną uwieńczony wydanym w maju 2017 wyśmienitym albumem "Hourglass". Stylistyka zespołu oscyluje wokół nowoczesnego jazzu. Rolę instrumentu harmonicznego powierza się tu naprzemiennie wibrafonowi oraz gitarze, co w połączeniu z saksofonami odświeża formułę klasycznego kwintetu i otwiera nowe przestrzenie brzmieniowe, niemożliwe do uzyskania w składzie, w którym instrumentem harmonicznym jest fortepian.
Charakterystyczna barwa współdziałającego wibrafonu i gitary, modernistyczne melodie i nieszablonowe aranżacje, żywiołowe sola, rozszerzona tonalność i odcinki kolektywnej improwizacji inspirowanej współczesną muzyką kameralną tworzą jedyny w swoim rodzaju muzyczny konglomerat, w którym tradycja przenika się z nowoczesnością, improwizacja z precyzyjną aranżacją, liryczność z dynamizmem.
Do słuchania nowej płyty kwintetu Szymona Łukowskiego przystąpiłem z dużą energią i zainteresowaniem, zanęcony niczym ryba smakowitą przynętą kilkoma elementami z przedpremierowych zapowiedzi. Po pierwsze zaciekawiło mnie obszerne instrumentarium użyte przy nagraniach przez lidera grupy: tenor, alt, sopran, a na deser coś, co zawsze budzi we mnie dreszczyk emocji: klarnet basowy. Po drugie "stempel" słowackiej Hevhetii, która jest czołowym wydawcą polskiego jazzu i w doborze repertuaru niemal się nie myli. Wreszcie skład zespołu z sekcją rytmiczną Paweł Urowski/Sławek Koryzno, zamieszkałym w Londynie, austriackim gitarzystą Hannesem Rieplerem, oraz grającym na wibrafonie i marimbie Dominikiem Bukowskim, którego cenię i lubię.
Wszelkie znaki zapowiadały więc, że będzie dobrze. Tymczasem wyszło jeszcze lepiej. "Hourglass" to kolejna bardzo dobra rodzima płyta. Nagrania, które z sukcesem przywracają do łask lekko postponowany ostatnimi czasy jazz mainstreamowy. Autorem pięciu z ośmiu kompozycji jest Szymon Łukowski, pozostałe trzy to dzieła odpowiednio: Dominika Bukowskiego, Hannesa Rieplera i Pawła Urowskiego. Tytułowy "Hourglass", który rozpoczyna płytę, lekko odmienny od pozostałej siódemki utworów, potraktować można jako pewnego rodzaju wizytówkę, przedstawienie się pozostałych muzyków, w następujących po sobie partiach solowych. Wizytówkę spokojną, delikatną, niekiedy bardzo oszczędną. To mój ulubiony fragment tego albumu.
Dużą sztuką jest utrzymanie "napięcia" po tak kapitalnym początku. Jednak już znakomite kontrabasowe przejście pomiędzy pierwszym a drugim w kolejności nagraniem, "Seventh Sense", gdzie do głosu znacznie już wyraźniej dochodzi gitara, pokazało, że kwintet Łukowskiego nie będzie miał z tym problemów. Fantastycznie brzmi początek "Face Of Many Colors" - trzeciego z kolei na płycie - z Dominikiem Bukowskim w roli głównej, a potem rozwinięcie tematu, kolejno przez saksofon i gitarę. Świetny jest "Tyrol, Tyrol" napisany przez Rieplera. I tak krok po kroku, utwór po utworze, można cały album odkrywać i komplementować.
"Hourglass" to znakomite, melodyjne kompozycje, z których żadna nie jest ani o jotę słabsza od innych. Podoba się idealne wyważenie obecności poszczególnych instrumentów na płycie, ciekawe konfrontowanie ich ze sobą w poszczególnych utworach, a także to, że lider nie przytłoczył – muzycznie - swoją obecnością pozostałych kolegów. To niewątpliwe atuty całości. Albumu, którego słucha się z dużą przyjemnością.
Przysłuchując się nowej propozycji muzycznej saksofonisty i klarnecisty Szymona Łukowskiego, nie mogę przestać myśleć o wykreowaniu przez wszystkich muzyków obecnych na płycie swoistej klarowności i komunikatywności przekazu, które w połączeniu z rozbudowanym instrumentarium lidera (saksofon tenorowy, altowy, sopranowy plus klarnet basowy), nieszablonowymi i bardzo precyzyjnymi rozwiązaniami aranżacyjnymi, wykorzystaniem melodii i improwizacji jako pretekstu do dalszego rozwijania formy konkretnych utworów, stanowić mogą idealny przykład artystycznego wyrazu w ramach szeroko rozumianego jazzowego idiomu.
Jest w tym wyczuwalny przenikliwy rys kreatywnego jazzowego mainstreamu spod znaku wykonawców wytwórni Criss Cross - Davida Binneya, Alexa Sipiagina czy Davida Kikoskiego, z charakterystyczną dla nich brzmieniową otwartością i elegancją. Koncepcja Łukowskiego, który dodatkowo wykorzystuje ciepłą i wyważoną barwę wibrafonu (świetny Dominik Bukowski) oraz gitary (gość Hannes Riepler), zdaje się sięgać znacznie głębiej, zgrabnie spajając wątki współczesnej kameralistyki z tradycją zapoczątkowaną przez legendy pokroju Joe Hendersona, Woody’ego Shaw czy Kenny’ego Wheelera. W efekcie obcujemy niejako z odświeżoną formułą klasycznego kwintetu jazzowego, bez udziału fortepianu jako instrumentu harmonicznego, co zdecydowanie dodało całości kolorytu i poszerzyło kontekst wypowiedzi artystycznej.
Często w życiu tak bywa z różnymi teoriami, że przynoszą one ze sobą tylko część prawdy, a my nierzadko skupiamy się na pierwszym wrażeniu, nie chcąc wchodzić w detale. Rzeczone detale to w przypadku tego konkretnego składu historia jazzowej tradycji przefiltrowana przez muzyczną wrażliwość Szymona Łukowskiego, który z płyty na płytę wydaje się dążyć w kierunku coraz większej otwartości, subtelnie afirmując tym samym głębię tworzonej przez siebie sztuki.
Szymon Łukowski - saksofonista, klarnecista, kompozytor. Absolwent Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy (klarnet) oraz Akademii Muzycznej im. S. Moniuszki w Gdańsku (saksofon). Laureat wielu nagród, zdobył m.in.: I miejsce w kategorii Solista na Blue Note Poznań Competition (2014), Nagrodę dla najlepszego instrumentalisty XVI Przeglądu Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych Gdyńskiego Sax Clubu (2013) oraz II nagrodę na Student Jazz Festival w Bydgoszczy z grupą Walking Quartet (2009). Występował u boku takich artystów, jak Jerzy Małek, Piotr Lemańczyk, Tyler Hornby, Cezary Paciorek, Marek Napiórkowski, Cezary Konrad, Krystyna Stańko i wielu innych.
Pomyślałem sobie od razu, że to powinna być bardzo fajna płyta. Po pierwsze kompozytor i wybór jego utworów: Thelonious Monk i zbiór powszechnie znanych i lubianych kompozycji z "Well, You Needn’t", "Blue Monk", "Round Midnight" i "Straight No Chaser". Po drugie teksty innego klasyka, poety jazzu Jona Hendricksa, który pisał do muzyki chyba wszystkich gigantów i niemal z każdym z nich je wykonywał. Po trzecie ciekawy zestaw instrumentalny, z fortepianem i gitarą, oraz możliwość skonfrontowania ze sobą dwóch różnych głosów – śpiewają zarówno Ilona Damięcka, jak i Francesca Bertazzo-Hart. Wreszcie wydawca – słowacka Hevhetia, której płyty zawsze gwarantowały wysoki poziom. To wszystko układało się w naprawdę intrygującą i dobrze zapowiadającą się mieszankę.
Ze sztuką jest jednak jak z pieczeniem ciasta. Wystarczy jeden źle dobrany składnik i efekt końcowy trudno uznać za zadowalający. Nie posunę się co prawda do porównania "Monk’s Midnight" do deseru całkowicie niejadalnego, jednak właśnie jeden składnik zadecydował, że opisywane nagrania trudno ocenić pozytywnie. Gdyby to była płyta instrumentalna, słuchacz otrzymałby może nie wybitną, ale całkiem udaną i fajnie wykonaną składankę monkowskich tematów.
Wszystko rozbija się jednak o wokal i to wcale nie w kwestii technicznej jakości wykonania. Domyślam się, że wokalistki pragnęły znaleźć jakąś platformę artystycznego porozumienia i możliwości wspólnego śpiewania. Stąd też decyzja o wykonywaniu piosenek w języku angielskim. Decyzja całkowicie chybiona ze względu na, eufemistycznie mówiąc, nienajlepszy akcent śpiewających, nad którym trudno przejść do porządku i który kładzie się cieniem na wartości nagrań. Szkoda zmarnowanej szansy.
This is the debut album by a Polish Jazz quartet comprising of trumpeter Wojciech Jachna, pianist Jacek Cichocki, bassist Paweł Urowski and drummer Mateusz Krawczyk. The quartet performs nine original compositions: three by Cichocki, two each by Urowski and Jachna and another two co-composed by all four members of the quartet. Saxophonist Wojciech Piórkowski guests on one track.
The music is a typical
contemporary modern Polish Jazz, somewhat more "conventional" than
what one might expect from such names as Jachna and Urowski, but nevertheless
excellent. This musical environment serves as a perfect opportunity to hear
Jachna play more melodically than on most of his recordings, showing one more
of his excellent qualities as a trumpeter.
The atmosphere of this
recording and the music bring a fond memory of the modern Polish Jazz period of
the 1960s, especially the revolutionary Krzysztof Komeda and Tomasz Stańko
recordings. All the tunes herein have the same melancholic touch of Polish
lyricism, which was so archetypal of that period, and which makes them sound
quite "retro". It is difficult to say if this effect was intentional,
but regardless of the actual intentions, the "spiritual" similarity
is very apparent.
The performances are, as
expected, excellent from start to finish and although Jachna's trumpet is the
most evocative instrument, all four members of the quartet are superb
instrumentalist and the quartet plays together like a dream, even when the
music gets to be complex and demanding. Cichocki, whom I have not heard
earlier, is especially impressive as a newcomer and I certainly hope to hear a
lot more of him in the future.
Overall this is a superb album,
which definitely stands among the best achievements of the current year, even
if it is not especially innovative or groundbreaking. Such music continues a
tradition that is worth preserving invigorates it and refreshes it with new creative
powers. These still relatively young musicians are already the main creative
power of the Polish Jazz scene, and the next generations are already puffing on
their necks. These are good times for Polish Jazz and it's great to be alive while
they last!
This is the debut album by Polish Jazz guitarist/composer Marek Malinowski, recorded with his quartet which also includes trumpeter Michał Michota, bassist Paweł Urowski and drummer Albert Karch. The album presents nine original compositions, seven of which were composed by Malinowski and one each by Michota and Urowski.
The unusual guitar/trumpet
front line of the quartet is immediately apparent while listening to this
album, as are the melodic and very lyrical, sometimes almost ambient compositions,
which dominate it. The music is pretty standard Jazz mainstream, except for the
very last two minutes of the last tune, which are like a wakeup call after a
long period of floating between dream and reality; which in my case leads to a
question why isn't more of this album's music of the same character as the very
last verses.
Malinowski is a very skillful
player, with a nice open, almost acoustic guitar sound, which suits the
delicate melodic lines well. There is very little typical guitar flashiness and
highly technical showoff, which makes his playing somewhat modest and subdued. However
there is a lot of delicate beauty in his playing, which is revealed after
patient listening. Michota displays a much flashier attitude, trying to impress
with his staccato phrases, which still need some polishing. He is definitely a
promising youngster but the trumpet scene in Polish Jazz is incredibly crowded
in the last decade.
The rhythm section comprises of
two already established players, who are usually associated with a much freer
musical environments. Both musicians play excellently of course and their input
is what makes this music work as a whole. Urowski emerges as one of the leading
bass players in the last decade and his work is always a delight.
Overall this is a respectable
debut effort, which shows a lot of future potential for the leader. The
compositions are a bit restricted and after a while bring on a déjà vu
impression, with a lethargic Scandinavian atmosphere calling the shots. It is
definitely worth checking out.
This is an excellent album by a quartet of young generation Polish Jazz musicians: guitarist Kamil Pater, saxophonist Aleksander Kaminski, bassist Pawel Urowski and drummer Rafal Gorzycki. They have all appeared in different local ensembles since the turn of the Century and have an established reputation as some of the biggest hopes of the future Polish Jazz scene. The album presents eight original compositions, with two each by Pater, Urowski and Pater / Kaminski, one by Gorzycki and the remaining one by all four musicians.
The music is an interesting
blend of modern Jazz and some Blues, Rock, Electronics and Contemporary
Classical influences. The overall atmosphere is contemplative and relaxed and
the up-tempo passages are usually brief and serve as a contrast to the low-key
attitude, which dominates this recording. There are clear melodic themes stated
in each of the compositions, but there is also a lot of freedom and individual
expression herein. The two main soloists (i.e. guitar and saxophone) play some
beautiful duets and the level of interplay between the four musicians is simply
phenomenal.
It is great to see musicians
finding new ways to express their talents and innovate, rather than follow the
beaten path of mainstream Jazz, which has been over-exploited for decades. This
music is original, fresh, fascinating and stylistically diverse to keep the
listeners on their toes time and time again. Three of the musicians playing
here recorded another splendid album entitles "A-Kineton" with
saxophonist Irek Wojtczak replacing Kaminski, which is also a "must
have" for all Polish Jazz connoisseurs.
Marcin Kuzdowicz - guitar
Piotr Szwec - saxophone
Krzysztof Kowalczyk - saxophone
Pawel Urowski - bass
Wojciech Bulinski - drums
with
Paulina Golebiowska - vocals
Konrad Roginsk - percussion
This is the debut album by young Polish Jazz ensemble Freeway Quintet, co-founded by saxophonist Piotr Szwec and guitarist Marcin Kuzdowicz. The lineup is completed by a second saxophonist Krzysztof Kowalczyk, bassist Pawel Urowski and drummer Wojciech Bulinski. Female vocalist Paulina Golebiowska and percussionist Konrad Roginski appear as guest musicians on several tracks. The album presents nine original compositions, seven of which were composed by Kuzdowicz and one each by Szwec and Urowski.
The music presented by the
group has certainly some unusual elements, such as a double saxophone front
line, rocky, often distorted guitar and melodic lines based on ethnic motifs,
which altogether are closer to Jazz-Rock Fusion or Progressive Rock than to
Jazz. Therefore the statement used as the album's title is correct to some
degree; but let's not exaggerate, this music, although very nice and
interesting, is definitely not revolutionary or radically different from music
we all heard before.
But statements aside, this is
quite an excellent album in every respect. The original music is the strongest
artistic statement herein, with beautifully developed melodies and rich
instrumental arrangements. There is a lot of the typical Polish melancholy,
which is predominant even on the more up-tempo pieces. Overall the music is
simply superb from start to finish. It is also very well performed by all the
musicians involved, although personally I'd prefer to hear more improvisation
and soloing. But the ensemble spirit, which is very strong on this album, is
also gratifying.
It is certainly interesting to
see where the group will take their "no ordinary Jazz" into the
future. There is so much potential and possibilities here, that anything is
possible. Polish Jazz / Fusion and even Prog connoisseurs should definitely
keep an eye on these talented young musicians.
As far as debuts go, this is
definitely one of the most impressive I've come across this year, perhaps because
it is original enough to distinguish itself from many other debuts that mostly
follow up well beaten tracks. Well done!