Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaleta Marcin-rec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaleta Marcin-rec. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2026

Adam Bałdych i Agnieszka Budzyńska-Bennett - "Laeta mundus"

Adam Bałdych i Agnieszka Budzyńska-Bennett 

Tytuł Albumu: "Laeta mundus"

Wydanie: Anaklasis (2024)

Autor recenzji: Marcin Kaleta


Tej pozycji przeoczyć czy zlekceważyć nie wolno.

Podobne apele zapewne na niewiele się zdadzą. Wątpię, by album, który niniejszym omawiam, był skazany na tzw. komercyjny sukces. Wydany w 2024 przez prestiżową wytwórnię ANAKLASIS w serii “Revisions”, jest skierowany raczej do koneserów lub “słuchaczy o duszy eksploratora” niż do przeciętnego odbiorcy jazzu. Z kilku jednak powodów zasługuje na poszanowanie, dlatego powtórzę: tej pozycji przeoczyć czy zlekceważyć nie wolno.

piątek, 12 grudnia 2025

Mateusz Rybicki — “Apokalypsis”

Mateusz Rybicki  

Mateusz Rybicki – klarnet, saksofon tenorowy
Katarzyna Klebba - skrzypce, viola
Piotr Damasiewicz - trąbka
Paweł Niewiadomski - puzon
Kamil Piotrowicz - fortepian
Zbigniew Kozera - kontrabas
Samuel Hall - perkusja, instrumenty perkusyjne

Tytuł albumu: “Apokalypsis”   

Wydawca: Audio Cave (2025)

Tekst: Marcin Kaleta

W moim przekonaniu nie istnieje niebezpieczniejszy tekst aniżeli Apokalipsa Janowa. Dokonuje się w niej obłaskawianie horroru zbawienia. Otóż katastrofę o kosmicznym rozmiarze jakoby usprawiedliwia konsolacja, w myśl której Nowe Jeruzalem zastąpi nasz ustawicznie marny świat (w optyce religijnej: vanitas vanitatum). Czyli wieczność podmieni doczesność, rajski totalizm — chaotyczną rzeczywistość. Każdy fanatyk czy radykał gotów przyklasnąć owej wizji, a nawet pokusić się o to, by ją pośpiesznie wypełnić, nie bacząc na ofiary. Dlatego chyba współcześnie nowotestamentowa księga prorocka nie wydaje się “popularna”; popularne najwyżej są motywy apokaliptyczne, stamtąd się wywodzące.

środa, 10 września 2025

Olga Mysłowska, Michał Pepol, Patryk Zakrocki - "Leggerezza"

Olga Mysłowska, Michał Pepol, Patryk Zakrocki 

Olga Mysłowska – śpiew, Organelle, wybór tekstów
Michał Pepol – wiolonczela, looper, efekty, fortepian preparowany, głos
Patryk Zakrocki – gitara akustyczna preparowana, efekty, lap-steel, Moog

Tytuł: "Leggerezza"  

Wydawnictwo: Audio Cave (2023)

Tekst: Marcin Kaleta


Powinienem być usatysfakcjonowany. Nareszcie pozycja z udziałem wiolonczelisty, w tym przypadku: Michała Pepola, a to instrument obecnie najbardziej mnie fascynujący (po kontrabasie oczywiście). W polskim jazzie nadal pozostaje ewenementem. Lecz i tu szczególnie wyeksponowany nie został: snuje się w tle. Co zatem zostało? Nic. To w zasadzie bardzo dyskretna, stonowana, powściągliwa i uważna twórczość. Owszem, gitara bywa przenikliwa, lecz nie natarczywa ani wszechobecna: "o brzmieniu klawesynu i cytry", jak opisuje własne zabiegi Patryk Zakrocki. Natomiast głos Olgi Mysłowskiej, chociaż wyrazisty lub podniosły, bywa i rozleniwiony, stłumiony, zawodzący czy żałobliwy. Bądź oddalony. Lakoniczne to wszystko. Tajemnicze. Mistyczne. Eteryczne. Niedopowiedziane. Ulgoszące. Tak, ulgoszące.

środa, 31 lipca 2024

Mieczysław Kosz - "Volume 2: Piano Solo, Duo, Trio"

Mieczysław Kosz 

Mieczysław Kosz - fortepian
Janusz Kozłowski - kontrabas (2-4)
Sergiusz Perkowski - perkusja (2-4)
Bronisław Suchanek - kontrabas (11)

"Volume 2: Piano Solo, Duo, Trio"

Wydawca: Polskie Radio; seria Polish Radio Jazz Archives, vol. 37 (2023)

Tekst: Marcin Kaleta

Rzadko się zdarza, by wybitność identyfikować po pierwszych dźwiękach. Zazwyczaj potrzeba co najmniej utworu. Albo i całej płyty. Bywa, że dorobku życia. W tym jednak przypadku nie zdążyłem nawet usiąść po uruchomieniu odtwarzacza, a już "wiedziałem". Podobno jury Bielskiej Zadymki Jazzowej wystarczyło "piętnaście sekund", by podjąć decyzję o wyróżnieniu wykonawcy, czyli RGG Trio. Dokładnie: Przemysława Raminiaka (fortepian), Macieja Garbowskiego (kontrabas) i Krzysztofa Gradziuka (perkusja). Oraz albumu "Unfinished Story — Remembering Kosz" (2007), zadedykowanego współtwórcy "polskiej szkoły jazzu", Mieczysławowi Koszowi (1944-1973; o nim Maciej Pieprzyca wyreżyserował film z 2019 pt. "Ikar. Legenda Mietka Kosza").

Mamy tam do czynienia z kwintesencją medytacji. To kameralny jazz, w którym dominuje spokój, szelest, szczegół. Krystaliczne uduchowienie, dyskretne piękno i wyciszony smutek. Albo i "muzyka wypełniająca przestrzeń powagą i świętym światłem" (Anders Jormin). Dwie kompozycje Kosza, natomiast za inspirowanych jego twórczością pozostałych dziesięć odpowiadają członkowie grupy, zwłaszcza Raminiak.

Intensywniejszy kontakt z niewidomym pianistą nawiązałem, kiedy przekonałem się, że jego interpretacja słynnej kołysanki Krzysztofa Komedy ("Rosemary's Lullaby"; oryg. "Sleep Safe and Warm") należy do najciekawszych, jakie miałem okazję poznać. Uzbierałem cztery płyty: "Mieczysław Kosz" (2009, Wydawnictwo Anex), "Piano Solo" (2013, Polskie Radio; seria Polish Radio Jazz Archives, vol. 10), "Reminiscence" (2017, Polskie Nagrania; seria Polish Jazz, Vol. 25; kolejna reedycja albumu z 1971) i obecnie omawianą: "Volume 2: Piano Solo, Duo, Trio" (2023, Polskie Radio; seria Polish Radio Jazz Archives, vol. 37). Ta ostatnia poprzez sam tytuł zdradza, jakie formacje preferował (bądź na jakie był skazany). Przewaga występów solowych, sporadycznie trio bądź duet.

Samodzielnie parafrazował głównie klasykę (Liszt, Chopin), ponadto prezentował standardy jazzowe, współczesne przeboje, a także autorskie utwory. Zamierzałem napisać, że legenda legendą, ale to repertuar niekonieczny: takie plumkanie, smęcenie. Cenił przecież muzykę, która przygnębia. Niemniej przyznaję, przy odpowiednim nastawieniu również urzeka, otaczając nimbem melancholii. Pogrążamy się wtedy w "zadumie i czekaniu na piękno", by sparafrazować opinię Tomasza Stańki. Należy uruchomić wyobraźnię — zaiste, sugestywny jest ten Kosz i w epoce, gdy wszystkiego brakowało, zwłaszcza jazzu, takie występy musiały stanowić nieomal misterium. Coś z tej aury pozostało.

Stwierdza Marek Romański: "Jego sława opierała się przede wszystkim na niesamowitej charyzmie koncertowej. [...] Melodie podawał w sposób nieoczywisty, zawoalowany. Ich piękno było dla niego jedynie pretekstem, powierzchnią muzycznego przekazu. Natomiast jego istota kryła się [...] w kłębiących się w nim emocjach". Grywał w klubach, kawiarniach, lokalach Krakowa, Zakopanego, Warszawy. Potem na festiwalach: od Jazz Jamboree po Montreux. Wszędzie go chwalono, doceniano, porównywano do samego Billa Evensa, chociaż bardziej oddziaływali na niego już Cecil Taylor czy Keith Jarrett.

Współpraca ze znakomitymi sekcjami rytmicznymi przynosiła "czysty jazz". Świadectwem tego na omawianej płycie są trzy własne utwory, nagrane w 1968 w towarzystwie kontrabasisty Janusza Kozłowskiego i perkusisty Sergiusza Perkowskiego. Pierwszy z nich, "Wspomnienie" ("Reminiscence"), powtórzy po latach z kontrabasistą Bronisławem Suchankiem i perkusistą Januszem Stefańskim na jedynej, tak też zatytułowanej płycie długogrającej, jaką zdąży wydać za życia.

I właśnie Suchanek współtworzy duet w kompozycji Kosza "Elza". Połączenie kontrabasu i fortepianu tak w jazzie, jak w muzyce poważnej, nie zdarzało się naówczas często. Upowszechni się po dekadzie czy dwóch i obecnie mógłbym wymienić wiele takich par, zasługujących na najwyższą uwagę. Tutaj odczujemy zaledwie przedsmak tego, w jakim kierunku podąży muzyka improwizowana. Śmierć przerwała karierę utalentowanego pianisty akurat w momencie, gdy zaczynał odczuwać potrzebę eksperymentowania. W wywiadzie z 1970 wyznawał: "W jazzie najbardziej pasjonuje mnie awangarda. To jest oczywiście muzyka bardzo trudna, muzyka wymagająca kolosalnych umiejętności".

On je posiadał.


środa, 10 lipca 2024

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn - "Beyond Your Eyelids"

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn 

Szymon Nidzworski – saksofon sopranowy i tenorowy,
Damian Marat i Jan Harasimowicz – trąbki,
Olivier Andruszczenko – klarnet i klarnet basowy,
Szymon Zawodny – saksofon barytonowy,
Ewa Paciorek – waltornia,
Mateusz Sejdak – tuba,
Mateusz Stankiewicz – akordeon,
Helena Matuszewska – suka biłgorajska i skrzypce,
Patryk Dobosz – bębny,
Tomasz Kłoś – syntezator.

"Beyond Your Eyelids" 

Wydawnictwo: Fundacja PLATEAUX (dystrybucja: Warner Music Poland) (2017)

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Odwiedzając Zakopane pod koniec grudnia, każdorazowo przekonujemy się o jednym. Otóż dla turystów największą atrakcję stanowi nie przejazd na Gubałówkę czy tym bardziej spacer po zatłoczonych Krupówkach, tylko "Sylwester (Marzeń) z Dwójką".

Akurat na Górnej Równi Krupowej powstaje wtedy plenerowa scena. Entuzjazm temu towarzyszący bywa ogromny, rozleglejszy nawet niźli ona sama. Zewsząd dobiegają komentarze w rodzaju: "Łooo, zaśpiewa ten a ten!". Albo: "Taki i owaki też będzie!". Wreszcie: "I łun, i łun!", czyli oczywiście Z(d)enek. Innych nie kojarzę, jego owszem — kiedyś było coś o nim bodaj na Onecie. Nie jestem na bieżąco, niemniej na pewno to był łun!

W każdym razie, skoro nie znam popularnych i hołubionych przez miliony Gwiazd, pozostaje mi poprzestać na pisaniu o jazzie. Dzisiaj przypomnę Szymona Nidzworskiego. Postać to niezwykła, określana nawet mianem "polskiego Jana Garbarka", ale w Zakopanem nieprędko wystąpi. Prawdopodobnie, gdyż ostatnio coraz częściej współpracuje z reżyserami teatralnymi czy filmowymi. Zatem kto wie, może i doczekamy się go chociażby w tamtejszym Teatrze im. St. I. Witkiewicza?

Póki co, pozostaje nam zachwycać się jego debiutanckim albumem pt. "Beyond Your Eyelids" (2017). Współtworzą tenże, co sam podaje: "wybitni polscy artyści młodego pokolenia". Z nim zebrało się ich aż jedenastu. Ponadto wokalistka SHY oraz mistrz, wybitny aktor i reżyser, za sprawą którego całość została oznaczona jako Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn.

Utwory, wszystkie skomponowane przez Nidzworskiego (poza jednym Teresy Gręziak), rozpisane zostały przede wszystkim na instrumenty dęte. Tak oto usłyszymy: saksofon tenorowy albo sopranowy lidera, trąbkę Jana Harasimowicza bądź Damiana Marata, saksofon barytonowy Szymona Zawodnego, waltornię Ewy Paciorek, tubę Mateusza Sejdaka, klarnet i klarnet basowy Oliwiera Andruszczenki. Sekundują im Mateusz Stankiewicz na akordeonie, Helena Matuszewska na suce biłgorajskiej lub skrzypcach, Patryk Dobosz na perkusji, wreszcie Tomasz Kłoś na syntezatorach. Konfiguracje są różne: od występu solowego, poprzez duety, aż po nonet w rewelacyjnym "Eyesore".

Do tego jednak należy doczekać. Przy pierwszym utworze ("Opening") może pojawić się zwątpienie. Cóż to, akustyczny ambient? Jakieś snuje bezcielesne, energii wyzbyte? Przy drugim, programowym: "Take a breath" ("Weź oddech"), w którym Seweryn recytuje wiersz Nidzworskiego (ponadto w utworze tytułowym wiersz Anny Kuk), już poważniejemy. Odtąd szacunek i uwielbienie mnie nie odstępowały (zupełnie inaczej aniżeli Adama Barucha). Nigdy dotąd muzyka, która ledwo unosi się nad ciszą, tak mnie nie zafascynowała. Z ciszy się poczyna, ciszą jest nabrzmiała i ku ciszy zmierza, a jednak — mimo tej obecności czy przeczucia nieistnienia (bezdechu?) — uciszeniu się sprzeniewierza, nawet w tych (nielicznych wprawdzie, acz przebrzmiewających) funeralnych momentach. Jest w niej zawarte intensywne pragnienie życia. Jako taka, ma charakter afirmatywny.

Autor przekonuje, że stworzył repertuar, stanowiący "wypadkową przeżyć, uczuć oraz inspiracji, często pozamuzycznych". Wymienia "czas, przestrzeń, pejzaże". To wszystko wydaje się cokolwiek banalne, oczywiste. Tylko że w tym przypadku zintensyfikowało się nieomal do rangi objawienia! Według mnie mamy do czynienia z dziełem ojca, który uczestniczył w cudzie narodzin własnego dziecka. Albo oczekuje tegoż. Tak szczera, pełna i wszechogarniająca jest afirmacja życia i świata, którą przepojone są dźwięki. Natomiast sam Nidzworski nie ukrywa wdzięczności wobec żony, Antoniny, której zadedykował materiał.

Stylistycznie to szlachetny stop najwartościowszych pierwiastków. Etno czy world music, tony dworskie lub liturgiczne, doświadczenia klasyki i awangardy, improwizacja, motywy typowe dla muzyki filmowej, itp. Stricte jazzowych fragmentów jest wprawdzie niewiele, niemniej wystarcza. Nieważne, brzmi wspaniale, "zastanawiająco" i "urzekająco", jak konkluduje recenzent, Marek Dusza, przyznając najwyższą notę. Bo też otrzymaliśmy projekt oryginalny, doskonały, przemyślany i dopracowany, może i genialny. Miejscami ekstatyczny. Albo i mistyczny. To znowu intymny... W ogóle zebrano tu wszystko, co ludzkie. Epikę, lirykę i dramat egzystencji w całej okazałości.

Dopiero ostatni utwór (co słusznie odnotował recenzent, Marcin Puławski z Laboratorium Muzycznych Fuzji) rozładowuje nastrój zadumy, powagi, nabożeństwa. Tu już słyszymy jakiś pop z wierszem Nidzworskiego, tym razem po angielsku i w wersji "piosenkowej". Zaiste, chciałbym, by tym podobne wykonania królowały na listach przebojów. Tudzież na "Sylwestrze (Marzeń) z Dwójką". No co? Pomarzyć jeszcze wolno. Wtedy bym i ten nawias usunął.


środa, 26 czerwca 2024

Marek Pospieszalski - "No Other End Of The World Will There Be"

Marek Pospieszalski 

Marek Pospieszalski – saksofony altowy i tenorowy, klarnet oraz magneton szpulowy
Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy,
Tomasz Dąbrowski – trąbka,
Tomasz Sroczyński – altówka,
Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna,
Grzegorz Tarwid – fortepian,
Max Mucha – kontrabas,
Qba Janicki – perkusja i elektronika.

"No Other End Of The World Will There Be (Based On The Works Of Polish Female Composers Of The 20th Century)" 

Wytwórnia: Clean Feed (2023)

Tekst: Marcin Kaleta

Bogusławowi Schaefferowi zawdzięczam, że Barbarę Buczek (Buczkównę) poznałem ćwierć wieku wcześniej aniżeli Grażynę Bacewicz. Pierwszej poświęcił bowiem rozdział w dwutomowych "Kompozytorach XX wieku" (biblia nastolatka, obok trzytomowej "Historii filozofii" Tatarkiewicza), drugiej nie (acz pisywał o niej gdzie indziej). Własną protegowaną komplementował tam niepomiernie i zaliczył "nie tylko do twórców wybitnych, ale zgoła wyjątkowych". Podkreślał: umiejętność przekazania "ogromu niedoli ludzkiej", wielowarstwowość i wielogłosowość, wyrafinowanie kolorystyczne i wysublimowanie, "bogactwo odcieni interpretacyjnych i agagogicznych", "arcyosobisty" charakter, nowatorstwo, wreszcie nieustępliwość na rzecz "doraźnego efektu", czyli niechęć do przypodobywania się producentom czy publiczności. Dla mnie ideał, dla innych niekoniecznie.

Powyższe przełożyło się bowiem na stan, który utrzymuje się od półwiecza: jej twórczość "pozostaje ogółowi odbiorców nieznana". O ile płyt Bacewicz uzbierałem kilkanaście, o tyle Buczkówny żadnej, znam jedynie nagrania z YouTube. Ostatnio zdwoiłem wysiłki. Prowadzę blog poświęcony wiolonczelistkom i wiolonczelistom, zatem potrzebowałem zaprezentować kogoś, kto wykonuje "Hipostazę" (1978) na sopran, flet, wibrafon, wiolonczelę i saksofon, podobno "utwór przepiękny". Dotąd się nie udało, ale w ten sposób niespodziewanie natrafiłem na pozycję, gdzie dzieła obu pań ze sobą sąsiadują!

Mowa o "No Other End of the World Will There Be" Marka Pospieszalskiego (2023, Clean Feed). Fenomenalna i unikatowa jest już sama koncepcja tego albumu. Oto w kraju, w którym wielu zawadzają feminatywy, zaś herstoria w zasadzie nie istnieje (albo w bólach się rodzi), częstochowski jazzman zdecydował się zarejestrować materiał wyłącznie w oparciu o utwory polskich kompozytorek (podtytuł: "Based on the works of Polish Female Composers of the 20th Century"). Ponadto mamy do czynienia z przedsięwzięciem niezmiernie erudycyjnym: konsekwentnie przybliża przedstawicieli polskiej szkoły kompozytorskiej, którzy bywają nieznani nie tylko za granicą, lecz nawet przez rodaków.

Poprzednie wydawnictwo z tej serii, podwójne: "Polish Composers Of The 20th Century" (2023, Clean Feed), prezentowało dwunastu kompozytorów. Uznane zostało za sensację i zdobyło m.in. zaszczytne miano Albumu Roku 2022 w plebiscycie magazynu "Jazz Forum". Co ciekawe, na liście sklasyfikowana została inna płyta Pospieszalskiego – naówczas muzyka roku, docenionego również za aranżację – nagrana w kwartecie „Durer’s Mother” (2022, Clean Feed). Obecnie omawiana w analogicznym zestawieniu za 2023 w ogóle nie wystąpiła! Trudno wytłumaczyć, dlaczego.

Nikt mi nie wmówi, że dzieła Elżbiety Sikory, Bernadetty Matuszczak, Lucii Dlugoszewski, Grażyny Bacewicz, Barbary Buczek, Hanny Kulenty, Krystyny Moszumańskiej-Nazar, Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil, Marty Ptaszyńskiej, Agaty Zubel w czymkolwiek ustępują dziełom Zygmunta Krauzego, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego czy Bogusława Schaeffera. Jeżeli nie napiszę, że bywają ciekawsze, to wyłącznie dlatego, że na tym poziomie artystycznym hierarchie po prostu nie obowiązują. Natomiast zdarza się, że są bardziej radykalne.

Poza tym od początku "oba albumy traktowane były jako monolit" (Pospieszalski). Identyczna jest ich koncepcja. Jak i poprzednio, nie są to oryginalne kompozycje, tylko "wariacje na temat" pierwowzoru, ewentualnie improwizacje inspirowane tymże. Jak informuje twórca: "Chwytałem się małych fragmentów, z których rozwijałem własne transowe, minimalistyczne, długie formy". Również one nie są rozpisane na oryginalne instrumentarium, lecz na oktet jazzowy. Obok lidera na saksofonach altowym i tenorowym oraz klarnecie (ponadto magnetofon szpulowy) usłyszymy znakomitych muzyków: Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas, Qba Janicki – perkusja i elektronika.

W tym miejscu postawię zarzuty, trzy. Po pierwsze, niewystarczająco ujawnia się indywidualność tych panów. Materiał, zarejestrowany podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum w sierpniu 2022, jest zbyt kolektywny; w moim przekonaniu za mało tu sugestywnych partii stricte solowych. Po drugie, tytułowa fraza (staruszka uprawiającego ogród) powinna zostać jednak wykrzyczana po angielsku. Po trzecie, brak bookletu, o który aż się prosiło. Poza pierwszym, drobiazgi? Owszem. Bo to bardzo dobra pozycja.

Otrzymujemy wręcz gwarancję niezawodnego grania. Widzę tu i ówdzie, że potraktowano tę muzykę jako jazz awangardowy. Owszem, ale umiarkowanie. Przy okazji jest bardzo komunikatywny, przyswajalny i na pewno idealnie się sprawdza podczas koncertów. Momentami istna ściana dźwięków, różne szarże, a niektóre zagrania zrytmizowane w sposób, który kojarzę z progresywnego rocka. Niemniej przeważa tempo stateczne, występują nawet spowolnienia, rozwleczenia – utwór czwarty mógłby stanowić akompaniament dla konduktu pogrzebowego. Gdzieniegdzie "wykorzystanie środków ze świata sound designu, noise’u i muzyki elektronicznej" przypomina, że to estetyka w pełni nowoczesna.

Myślę, że album usatysfakcjonowałby jedną z jego bohaterek, śp. profesor Krystynę Moszumańską-Nazar. Zapytana o fascynację młodych artystów elektroniką, nadmieniła: "nie przeczę, niektóre rozwiązania są interesujące". Przede wszystkim jednak wspominała: "My, Polacy, nie umiemy zatroszczyć się o własną kulturę wysoką. [...] Piętno polskiego syndromu: w repertuarze muzycznym nieobecni są Malawski, Serocki, Baird – ba, nawet Karłowicz" i inni, im podobni. A tu proszę, mamy to, mamy i tamto, przynajmniej w pewnym zakresie. Tylko czy potrafimy docenić? Czy ktokolwiek zacznie teraz szukać informacji, których tu zabrakło, mianowicie o tych wspaniałych polskich kompozytorkach i (wcześniej) kompozytorach?


środa, 22 maja 2024

Jerzy Małek – "Forevelle"

Jerzy Małek 

Jerzy Małek – trąbka
Dominik Kisiel – instrumenty klawiszowe
Krzysztof Łochowicz – gitara
Andrzej Święs – kontrabas
Sławomir Koryzno – perkusja
Maciej Kądziela – saksofon altowy (utwór nr 3)

"Forevelle" (2016)

Wydawnictwo: Kayax

Autor tekstu: Marcin Kaleta

— Nie pracujesz już?
— Idę tu, bo u ciebie ładnie gra.

No właśnie. Ilu muzyków potrafi tak zawezwać i zjednać, wręcz uwieść słuchaczy czy dokładnie: słuchaczki? Jerzy Małek na płycie "Forevelle" (2016) na pewno. W końcu o sobie twierdzi: "ja gram głównie dla pań". Mógłby konkurować z Chetem Bakerem.

To wyżej stanowi oczywiście żart, niemniej faktycznie gra łagodnie, uspokajająco. Jednak nie trywialnie czy banalnie, nie są to też melodie, tylko opowieści. Nie tworzy w nich "nastroju", lecz rozpościera aurę dźwiękową, przemawiającą całokształtem: sugestywną trąbką osadzoną na znakomitym podkładzie instrumentów pozostałych członków jego drużyny, którzy nie asystują a współdecydują o jakości. Jak tłumaczy autor: "Od pewnego czasu pracuję nad ukonstytuowaniem nowego brzmienia swojej twórczości, które jest niczym innym jak tworzeniem pewnego rodzaju kodu harmoniczno-melodycznego – żeby utwory były sugestywne pod względem bardzo konkretnego, indywidualnego emocjonalnego przekazu. Nieprzerwanie fascynuje mnie wyszukiwanie korelacji akordów, tonacji brzmień z emocjami i uczuciami".

Istna magia, którą zawdzięczamy: trąbce lidera, gitarze Krzysztofa Łochowicza, instrumentom klawiszowym Dominika Kisiela, kontrabasowi Andrzeja Święsa, perkusji Sławomira Koryzny oraz w jednym utworze (3) saksofonowi altowemu Macieja Kądzieli. Tych utworów mamy natomiast siedem, wszystkie skomponował Małek. Chociaż brzmią przyjemnie, nie są proste. "Prawda jest taka, że kocham piękno. Piękno odczuwam jako symetrię wszelkiego rodzaju proporcji, nie tylko w muzyce, ale także w innych formach sztuki oraz w otaczającym mnie świecie. A zatem interesują mnie także niuanse złożoności".

W ten sposób powstaje muzyka niezwykle wyrafinowana. "Bardzo sugestywna w przekazie – ma konkretną melodykę, kontekst harmoniczny i rytmizację. Jest to muzyka formy, bo ja jestem artystą formy". To powinno dobrze się kojarzyć wszystkim zainteresowanym literaturą.

Tych albumów Jerzy Małek wydał już kilka i wszystkie wydają się przyjemne, a co też ważne, doczekały się pozytywnych recenzji. Tę pozycję zaś przypominam, gdyż jako prezent dla naszych pań jest idealna, przez co i my, panowie, podwójnie zyskujemy podczas odsłuchu.

***

Wszystkie wypowiedzi trębacza pochodzą z wywiadu przeprowadzonego z nim przez Michała Dybaczewskiego pt. "Wielki magnes i kompas", [w:] "Jazzpress" 2021, nr 11.


piątek, 3 listopada 2023

Stanisław Aleksandrowicz Oktet – "Pieśń o bębnie"

Stanisław Aleksandrowicz Oktet

Stanisław Aleksandrowicz – perkusja, syntezatory, elektronika
Flavio Gullotta – kontrabas
Wojciech Braszak – klarnet basowy, saksofon 
Patryk Rynkiewicz – trąbka
Marianna Kanke oraz Kinga Kozel – skrzypce 
Anna Tchórzewska – altówka
Małgorzata Namiot – wiolonczela

"Pieśń o bębnie" (2023)

Autor tekstu: Marcin Kaleta


Ta pozycja zaintrygowała mnie w okamgnieniu: Stanisław Aleksandrowicz Oktet – "Pieśń o bębnie".

Przypadkiem zobaczyłem zapowiedź i okładkę, nieszczególnie urokliwą. Natychmiast odnotowałem w pamięci: trzeba pozyskać. Przede wszystkim dlatego, że nagrania – po tytule wnosząc, jak i według lakonicznego opisu – zainspirowała twórczość Zbigniewa Herberta. Zresztą, gdyby podmienić go kimkolwiek z pozostałych wybitnych współczesnych polskich poetów / którąkolwiek z poetek, moja reakcja byłaby identyczna. O nich przy każdej sposobności powinniśmy przypominać. Już tylko z tego względu, że to uczynił, Stanisław Aleksandrowicz zasługuje na pochwałę.

Docenić należy również to, w jaki sposób to uczynił. Otóż, po pierwsze, zebrał aż ośmioosobowy skład: on – perkusja, syntezatory, elektronika; Flavio Gullotta – kontrabas; Wojciech Braszak – klarnet basowy i saksofon; Patryk Rynkiewicz – trąbka; Marianna Kanke oraz Kinga Kozel – skrzypce; Anna Tchórzewska – altówka; Małgorzata Namiot – wiolonczela. Dzięki temu, jak nadmienia: "Muzyka jest połączeniem światów muzyki poważnej (zawiera w pełni zapisane i zaaranżowane partie smyczkowe), nieskrępowanej niczym jazzowej improwizacji (otwarte formy improwizacji solowych czy kolektywnych) i muzyki elektronicznej (modularna synteza analogowa i sample)". Natomiast repertuar to skomponowana przez niego suita, której każda z dziewięciu części jest inspirowana osobnym wierszem. Zarejestrowana została latem 2021 roku w studiu Marcina Górnego Splendor i Sława, wydana w 2023.

I tutaj należy poczynić dygresję. W jednym z wywiadów zdziwiona dziennikarka indaguje Aleksandrowicza, iż on, jazzman, zdecydował się wzbogacić instrumentarium o smyczki. Wyjaśniam: nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Usmyczkowienie jazzu postępuje co najmniej od półwiecza i nie dotyczy tylko występów solowych czy big bandów. W moim przekonaniu to, co obecnie najciekawsze w muzyce improwizowanej, właśnie na kontrabasistach, wiolonczelistach, altowiolistach i skrzypkach stoi. Wątek rozwinę przy innej okazji.

Również wykorzystanie kwartetu smyczkowego w jazzie nie stanowi żadnego ewenementu: we własnej płytotece znalazłbym około dwudziestu przykładów. Najbliższy bieżącego tematu jest Soundcheck IV, któremu przewodzi Maciej "Kocin" Kociński, z albumem "Marysia – wiersze z Kazachstanu" (2011), gdzie zagościł Dell’Arte String Quartett. Tamta koncepcja jednak jest odmienna od aktualnie omawianej, typowa dla płyt, których bohaterami są poeci/poetki czy pisarze/pisarki. Mianowicie twórczość Marii Kocińskiej została zaśpiewana i/lub wyrecytowana, o czym przed dekadą wspominał Maciej Nowotny. Tego na "Pieśni o bębnie" nie uświadczymy ani w ogóle żadnego namacalnego odniesienia do poezji Herberta, poza tytułami. Aleksandrowicz tłumaczy: "Chciałem stworzyć muzykę tylko instrumentalną, a inspiracje poezją przenieść na poziom bardziej abstrakcyjny […]. Bardziej na zasadzie muzyki programowej".

Do powyższego również można zgłosić zastrzeżenia, skoro jeden z krótszych wierszy Herberta, "Dróżnika", reprezentuje akurat najdłuższa, dziewięcioipółminutowa kompozycja, która ponadto posiada charakter fugi. Nie można jednak postawić zarzutu, iż polski poeta i eseista został potraktowany pretekstowo. On tu istnieje, przemawia nawet osobiście: "Głos na płycie to wypowiedzi Herberta z paru spotkań autorskich i wywiadów. Wyciąłem słowa kluczowe, które kojarzyły mi się z esencją przekazu danego wiersza i wykorzystałem je, jako integralną część kompozycji, czasem traktując poprzez przekształcenia elektroniczne po prostu jako zbiór dźwięków. Chciałem zatrzeć granicę między słowami a dźwiękami, tworząc kolaże, trochę jak w muzyce konkretnej".

W zasadzie można odnieść wrażenie, że bardziej niż poezja muzykę podyktowała biografia Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka. Znajomy, któremu płytę odtwarzałem kilkakrotnie, odniósł się doń bardzo pozytywnie i podsumował: "Dzieje się, dzieje. Nieźle. Ciekawe utwory. Urozmaicone. Jak w życiu przechodzimy przez różne etapy, tak tutaj też". Dokładnie. Być może nie chodzi tu o konkretne wiersze, tylko etapy życia twórcy i historii, która to życie zawłaszczyła. Co ciekawe, przeważnie sygnalizowane poprzez... gatunki jazzowe. Mamy zatem echa żołnierskich czy powstańczych pieśni, przemarsze wojskowe; ale już dalej ragtime i swing jako egzemplifikację krótkotrwałego okresu swobody, odwilży; hard bop naszej małej stabilizacji lat 60.; freejazzowy zamęt brutalnie tłumionych strajków i stanu wojennego. Wszystko w oprawie elektroniki i "gramofonowych" trzasków, co uwydatnia klaustrofobiczną atmosferę totalitaryzmu.

Mimo tych historycznych skojarzeń, muzykę cechuje świeżość. Słuchając, od razu pomyślałem, że kompozytor jest rozeznany zarówno w tradycji, jak i innowacjach. Potwierdziła to dyskusja z nim. Na partie smyczkowe wpłynęła kameralistyka Beethovena i Brahmsa. Trudno uznać je za wyjątkowe, niemniej bardzo dobrze zostały zintegrowane, zaś utwór na kwartet i kontrabas wyróżnia się. Z kolei jazzowi soliści czynią swą powinność. Tym samym całość wpisuje się w nurt nowoczesnego współczesnego jazzu, w którym awangarda miesza się i dopełnia z klasyką, kameralistyka (wszelakie small formations) z big bandem, improwizacja z kompozycją, estetyka akustyczna z elektroniczną. Rzadkie dokonanie na naszym rodzimym podwórku.

Osobna sprawa to tytuł albumu. Owa "Pieśń o bębnie" odnosi się do tekstu z lat 50. ubiegłego wieku, który interpretatorzy tłumaczą jako "metaforyczny obraz spustoszenia" czy "poemat o demuzykalizacji" świata. "Polityczno-militarna symbolika nadana bębnowi w tym wierszu sprawiła, że w późniejszych utworach Herberta pojawiła się negatywna metaforyka instrumentów perkusyjnych, oznaczająca terror policyjny, wojenny czy rewolucyjny" bądź proces "barbaryzacji dwudziestowiecznej kultury" (Jerzy Wiśniewski). Oczekiwać by zatem można, że lider zdominuje repertuar, zatarabani wszechwładnie, uwydatniając w ten sposób "przekleństwo" ubiegłego wieku. Tymczasem nie afiszuje się, tylko dyskretnie uobecnia. Ustawicznie. Na różne sposoby. Pomysłowo. Jak inny gdańszczanin, Oskar Matzerath: jest "nieznaczny" a sugestywny.

Dodam na koniec, że po półrocznym obcowaniu z tą płytą zgłaszam ją niniejszym do tytułu jazzowego albumu roku 2023. Może i powstały w kraju lepsze nagrania, lecz te zasługują na wzmożoną uwagę, zarówno z powodów artystycznych, jak i przez wzgląd na koncept im przeświecający. Zresztą, kogo bym o nie podpytał, reaguje entuzjazmem.

poniedziałek, 23 października 2023

Krakowskie refleksje zagranicznych artystów z Not Two Records

Krakowskie refleksje zagranicznych artystów z Not Two Records

Autor tekstu: Marcin Kaleta


***

Satoko Fujii & Natsuki Tamura

Satoko Fujii — fortepian
Natsuki Tamura — trąbka

"In Krakow In November" (2006)

Wydawca: Not Two Records



Słucham tej płyty bez opamiętania. Brzmi bowiem, jakby powstała tuż po zagładzie Hiroszimy i Nagasaki.

Wszystko rozpoczyna marsz żałobny: "Strange Village". Fortepian przestrzega, że zbliża się rozstanie. Natomiast trąbka cokolwiek się waha, by na to przystać, ostatecznie jednak nabrzmiewa niesamowitą boleścią i rozpaczą. I wspólnie zapowiadają opustoszenie i osamotnienie.

Potem nastaje istny szkwał. Free jazzowy "A North Wind" to już wściekły skowyt bólu.

"Morning Mist" przynosi uspokojenie. Pogodzenie się z koniecznością. Gdzieniegdzie prześwitujące słońce... Dopiero płaczliwa trąbka przypomina, że to... Nazajutrz (fani SF rozumieją). Po Dniu Gniewu. Dniu Zagłady. Po końcu świata. Nie ostało się nic prócz melodii mgieł rannych, skrwawionych, spopielonych.

"Ninepin". Zmiana tonacji. Trochę jak Chopinowskie mazurki. I tęsknota. Przynaglenie. A może jednak istnieje sposób, by coś odzyskać? Cokolwiek.

Szybko pozbawia nas złudzeń jakby nieskładny "A Holothurian", przeistaczając się w lamentację.

Tytułowy "In Krakow, In November" od początku popada w rezygnację. Patos uprzedza wspomnienie tego, co dobre, ale skazane na nieistnienie. Spacerujemy wzdłuż rzeki, pogrążeni w ciemności, wiedząc wszakże, że "jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden / on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania / on będzie Miasto".

Stąd i pobudka w "Explorer". Niezdecydowana. Lecz nieustępliwa. Burzy się i wzdyma.

I wreszcie "Inori". Kiedyś gdzieś wszystko rozpoczniemy od początku. To, co minęło, odżyje. Może i trwa noc, ale słusznie pisał natchniony mądrością biblijnych proroków Jan Kochanowski: "nie już słońce ostatnie zachodzi".

Duet z Japonii: Satoko Fujii — fortepian oraz Natsuki Tamura — trąbka, nie jest szczególnie znany w naszym kraju. Ubolewam nad tym, jak zawsze, gdy coś naprawdę wartościowego umyka uwadze. Oczywiście nie wszystkie albumy małżeństwa doceniam. Niemniej ten wyróżnia się szlachetnością i rzadko spotykanym pięknem.



***

Dominik Duval 

Dominik Duval — kontrabas

"Songs for Krakow" (2007)

Wydawca: Not Two Records



Dominic Duval (1944-2016) był amerykańskim kontrabasistą jazzowym. Przez kilka godzin można by opowiadać, z kim i co nagr(yw)ał. Zamiast tego ad rem: 8 listopada 2007 roku uczestniczył w magicznym koncercie w Klubie Alchemia na krakowskim Kazimierzu. Jego formacja, Trio X (pozostali członkowie to Joe McPhee — saksofon tenorowy i trąbka kieszonkowa oraz Jay Rosen — perkusja), wespół z Mikołajem Trzaską na saksofonie altowym i klarnecie basowym (co dało pełnoprawny kwartet), przedstawiła magiczny repertuar, który złożył się na dwupłytowy magiczny album pt. "Magic" (2009). O nim nie zamierzam jednak teraz pisać. Albowiem dokładnie tydzień wcześniej Duval postanowił w tymże klubie zarejestrować "Songs for Krakow" (2007).

Przebywał zatem w podwawelskim grodzie dłużej. Oczarowany miastem, dedykował mu solowy album. Jak na kogoś, kogo pasjonował nade wszystko free jazz, przedłożył materiał wyjątkowo konkretny. Nie zajmują go eksperymenty. Gra palcami lub smyczkiem, acz tym akurat rzadziej. Utwory, chociaż nie najkrótsze, wydają się zwarte. Oddane zamyśleniu, podporządkowane skupieniu, powierzone uduchowieniu... Również intymne — ostatni, co ciekawe: jedyny na płycie standard, poświęca pamięci rodziców, do których kilka lat później dołączy. Tę muzykę należy odtwarzać bezustannie. Przemawia przez nią miasto, w którym powstała, z tym wszystkim, co je stanowi, odkąd istnieje. Dzieje się to za sprawą kogoś, kto je odwiedził, wyjechał bezpowrotnie, a jednak... wśród nas został.

T

***

Wszystkie trzy wymienione w niniejszym tekście płyty wydała krakowska wytwórnia Not Two Records (MW774, MW778, MW816). Tak się mi wydaje, że cały jej katalog wypadałoby przedstawić: to nieprzebrana skarbnica jazzu najwyższej jakości.

piątek, 13 października 2023

Marcin & Bartłomiej Oleś Duo – "Spirit of Nadir"

Marcin & Bartłomiej Oleś Duo 

Marcin Oleś – kontrabas
Bartłomiej Oleś – perkusja

"Spirit of Nadir" (2017)

Wytwórnia: Audio Cave

Autor tekstu: Marcin Kaleta


Płyta "Spirit of Nadir" (2017) wydaje mi się godna uwagi z trzech powodów, które niżej wypunktuję, nie wydając się w żadne dywagacje.

Otóż, po pierwsze, nagrali ją bliźniacy, bracia Oleś. Można tu mówić wręcz o komunii umysłów: tak doskonale jednoczą się, dopełniają, wzajemnie wzbogacają dźwięki tylko dwóch instrumentów — kontrabasu Marcina oraz bębnów Bartłomieja.

Po drugie, ma charakter etniczny, acz zainspirowana została przez różne kultury: bliskowschodnią, afrykańską i hinduską. Nie mamy jednak do czynienia z tandetnym orientalizmem czy efekciarską egzotyką — w żadnym momencie słuchaczowi nie udziela się zniechęcenie bądź przesyt. Przeciwnie, trwa w urzeczeniu do ostatniego utworu, w zafascynowaniu odmiennością i różnorodnością, którą wyraża muzyka.

Po trzecie wreszcie, to coś w rodzaju medytacji, modlitwy. Splata się tu nade wszystko religijność judeochrześcijańska i islamska — taka najpierwotniejsza, niezidoktrynowana, wolna od teologii, a stanowiąca misterium, za sprawą którego współodczuwamy tę pustynię rzeczywistości jako faktycznie nawiedzoną przez boskość.

Materiału słucha się fenomenalnie: w zadumie, ale i w ekstazie nieomal mistycznej. I nawet jeśli kogoś nie poniesie owa euforia tak, jak mnie przed laty, na pewno przyzna, że jest on co najmniej dobry.


czwartek, 5 października 2023

Maniucha Bikont / Ksawery Wójciński – "Oj Borom, Borom..." (2017)

Maniucha Bikont / Ksawery Wójciński – "Oj Borom, Borom..." (2017)

Maniucha Bikont — śpiew
Ksawery Wójciński — kontrabas, śpiew, dzwonki

Wytwórnia: Wodzirej

Tekst: Marcin Kaleta


Instrument plus głos, kobiecy głos? To zawsze się sprawdza, niezależnie od gatunku oraz tego, czy wokalistce towarzyszy skrzypek (Delilah Sharon Gutman & Rephael Negri), tubista / serpentysta (Nataša Mirković & Michel Godard), perkusista (Sainkho Namchylak & Jarrod Cagwin), czy wreszcie kontrabasista. Bo też objawienie stanowiło dla mnie "Oj borom, borom..." (2017) Maniuchy Bikont i Ksawerego Wójcińskiego. Rzecz fenomenalnie wydana: z tekstami w kilku językach, fotografiami i reprodukcjami. Poza tym równie fenomenalnie nagrana.

Niewiarygodne, że oboje potrafią wyczarować tak rozległą przestrzeń. No dobrze, jeszcze echo ich wspomaga(ło). W każdym razie skutecznie przenoszą w pradawne rusykalne krajobrazy Kresów. Wszystko jest tu ascetyczne i konkretne, a jednocześnie pełne, soczyste, witalne, intensywne. Taka synteza improwizacji i ilustracyjności, klimatu i kreatywności. Natomiast występ Wójcińskiego to istne mistrzostwo świata — gra z umiarem i niezmiernym wyczuciem, nie afiszuje się, acz jest niezbędny. I te jego dwie lakoniczne kompozycje solowe: ileż tu wstrzemięźliwości, a zarazem ekspresji! Nie ukrywam, chciałbym usłyszeć go kiedyś obok Joëlle Léandre.

Czy jednak w tym przypadku to aby na pewno jazz? Pozornie mamy do czynienia z muzyką tradycyjną, ludową. Maniucha przez kilka lat odwiedzała wieś Kurczyca nieopodal Nowogrodu Wołyńskiego. Nie przedkłada stamtąd żadnych nagrań terenowych. Terminowała u trzech lokalnych śpiewaczek: Hanny Danylczuk, Haliny Romanczuk i Loni Serbin, by po-tym samosie zaszaleć jako i one. A każdy koneser doskonale się orientuje, że takowe babcie zapodają najmocniejszego i najlepszego dżezza. Można to odczuć, gdy Bikont samodzielnie wykonuje pieśni, które jej prezentowały. "Podarowały", jak stwierdza. "To, co robimy z Ksawerym, to już nie etnografia, ale tworzenie własnej interpretacji, własnego świata". Nie jest to zatem oryginalna muzyka źródeł czy też tzw. odnaleziona, lecz przetworzona "przez wrażliwość i wyobraźnię" duetu. Czyli w jakimś sensie na pewno ujazzowiona; przesadzają o tym chociażby projekty, w jakich zazwyczaj uczestniczy Wójciński.

Repertuar wokalistka wykonuje z powagą, namaszczeniem i szacunkiem. Także z przejęciem — wydawać się może, iż osobiście przeżywa dramaty, o których śpiewa. Teksty także opracowała, złożyła "w taką, a nie inną całość". "Chciałam, żeby powstało wrażenie, że wszystkie te historie są częścią jednej mitologii. Nieprzypadkowo zaczynamy od pieśni wiosennej, zalotnej. Dalej pojawia się niepewność — jaki los spotka młodego chłopca, który wyrusza w poszukiwaniu ukochanej, ciekawość — kto trafi się dziewczynie z pękiem ziół. Potem opowieści z dojrzałego już życia, doświadczenie rozłąki, śmierci bliskich, życie z nową rodziną, tęsknota za domem. Na koniec kolędą wracamy znów do pieśni zalotnych, weselnych i pieśni żniwnej o orle nawiązującej do urodzaju i płodności. Układ pieśni na płycie odwzorowuje cykl pór roku — płyty można słuchać [...] w kółko".

No ba. I wszelakie powroty, nawet po latach, jak ten mój obecny, są wskazane. Rozgrzewa nas ta dziewczyna, po ukraińsku nadto. Ma to znaczenie: przydaje całości autentyzmu i potęguje rzewność w kilku momentach tak bardzo, że nie sposób się nie wzruszyć.

poniedziałek, 18 września 2023

Blackbird - "BlackBird" (2015)

BlackBird 

Michał Walczak – gitara elektryczna
Michał Rorat – fortepian
Paweł Surman – trąbka
Bartek Bednarek – gitara basowa
Frank Parker – perkusja
gość specjalny: Bernard Maseli – marimba i malletKAT

"BlackBird" (2015)

Wytwórnia: Multikulti

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Formacje jazzowe występują najczęściej pod nazwiskiem lidera. Ewentualnie jako jego projekty, stąd np. Miles Davis Quintet i tym podobne. Sporadycznie nazwa pochodzi od miasta, które reprezentują lub w którym spotykają się muzycy, dajmy na to The Art Ensemble of Chicago, New York Jazz Collective czy Los Angeles Jazz Quartet (współtworzony, co istotne, przez Darka Oleszkiewicza). Inwencja w tym zakresie nie jest wskazana, o czym przekonali się członkowie Simple Acoustic Trio, od momentu zawarcia kontraktu z ECM identyfikowani po prostu jako Marcin Wasilewski Trio.

Mimo wszystko nie miałbym problemu z wymienieniem kilku polskich zespołów jazzowych o ekscentrycznych nazwach, które zadebiutowały w latach 2011-2020, każdorazowo na najwyższym poziomie. Tak na poczekaniu: EABS, Weezdob Collective, Trouble Hunting, WEBAND, Błoto. Ich dokonania były albo będą tu omawiane przez moich kolegów. Niniejszym do tego grona dopisuję BlackBird, po kilkuletniej przyjemności obcowania z ich twórczością.

Występują w składzie: Michał Walczak – gitara elektryczna, Michał Rorat – fortepian, Paweł Surman – trąbka, Bartek Bednarek – gitara basowa, Frank Parker – perkusja. Albumem "BlackBird" (2015), z gościnnym, acz nieznacznym udziałem Bernarda Maseliego (wibrafon i malletKAT), podbili moje serce natychmiast. Na prywatną listę uwielbienia wdarł się wręcz przebojem i zapisał na długo. Nie wystawiam ocen, niemniej w tym przypadku poczynię wyjątek: w skali 1-5 przyznaję... 6! Nie ma tu żadnej przesady. Że tak się stanie, zapowiada(ł) wydawca, Multikulti Project, i należy potraktować to jako konstatację, a nie reklamę.

Niesamowita pewność siebie, intensywność, kreatywność, ale też opanowanie, równowaga, wrażliwość. Kompozycje, wyłącznie autorskie, zostały doskonale zaaranżowane — w tych najlepszych mamy do czynienia z muzyką dwóch planów: na pierwszym dominuje przepiękne solo gitary lub trąbki, rzadziej fortepianu, który tymczasem istotną rolę odgrywa w drugim planie, podobnie jak sprężysty bas i wyrazista perkusja, tworząc wspólnie przemyślne dźwiękowe tsunami, najprawdziwszą symfonię.

Pisał Tomasz Janas: "Słychać [...] świadomość wielu ważnych nurtów, nie tylko klasyki muzyki improwizowanej, ale też tego, co ważne w ostatnich dekadach: od nu jazzu, przez post rock do współcześnie rozumianego elektrycznego jazzu czy fusion". Niestety, to jedyna recenzja, jaką znalazłem, po fakcie zresztą. Nie zawiódł także Adam Baruch, acz jego opinię (zarzuty powtarzalności i uproszczenia) uznaję "za całkowicie błędną", do czego zresztą upoważnił. Poza tym cichosza. Chyba cierpimy na nadmiar znakomitych nagrań w polskim jazzie, stąd i takie perły przepadają w odmętach medialnej nieuwagi. A w jaki sposób ja się dowiedziałem o tej pozycji? To osobna historia, przeniosę ją zatem do ostatniego akapitu.

Otóż odwiedziłem kilka lat temu Księgarnię Muzyczną "Kurant" przy Rynku Głównym w Krakowie. Stoisko z klasyką i jazzem obsługuje sympatyczny starszy pan, który klientów informuje dokładnie, co mogą u niego znaleźć. Ja to, o czym mówił, podsłuchiwałem, a że się orientuję w temacie, zatem tym bardziej doceniam eksperta. Nie ekspedienta, tylko eksperta właśnie, człowieka kompetentnego, z pasją. Tylko tacy powinni pracować w księgarniach, antykwariatach, sklepach muzycznych itd. Niegdyś pracowali częściej, obecnie to w zasadzie wymarły gatunek.

poniedziałek, 11 września 2023

Tomek Grochot Quintet featuring Eddie Henderson — My Stories (2010)

Tomek Grochot Quintet featuring Eddie Henderson 

Eddie Henderson — trąbka, skrzydłówka
Adam Pierończyk — saksofony: sopranowy i tenorowy
Dominik Wania — fortepian, pianino Rhodes
Robert Kubiszyn — kontrabas
Tomasz Grochot — perkusja, okaryna

"My Stories" (2010)

Wydawca: TG

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Nie brakuje nam wybitnych bądź utalentowanych trębaczy. Wymieniać można by długo: Piotr Wojtasik, Antoni Gralak, Robert Majewski, Piotr Damasiewicz, Maciej Fortuna, Artur Majewski, Piotr Schmidt, Tomasz Dąbrowski, Jerzy Małek, Paweł Palcowski, Marcin Gawdzis, Wojciech Jachna, Patrycjusz Gruszecki, Tomasz Kudyk, Emil Miszk i wielu innych, których niechcący pominąłem lub zwyczajnie (jeszcze) nie poznałem.

Niemniej sporadycznie polskie formacje jazzowe wspomagają przybysze z zagranicy, którzy również upodobali sobie ten instrument (i mu pokrewne: skrzydłówkę, kornet). Ostatnimi czasy byli to m.in. Tim Hagans, Ralph Alessi, Paolo Fresu, Avishai Cohen, Randy Brecker, Toshinori Kondō, Christoph Titz, Herb Robertson, Verneri Pohjola, Gary Guthman, itp.; wcześniej Lester Bowie i Art Farmer; jeszcze wcześniej Don Ellis i Ted Curson... Przede wszystkim jednak zwracam uwagę na kogoś, kto nasz kraj odwiedza(ł) systematycznie. To oczywiście Eddie Henderson (ur. 1940).

Muzyk zaiste legendarny, na przestrzeni półwiecza współpracujący z najwybitniejszymi. Nawet anglojęzyczna Wikipedia nie uwzględnia wszystkich. Dlatego poprzestanę na tym, co najbardziej mnie teraz zajmuje: uczestniczył także w nagraniu dwóch albumów Jarka Śmietany, dwóch Leszka Kułakowskiego (w tym "Baltic Wind"), wreszcie dwóch Tomasza Grochota, którego ponadto wyróżnił w nadzwyczajny sposób. Otóż na swojej autorskiej płycie "Be Cool" (2018) zamieścił utwór skomponowany właśnie przez naszego rodaka, pt. "Dla Juzi". Pochodzi on z debiutanckiej płyty Tomek Grochot Quintet i pierwszej z tych, na których wystąpił amerykański trębacz: "My Stories" (2010). Druga to "In America" (2016).

Materiał wcześniejszej został zarejestrowany w 2008, w niepołomickim Preisner Studio, w składzie: Eddie Henderson – trąbka i flugelhorn, Adam Pierończyk – saksofony sopranowy i tenorowy, Dominik Wania – fortepian i pianino elektryczne Rhodes, Robert Kubiszyn – kontrabas oraz lider – perkusja i okaryna. Konstatacja, że artyści ci stanowią gwarancję najwyższego poziomu, nie oddaje istoty rzeczy. Albowiem tutaj wręcz się uwzięli, by zagrać najlepiej, jak potrafią, dać z siebie dosłownie wszystko. Podobnie widział to Piotr Siatkowski ze Slo Jazz: "Porozumienie muzyków jest maksymalne. Sam Eddie Henderson ofiarowuje nam tak wiele ze swej osobowości, a jego maestria, doświadczenie i smak sprawiają, że wszyscy improwizatorzy sięgają wyżyn kreacji".

Powstała zatem płyta wybitna, jak podsumowała redakcja strony Jazzarium.pl doceniana "zarówno przez krytykę, jak i fanów". Nijak nie można się dziwić, że ktokolwiek ją recenzował, przyznawał jej najwyższą notę. Czyli na przykład Ryszard Borowski w "Jazz Forum" lub Bogdan Chmura w "Hi-Fi i Muzyka". Nie żałują komplementów — dla pierwszego to pozycja "znakomita", dla drugiego "doskonała". Z kolei Maciej Nowotny na tutejszym blogu stwierdzał: "that is beautiful". "Fantastic, outstanding, extraordinary". Mamy bowiem do czynienia z poważnym współczesnym jazzem, skondensowanym, dynamicznym i intensywnym. Lecz występują też momenty liryczne, spokojne i wyciszone, w których do głosu dochodzi jakby przeświadczenie o... spełnieniu.

Nadmienić trzeba jeszcze, że otrzymaliśmy repertuar trwający aż 80 minut. Składa się nań dziesięć kompozycji Grochota, bardzo pomysłowych. Łatwo przy tym obliczyć średnią długość utworów — za każdym razem nabierają one rozmachu. A że ani perkusista, ani kontrabasista tu nie brylują, tylko krzeszą żarliwe rytmy, które pianista bezkompromisowo spowija kaskadami akordów, to i w tej pulsującej energią przestrzeni trębacz i saksofonista wyczyniają cuda.

Niestety, ponieważ krakowski perkusista wydał tak tę, jak i następną pozycję własnym sumptem, niełatwo je pozyskać. Posłuchać jednak można, chociażby na YouTube.



środa, 30 sierpnia 2023

Piotr Schmidt Quartet feat. Wojciech Niedziela — "Tribute To Tomasz Stańko" (2018)

Piotr Schmidt Quartet feat. Wojciech Niedziela 

Piotr Schmidt – trąbka
Wojciech Niedziela – fortepian
Maciej Garbowski – kontrabas
Krzysztof Gradziuk – perkusja

"Tribute To Tomasz Stańko" (2018)

Wytwórnia: SJRecords

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Piotra Schmidta kojarzyłem z okresu Electric. W porządku, materiał dobry, niemniej urzeczenia nie było. Zatem zdystansowałem się wobec kolejnych jego projektów. Przynajmniej do momentu odsłuchania „Tribute to Tomasz Stańko” (2018).

Kwartet, który zarejestrował materiał, współtworzą: lider na trąbce, Wojciech Niedziela na fortepianie oraz sekcja rytmiczna RGG, czyli Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji. Nagrania poczynili w szczególnym okresie: w czerwcu i październiku 2018 roku. Komu je zadedykowali, wskazuje oczywiście tytuł. Przypomnijmy: adresat zmarł w międzyczasie, dokładnie 29 lipca. „Bardzo przeżyłem jego śmierć” – wyzna Schmidt.

Na płycie znajdziemy dwanaście kompozycji, w większości zespołowych, a także jedną Krzysztofa Komedy („Rosemary's Baby”). To nie są ballady, tylko epitafia. Hołd, wyraz wdzięczności, podziękowanie, pożegnanie, ale i gwarancja pozostawania w kontakcie, na wieczność. Uczestniczymy w cudzie, który umożliwia wyłącznie sztuka: dzięki kolejnej orfickiej opowieści obcujemy z kimś, kto był umarły, a znów ożył.

W najintensywniejszych, najbardziej dramatycznych momentach muzyka emanuje rzewnością, tęsknotą, melancholią, nawet i zrozpaczeniem. Wybrzmiewa z niej wówczas jakieś niby-pytanie: takie zapytanie bez pytania, jakby zawieszone. Pytanie przedostateczne. Niedopytanie. Wniebogłos.

Natomiast w tych spokojniejszych trąbka snuje się między fortepianem, kontrabasem a perkusją, od niechcenia muskając klawisze, potrącając struny, zahaczając o bębny czy talerze. Wykonawcy wydają się nieobecni: jakby wszystko tutaj odbywało się samoistnie lub pod wpływem nieśmiertelnego tchnienia Mistrza. Nie mamy jednak do czynienia z ubezwłasnowolnieniem bądź obezwładnieniem inwencji, lecz z inspiracją. Zachodzi spotęgowanie kreatywności za sprawą owego ducha opiekuńczego, który czuwa, by artyści, oprócz własnego, uwzględnili doświadczenie przodków. Twórczo potraktowali tradycję.

Nie bez powodu Piotr Iwicki informuje: „Lider o jazzowej trąbce wie wszystko (a może i więcej), staje się więc naturalnym kontynuatorem dobrej polskiej szkoły jazzowej tego instrumentu”. Z kolei Dionizy Piątkowski utrzymuje: „Jest w tej muzyce jakiś niewiarygodny powiew jazzu, blask muzyki Stańki, ale nie jest to li tylko owe »tribute«, lecz wyrafinowana estetyka piękna nowoczesnego jazzu”. Stąd i ogromny spokój, niesamowita pewność i moc w każdym dźwięku, również pojedynczym, najskromniejszym. Nierzadko one właśnie dominują.

Przyznam rację fizykowi, prof. Maciejowi Lewensteinowi, także wielkiemu pasjonatowi rodzimego jazzu (jest m.in. autorem kompendium „Polish Jazz Recordings and Beyond”), który stwierdził: „ta płyta […] jest [...] arcydziełem”. I w moim przekonaniu należy do tych pozycji, które powinno się mieć we własnej płytotece obowiązkowo.

Teraz przypominam ją zaś w związku z 5. rocznicą śmierci Tomasza Stańki. Być może nadarzy się okazja, by i jego twórczość tu omówić.


wtorek, 4 lipca 2023

The Coherence Quartet — Sagaye (2018)

The Coherence Quartet —

Robert Jarmużek — fortepian
Łukasz Klu­czniak — saksofon altowy
Marcin Lamch — kontrabas
Grzegorz Masłowski — perkusja

 "Sagaye" (2018)

Wydawca: Challenge Records

Autor tekstu: Marcin Kaleta


Kilkanaście odsłuchań nie wystarczyło. Zdecydowałem się na następne, a potem kolejne. Wszystko po to, by zgłębić tajemnicę tej muzyki. Że była piękna, wątpliwości nie miałem, niemniej stale wydawała się jakaś odległa, niedosiężna. Zbyt doskonała, bym potrafił ją w pełni zrozumieć, odczuć i docenić. Owo przeświadczenie we mnie pozostało. Niedosyt.

Tylko najwybitniejsze dzieła stanowią takie wyzwanie. Obcujemy z nimi wielokrotnie, niby się rozeznaliśmy, tymczasem przy każdym kolejnym kontakcie odnosimy wrażenie, że coś ważnego nam jednak umknęło. Zatem jak najbardziej — "Sagaye" (2018) The Coherence Quartet jest pozycją wybitną, jedną z najwartościowszych, jakie zdarzyło mi się poznać w tzw. tradycyjnym jazzie. Zespół tworzą pianista Robert Jarmużek, saksofonista altowy Łukasz Klu­czniak, kontrabasista Marcin Lamch oraz perkusista Grzegorz Masłowski. Sześć własnych utworów zarejestrowali w Sagajach i odniesienie do owej miejscowości uwidacznia się tak w tytule, jak na okładce.

Adam Domagała w "Jazz Forum" pisał: "Płytę otwiera [...] jeden z najpiękniejszych tematów w dziejach polskiego jazzu. Nie przesadzam. Trudno się od tej melodii uwolnić. Nostalgiczny temat grany na saksofonie rozwija się bardzo powoli, w nieco sztywnym (jak na jazz) rytmie, podkreślanym przez miarowe uderzenia w głęboko brzmiący werbel. Pierwszą improwizację gra kontrabas, potem popis mądrej, powściągliwej wirtuozerii daje pianista; kiedy przychodzi czas na improwizację saksofonisty, tempo stopniowo przyśpiesza, a piosenka staje się coraz bardziej rozkołysana – ale też, dzięki perkusiście, gęsto i czule grającemu na talerzach, zyskuje niemal bajkową oprawę. Małe arcydzieło!".

Mnie pozostaje podsumować wywód. Po pierwsze, nie znajdziemy tu sugestywnych melodii ani tym bardziej spektakularnych rytmów. Cóż więc pozostaje i tak uwodzi? Koherencja. Słyszałem wiele zgranych formacji. Rzadko jednak ich atutem było tak absolutne współistnienie i zjednoczenie. Za przykład podam ulubione tytuły, gdzie zjawisko to występuje: "Kind of Blue" Milesa Davisa, "The Desmond Project" The John Basile Quartet, "I Don't Know This World Without Don Cherry" New York Jazz Collective, "Stargazer" Dave'a Douglasa, itd. Wszystkie wymienione i im podobne, jak i omawiany album The Coherence Quartet, wyróżnia właśnie niewiarygodna wewnętrzna spójność, przesądzająca o jakości materiału.

Po drugie, poczęte w kameralnych warunkach kompozycje cechuje nadzwyczajna intymność. Natomiast wysoka jakość nagrania powoduje, że każde współbrzmienie instrumentów, każde dopełnienie czy rozwinięcie wątku przez poszczególnych muzyków odbieramy w dwójnasób. W tę muzykę należy się wsłuchać, należy się nią zasłuchać, dopiero wówczas można ją w pełni zrozumieć, odczuć i docenić. Tak zacząłem tę prezentację. To nie jest płyta do niedbałego odtwarzania! I naprawdę przesłuchałem ją kilkadziesiąt razy i słuchać zamierzam nadal. [Po dwóch latach wraca do odtwarzacza i... wciąż czaruje.]

Po trzecie, częstokroć bywa, że na albumach znajdujemy jeden utwór wybitny, pozostałe zaś są jedynie jego cieniem. Co to oznacza w tym przypadku, skoro inicjująca materiał "Aga" jest tak znakomita, jak przekonuje Domagała? Otóż tylko i wyłącznie to, iż pięć kolejnych kompozycji jest równie znakomitych. Zwłaszcza "Chant 7", za którą odpowiadają saksofonista i kontrabasista i te właśnie instrumenty wiodą prym. Przypominam wszakże: to dzieło kwartetu, co słychać w każdym momencie.

Po czwarte, owszem, tempo jest nieśpieszne. Wszystko odbywa się spokojnie, w zrównoważony sposób, w ramach "melancholijnej estetyki modern-jazzu", jak to określił Dionizy Piątkowski. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu intensywności. Przecież to, co się dzieje w "Jerzmanowej", nie bez powodu zostaje skwitowane gromkim okrzykiem wykonawców: "Yeah!". Oni wiedzą i czują, co udało się im osiągnąć — ideał koherencji. Zapamiętanie. Absolut. A jednocześnie tak pięknie, tak pięknie grają! Niesamowite!

Sprawa ostatnia. "Sagaye" wydała prestiżowa wytwórnia Challenge Records. Po przeoczonym debiucie zespołu pt. "Coherence" (2013, Multikulti Projekt) ta decyzja była uzasadniona, zważywszy na reprezentowany przez grupę poziom. Niemniej chyba nijak nie przełożyła się na popularność. Nie dość, że Discogs, jak ma w zwyczaju, klasyfikuje tę pozycję jako "holenderski jazz", to jeszcze nikt tego tam w ogóle nie (d)ocenił; poza mną, oczywiście. Tymczasem to właśnie powinna być muzyka dla każdego. Jeśli bowiem nie ona, to jaka?

Jaka?


środa, 21 czerwca 2023

Przemek Dyakowski / Leszek Możdżer / Sławek Jaskułke - Melisa (2007)

Przemek Dyakowski, Leszek Możdżer, Sławek Jaskułke

Przemek Dyakowski – saksofony
Leszek Możdżer – fortepian w utworach 1, 3, 6, 8, 9
Sławek Jaskułke – fortepian w utworach 2, 4, 5, 7
Dominik Bukowski – wibrafon
Janusz Mackiewicz – kontrabas
Tomek Sowiński – perkusja
Irek Wojtczak – flet w utworze 3

Wydawca: Outside Music

"Melisa" (2007)

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Najprzyjemniejszy polski jazzowy album wszech czasów? Kandydatów wskazać można oczywiście wielu. Państwo na pewno mają własne preferencje i własnych faworytów. Przy okazji, proszę pod postem na FB wpisywać propozycje.

Ja tymczasem zgłaszam "Melisę" (2007) Przemka Dyakowskiego. Znajdziemy tu granie delikatne, stonowane, nieśpieszne. Jak muśnięcie płatków róży. Albo poświata neonów w spokojnej metropolii nocą. Księżyca. Świecy. Bądź niczym poranna rosa. Letni leniwy powiew. I szelest liści. Fascynująco. Porywająco. Kołysząco. Unosząco. Uwodząco.

Lecz granie niebanalne. Przesądzają o tym czynniki elementarne: wybitna pianistyka (Leszek Możdżer w pięciu utworach, Sławek Jaskułke w czterech) oraz wibrafonistyka (Dominik Bukowski), do tego aktywna i kreatywna sekcja rytmiczna (Janusz Mackiewicz na kontrabasie i Tomasz Sowiński na perkusji), wreszcie saksofony lidera rodem z lat 50. Jeszcze flet, incydentalnie (Irek Wojtczak). Utworów mamy dziewięć: jeden jest tradycyjny, po dwa napisali Dyakowski, Możdżer i Bukowski, jeden pochodzi z opery Feliksa Nowowiejskiego, za bonusowy zaś odpowiadają pospołu: nigeryjsko-polski poeta, muzyk i pedagog Larry Ok Ugwu, ponadto Dyakowski z Możdżerem.

Dla mnie ta pozycja była niezwykłym zaskoczeniem. Wcześniej słuchałem Przemek Dyakowski Take It Easy V: "Ach, to był szał..." z piosenkami Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza w wykonaniu Joanny Knitter. W porządku: miłe, lecz zbyt powszednie, mocno estradowe i przygoda, póki co, jednorazowa. Z kolei "Melisa" otulała mnie i osnuwała przez kilka tygodni. Do takiej muzyki się wraca — dla wytchnienia, relaksu. Działa niczym napar z melisy, czyli pomaga ukoić nerwy, uporać ze zdenerwowaniem czy stresem. Żadnych zbędnych popisów, niczego awangardowego. Prostota. Nastrój. Melodia. Powab. Kwintesencja przyjemności.

W tej opinii nie jestem odosobniony. Marek Dusza z pisma "Audio" przyznał najwyższą notę 5/5 w obu kategoriach: wykonanie i nagranie. Bo też materiał został znakomicie zarejestrowany. Do tego przyczynił się Możdżer i dlatego zapewne lider pozwolił mu zanucić na koniec, w "Larry, The Rebel of Love". To już jednak nie był najlepszy pomysł. Nawet ktoś go tam wyśmiał w trakcie (albo on sam siebie). Z tym że nadal przebywamy w krainie jakiejś baśni, stąd można mu wybaczyć. A i odbiorcom to wszystko bardzo się spodobało, o czym świadczy status tzw. złotej płyty w 2008.

Może zatem warto zainteresować się najnowszą pozycją w katalogu Allegro Records: Przemek Dyakowski Take It Easy VI: "Ludmiła", z repertuarem śp. Ludmiły Jakubczak? Zapowiedź brzmi zachęcająco: "Wykorzystując stylistykę swingową, czyli znak rozpoznawczy naszego zespołu, podjęliśmy próbę nadania kompozycjom Jerzego Abratowskiego, Hanny Skalskiej czy Władysława Szpilmana nieco innego koloru, zachowując jednak ogromny szacunek do oryginałów".


poniedziałek, 15 maja 2023

Piernik / Zabrodzki - Namanga (2008)

Zdzisław Piernik plays compositions of Piotr Zabrodzki

Zdzisław Piernik – tuba
Piotr Zabrodzki – fortepian, fortepian elektryczny, kontrabas, gitara basowa, organy, ambient
Hubert Zemler – perkusja, wibrafon
Wojciech Konrad – skrzypce

"Namanga" (2008)

Wydawca: Vivo Records

Autor tekstu: Marcin Kaleta


Co ma Piernik do zagrania?

Ha! Wywodzić można by bez końca. Zdzisław Piernik (ur. 1937; podaje się też 1942) jest jednym z najwybitniejszych na świecie wirtuozów tuby, interpretatorem muzyki klasycznej oraz współczesnej. Doceniali go najwięksi kompozytorzy i dedykowali mu własne dzieła, m.in. Krzysztof Penderecki "Capriccio per tuba" (1980) czy Witold Szalonek – oszałamiającą dwunastominutową "Piernikianę per tuba sola" (1977). To dzięki niemu w naszym kraju tuba wyemancypowała się jako instrument solowy.

Nie wiem, kiedy zaistniał w jazzie. Usłyszeć go można już na płycie Jana Ptaszyna Wróblewskiego pt. "Sprzedawcy glonów" (1973), wyróżniającej się chociażby doborowym składem (Szukalski, Muniak, Namysłowski, Stańko, Karolak, Makowicz, Bliziński, Trzaskowski, Nahorny, Seifert, Urbaniak, Suchanek, Bartkowiak, Stefański i kilku innych asów). Co istotne, tubista instrument spreparował i odtąd przeprowadza różnorodne eksperymenty sonorystyczne. Według muzykologa Tadeusza Kaczyńskiego ten na wskroś nowoczesny język składa się z dźwięków "przypominających chrapanie, warczenie, gwizdy, świergoty i piski, niekiedy tak wysokie, że aż trudno uwierzyć, iż można je wydobywać z instrumentu o tak niskim rejestrze".


Na bezdech artysta na pewno nie narzeka. Potrafi tak dopierniczyć, że dęby tańczą. Przekonać się o tym możemy, obcując z albumem "Namanga" (2008, Vivo Records), na którym wykonuje kompozycje Piotra Zabrodzkiego. Ten multiinstrumentalista odpowiada ponadto za fortepian, fortepian elektryczny, kontrabas, gitarę basową, organy i ambient. W co poniektórych momentach towarzyszą im Hubert Zemler na perkusji i wibrafonie oraz Wojciech Kondrat na skrzypcach.

Dziwna to pozycja, zaskakująca i pasjonująca. Awangarda. Na repertuar składa się piętnaście miniatur, trwających od minuty do dwóch i pół. Wyjątkami są "Na Wawelu" (5:28), wreszcie kończący wszystko "Emblema 47 Outro" (11:57). Jednak w tym ostatnim przypadku proszę uważać: po dwóch minutach nastaje zupełna cisza, utrzymuje się przez minut pięć i kiedy wydawać się może, że doszło do pomyłki, doświadczamy furii dźwięków, jakby przebudziło się jakieś dzikie zwierzę. O tym należy uprzedzić zawczasu! Obserwowałem reakcję ludzi, którzy niczego się nie spodziewali. Lecz i nadmienić trzeba, że to fragment wręcz genialny, niewiarygodny zarówno od strony wirtuozerskiej, jak i pod względem inwencji.

W ogóle Piernik dość często szokuje oszalałymi, rozbestwionymi partiami. Wyczytałem, że "jest nieugiętym zwolennikiem tuby jako instrumentu solowego". Przyznaję, wyczynia rzeczy niesłychane i bezkompromisowe. A przy okazji nie jest nudziarzem. Urozmaica występ na wszelkie sposoby. Bywa, że gra spokojnie, medytacyjnie, klimatycznie, liturgicznie. A w innych momentach bez żadnego problemu dotrzymuje tempa rockowym, punkowym czy nawet hard core'owym rytmom. W ogóle to misterium tubisty odbywa się na jakimś speedzie, acz kontrolowanym.

I jeszcze ta oprawa graficzna mizernie opisanej płyty: motywy kolejowe, lokomotywy i torowiska. Zagadka. W każdym razie recenzent, Filip Lech, stwierdził: "Tych dwóch muzyków stworzyło płytę niesamowitą, której nie było w Polsce od wielu lat" i którą "można spokojnie położyć na półce obok »Astigmatic«", oczywiście Komedy. Tym mniej zorientowanym (zawsze w czymś orientujemy się mniej bądź bardziej) tłumaczę, że według krytyków to najwybitniejsza pozycja w historii polskiego jazzu. Znowu zagadka: zasługiwałaby "Namanga" na miano arcydzieła?

***

Zdjąłem ją teraz z półki, by odświeżyć wrażenia. Są identyczne, jak półtora roku temu, kiedy powstawał powyższy tekst. Albo nawet mój podziw wzrósł. Odkładam, jednak tym razem w miejsce, gdzie przechowuję najcenniejsze zbiory.

poniedziałek, 8 maja 2023

Leszek Żądło - Miss B. (2018)

Leszek Żądło

Leszek Żądło – saksofony: sopranowy i tenorowy
Andrzej Cudzich – kontrabas
Janusz Stefański – perkusja

Miss B. (2018)

Wydawca: For Tune

Autor tekstu: Marcin Kaleta

"Ona po prostu kochała jazz."

***
Współczesny Orfeusz nie odbywa desperackich eskapad po zaświatach. Wie, że każda kończy się ostatecznym przejrzeniem. Objawia się natenczas grobowa głusza i bezlitosna nieobecność. Po tamtej stronie zatem nie znalazłby nikogo, „niczyich oczu ani ust” (Bolesław Leśmian). Zastałby wyłącznie ciemność, zaduch, zgniliznę, próchno i kurz, wilgoć i pleśń, z czego nie powstanie nikt, kto istniał wcześniej. I nawet już nie ubolewa „nad utratą ludzkich nadziei” (Czesław Miłosz).

Nie oznacza to jednak, iż wyzbył się miłości. Niezależnie, czy trwała zaledwie dni kilka, jak w filmie „Do zobaczenie, do jutra” (1960, reż. Janusz Morgenstern; z muzyką Krzysztofa Komedy), czy długie lata, jednakowo była, jest i pozostanie „największa” (św. Paweł). Opowiada o tym słowem, obrazem, śpiewem i/lub grą na instrumencie. Zawsze „sztuką – potrafił zdziałać cuda” (Karl Kerényi). Skoro śmierć uwieńczyła „dzieło spojrzenia”, czyni inne: „serca” (Rainer Maria Rilke), śmierci niepodległe. Czyli takie, które pozostaje wśród nas, a wraz z nim jego zakochani bohaterowie.

***

Wbrew pozorom, ikona polskiego kina, Barbara Kwiatkowska-Lass (1940-1995), nie miała życia usłanego różami. Pierwsze jej małżeństwo, z Romanem Polańskim, rozpadło się. Podobnie drugie, z Karlheinzem Böhmem. Dopiero związek z Leszkiem Żądło (ur. 1945) ją uszczęśliwił. Zamieszkali wspólnie w ówczesnej RFN (Niemcy Zachodnie). Wspomina Adam Baruch, krytyk muzyczny, który podobnie jak krakowski saksofonista w latach 60. opuścił ojczyznę z powodów politycznych:

„W latach 80. i pierwszej połowie 90. z moją rodziną (z żoną i córką) spędziliśmy wiele dni w tym niezwykłym domu pod Monachium, gdzie Leszek i Basia, wraz z gromadką pięknych psów, gościli nas zawsze z przyjaźnią, miłością, świetnym jedzeniem i znakomitym towarzystwem. Dzieliliśmy się naszą empatią, wrażliwością, zamiłowaniem do muzyki, filmów i oczywiście psów, spędzając czas na długich rozmowach, biesiadując przy winie do późna w nocy”.

Jednak mityczne czasy przepadły. Barbara osamotniła Leszka niczym Eurydyka swojego Orfeusza — z nagła. Opuściła na moment jego koncert, by wraz z koleżanką uczestniczyć w konkurencyjnym i tam doznała wylewu. Spoczywa w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, a jej nagrobek ozdabia pomnik Mariana Koniecznego.

Nazajutrz po pochówku, 6 kwietnia 1995 Leszek Żądło, za namową przyjaciół, wstąpił do nowohuckiego Studio Stebo, by wyznać jej to, co powtarza nadal: „Gdyby[ś] żyła, bylibyśmy na pewno w dalszym ciągu razem, dla mnie to był taki wieczny związek”. Towarzyszyli mu: Janusz Stefański (1946-2016) – wirtuoz perkusji, który współtworzył najwybitniejsze albumy w historii polskiego jazzu, oraz nowotarżanin Andrzej Cudzich (1960-2003) – uznawany za jednego z najwybitniejszych polskich kontrabasistów. „Incydentalne trio, ale legenda jazzu, nie tylko polskiego!”, jak stwierdza kierownictwo wytwórni For Tune, które pozyskało materiał i wydało w 2018 roku jako "miss b.", z podtytułem: "in memoriam Barbara Kwiatkowska-Lass". Dopiero i nareszcie! W innym kraju mogłoby to być wydarzenie na miarę ostatnich nagrań Coltrane'a. U nas wychynęło z zapomnienia, po czym (takie odnoszę wrażenie) znowu w zapomnienie popadło. A nie powinno.

Sześć kompozycji, cztery pierwsze Żądło, potem dwa standardy. Zaczyna się od „Song of a Nice Death” i słusznie prawi recenzent: „takiego poziomu autentycznych emocji nie znajdziecie Państwo w żadnym innym wykonaniu utworu o charakterze epitafium”. Potem tytułowa „Miss B.” – powstała jeszcze w 1977. Tak jak Komeda dedykował żonie wiekopomny „Crazy Girl”, tak również tutaj znajdziemy wyraz uwielbienia dla ukochanej partnerki. W kolejnych utworach mamy świadectwo mistrzowskiej improwizacji. Słychać, iż w grze lidera „najwięcej jest Sidneya Becheta i Coltrane’a”. Natomiast sekcja rytmiczna współtworzy to wybitne dzieło na równi z nim. Dla Niej. Dla Niego. Dla nich wszystkich, wespół. A teraz – także i dla nas.

Albowiem: „Uszła cało pieśń Orfeusza poufna, ezoteryczna, trwalsza niż róże śmiertelne” (Andrzej Pleśniewicz).

***

Natomiast większość bohaterów tej opowieści niestety już nie żyje.

 

piątek, 17 marca 2023

Grzegorz Lesiak Essence, Piotr Damasiewicz – On The Way (2022)

Grzegorz Lesiak Essence, Piotr Damasiewicz – On The Way (2022)

Piotr Damasiewicz — trąbka, harmonia, głos, instrumenty perkusyjne
Grzegorz Lesiak — gitara
Àlex Reviriego — kontrabas
Vasco Trilla — perkusja i instrumenty perkusyjne

"On The Way" (2022)

Wydawnictwo: L.A.S. Listening And Sounding

Tekst: Marcin Kaleta

Gdybyż zdarzało się to częściej! "To", czyli tzw. domówka. Inaczej: koncert w domu, konkretnie w rabczańskiej willi "Wiesław" Grzegorza Wernera. 6 czerwca 2022 zagrali tam: Piotr Damasiewicz — trąbka, harmonia, głos, instrumenty perkusyjne, Grzegorz Lesiak — gitara, Àlex Reviriego — kontrabas, Vasco Trilla — perkusja i instrumenty perkusyjne. Dwóch Polaków, dwóch Katalończyków.

Zaskoczenie, że taki kwartet w takim miejscu potrafi zgromadzić ponad czterdzieści osób. Było duszno i ciasno, niektórzy pozostali więc na balkonie. Może i nie wszystkich interesował występ, na pewno nie wszyscy gustowali w jazzie czy muzyce improwizowanej, niemniej wrażenie niezwykłości udzieliło się każdemu. Dopiero co mężczyźni donośnie opowiadali niezbyt zabawne kawały, a niezrażone tym kobiety śmiały się wniebogłosy. Lecz oto pojawili się muzycy i gdy zaistnieli w "subtelnym rezonansie", na widowni nastała "zgroza nagłych cisz", by przywołać Leśmiana.

Uczestniczyliśmy bowiem w prawdziwym misterium. Medytacji. Artyści przedłożyli dźwiękowy pejzaż. Tło, zamiast wyrazistych melodii czy rytmów. Klimat. Nabożeństwo nawet. W pewnym momencie zespół zaczął... jakby się modlić. Inkantacje Damasiewicza przydały całości rytualnego charakteru. Pierwotnie materiał miał zostać opracowany bez niego, w trio pod nazwą Essence. Jednak wcześniejsza współpraca w ramach rockowo-jazzowej formacji Tatvamasi przekonała Lesiaka, by zaprosić trębacza do udziału w nowym projekcie. Tym bardziej, że go szanuje, podziwia i wreszcie dlatego, że się zaprzyjaźnili. "Dzięki niemu nasza sztuka nabrała głębszego, duchowego wymiaru".

Na początku (4-8) czerwca ubiegłego roku objawili się w czterech miastach: Kraków, Rabka-Zdrój, Rzeszów, Lublin. Opowiada lider: "Materiał, który graliśmy podczas tych koncertów, klarował się naturalnie podczas grania. Wyłaniał się samoistnie. To, co zagraliśmy w Krakowie, było punktem wyjścia, a każdy kolejny występ dodawał nowych opowieści. Utworzył się swoisty program w postaci kompozycji wyimprowizowanych. Oczywiście co innego graliśmy na każdym z tych koncertów, natomiast w drodze tworzył się w naszych głowach zarys pewnej całości, którą można nazwać formą".

Dokumentujący przedsięwzięcie album "On the Way" (2022, L.A.S. Listening and Sounding) ukazał się niespełna pół roku później. Przed zapoznaniem się nie byłem doń przekonany. Uważałem, że w tym przypadku koncert — forma quasi-teatralna — ma przewagę nad najlepszymi nawet nagraniami. Moje obawy się nie potwierdziły. Repertuar zarejestrowany podczas 7. edycji lubelskiego festiwalu "Muzyka Ucha Trzeciego" ("The Third Ear Music") zachował sugestywność. I na pewno powinien okazać się atrakcyjny nie tylko dla odbiorców obytych w dokonaniach jazzowej awangardy ostatniego ćwierćwiecza, zwłaszcza europejskiej.

Już na początku Damasiewicz deklamuje manifest własnej inicjatywy koncertowo-wydawniczej, "L.A.S. listening and sounding". Kluczowy w tym przypadku wydaje się wers piąty: "Liberty and Synergy", czyli uwolnienie i synergia. Z jednej strony zatem, jak tłumaczy Lesiak: "[…] to nie jest jazz, tylko muzyka improwizowana. Brzmi współcześnie, szeroko, wielopłaszczyznowo i wielowymiarowo". Owszem, jak najbardziej rozchodzi się tutaj "o swobodną wypowiedź własnym językiem", ale z drugiej strony również "o wyczuwanie się wzajemne, intuicję i energię. O wzajemne inspirowanie się i opowiadanie nowych wspólnych historii". To, że ich spotkania odbywają się w trybie ustawicznego nawiązywania połączenia i poszukiwania synergii, zawiera się w samej nazwie formacji: Grzegorz Lesiak Essence_ Connecting To Piotr Damasiewicz.

Poważne wyzwanie artystyczne. Niełatwo też zaprezentować taką płytę. Całość posiada dość amorficzny charakter. Bardziej aniżeli muzyką wydaje się dźwiękonaśladowczym eventem. Spontaniczne i żywiołowe, ale okiełznane i nienatarczywe to granie. Wybrzmiewa intrygująco. I nie męczy nawet przy kilkakrotnym odsłuchu. W trakcie tegoż wyławiamy smaczki. Szczątkowa melodia gitary pod koniec utworu pierwszego. Zaśpiew i okrzyki wieńczące drugi. Z kolei trzeci nabiera wyrazu za sprawą mocarnego kontrabasu, wokół którego oplatają się pozostałe instrumenty. Wreszcie czwarty, najdłuższy, podtrzymuje aurę tajemnicy, która towarzyszy nam od początku.

Program L.A.S. zrealizowano tutaj wzorowo. Przez godzinę udziela się słuchaczom przeświadczenie o uczestniczeniu we wspólnej wyprawie. Jakbyśmy odwiedzili pozaziemską katedrę, uwidocznioną w animacji Bagińskiego / Dukaja. Albo Miasto Nieśmiertelnych z opowiadania Borgesa. Albo okolice Sierra Morena, po których oprowadzał hrabia Potocki w tej najwybitniejszej spośród powieści, jakie kiedykolwiek powstały. Bądź inne, tym podobne. W ten sposób również odczytuję tytuł albumu: jako pielgrzymowanie poprzez dźwięk w rewiry, które podpowiada wyobraźnia.

Prawdopodobnie już w kwietniu Lesiak, Damasiewicz, Reviriego, Trilla oraz dodatkowo Liba Villavecchia na saksofonie altowym powiodą nas dalej. Wydana zostanie "Skawa" (2023, L.A.S. Listening and Sounding).


Zobacz też: