To, co poniżej, jest tylko moją próbą. Może odległą od tego, co chcieli powiedzieć muzycy, może inną niż wyobraźnia innych słuchaczy. Ale słuchając, próbuję nazwać dźwięki i zamienić je w słowa. Inaczej się nie da.
Tadeusz Łuczejko - kompozycje, aranżacja, wykonanie i rejestracja
Goście specjalni: India Czajkowska - flet, instrumenty klawiszowe, wokal Tadeusz Sudnik - elektronika Wojciech Jachna - trąbka Mikołaj Trzaska - klarnet basowy Fragmenty swojej prozy czyta Andrzej Stasiuk
W niedawno wznowionej, w nowym tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej, świetnej powieści austriackiej autorki Marlen Haushofer zatytułowanej Ściana znajdujemy takie słowa:
„Dzisiaj nabrałam przekonania, że nigdy już nie spotkam żadnego człowieka.”
Aleksandra Kutrzepa - violin, vocal Barłomiej Garczyński - guitar Michał Studniarek - bass Robert Kutrzepa - drums
Featuring: Anna Gadt - vocal Mikołaj Trzaska - saxophone, bass clarinet
No One Knows Where... (2021)
Tekst: Maciej Nowotny
Z dużą niecierpliwością czekałem na trzeci już album kwartetu Aleksandry Kutrzepy. Zwróciła na siebie uwagę wielu słuchaczy, w tym moją, bardzo osobistym i oryginalnym podejściem do muzyki, którą tworzy. Duża na pewno w tym zasługa tego, że gra na skrzypcach, co w muzyce improwizowanej o jazzowej prowienencji nie jest przecież szczególnie częste, a ponadto operuje wokalem, bardzo charakterystycznym, który sprawia że brzmienia jej zespołu nie da się pomylić z żadnym innym. Towarzyszą jej, podobnie jak na ostatniej płycie, stali członkowie zespołu tj. Bartłomiej Garczyński na gitarze, Michał Studniarek na basie i Robert Kutrzepa na perkusji. Ten stały skład jest doprawdy świetnie zgrany, fantastycznie się rozumie, poziom wykonania na tej płycie jest doprawdy wyjątkowy, czysta przyjemność ze słuchania.
Ale nie to jest bynajmniej na tej płycie najważniejsze i nie to jest jej największym osiągnięciem. To co, przynajmniej na mnie, wywarło szczególne wrażenie to spójność tego materiału, od początku do końca przemyślana koncepcja, wcielona konsekwentnie w życie i to z sukcesem. Słuchając tej płyty ma się wrażenie obcowania z dojrzałym dziełem artystycznym na najwyższym poziomie. Kreacją. A nawet przekazem. Zanim podzielę się domysłami czego dotyczy ten przekaz, niech mi wolno będzie jeszcze dorzucić jedną pochwałę.
Do udziału w nagraniu tego krążka udało się bowiem liderce i członkom zespołu namówić dwie, nie waham się tego słowa użyć, gwiazdy. Mianowicie wokalistkę Annę Gadt i Mikołaja Trzaskę, który gra na saksofonie jak i klarnecie basowym. Większym jeszcze osiągnięciem niż namówienie ich do wspólnego nagrania jest to, że udało im się fantastycznie wkomponować tak w zespół jak i w klimat tego konkretnego projektu. W rezultacie gwiazdy nie dominują, nie brzmią jak element obcy, tylko jeszcze powiększają naszą ciekawość wobec tej muzyki.
Na koniec warto odpowiedzieć na pytanie o ducha tego nagrania. Wiele wyjaśnia tytuł płyty: "Nikt nie wie gdzie..." czy "dokąd". Różnie można to tłumaczyć, ale chodzi oczywiście o przestrzeń do improwizacji, o spontaniczność, o współtworzenie czegoś nieznanego. Bardzo często niestety takie projekty tylko w założeniach filozoficznych brzmią atrakcyjnie, ale słuchać się tego nie zawsze daje bez "potu, łez i krwi". Recenzenci piszą wtedy, że muzyka jest dla "bardziej wymagającego słuchacza". Tak nie jest na szczęście w tym przypadku. Płyta jest komunikatywna, świetnie pomyślana i zagrana, wciągająca od pierwszej nuty i trzymająca w napięciu aż do końca. Dużej klasy osiągnięcie na naszej (i nie tylko!) scenie muzyki improwizowanej. Brawo!
"No One Knows Where..." to trzeci album formacji Aleksandra Kutrzepa Quartet. Płyta zawiera sześć kompozycji autorstwa Aleksandry Kutrzepy i jest połączeniem jazzu awangardowego oraz muzyki współczesnej. Głównym motywem podczas tworzenia utworów była chęć odejścia od stałych form na rzecz otwartej improwizacji. Dla autorki muzyka to narzędzie do wyrażania swoich emocji, poszukiwania przestrzeni oraz próba opisania otaczającej rzeczywistości. Do współpracy podczas nagrań zespół zaprosił Annę Gadt oraz Mikołaja Trzaskę. Artyści ci dodatkowo podkreślają otwarty charakter płyty. Oficjalna premiera wydawnictwa będzie miała miejsce w dniu 30.06.2021.
Od 2015 roku Aleksandra Kutrzepa Quartet z powodzeniem realizuje swoją wizję nowoczesnego jazzu, nie bojąc się wychyleń zarówno w stronę awangardy jak i ludowych inspiracji. Świetne recenzje dwóch wydanych przez zespół albumów umacniają kwartet na rynku jazzowym zarówno w Polsce, jak i poza granicami kraju. Repertuar zespołu składa się z autorskich kompozycji łączących elementy współczesnego jazzu i free jazzu z muzyką ilustracyjną. Kwartet ma na swoim koncie ponad 100 koncertów w 9 krajach.
W maju 2018 roku ukazał się debiutancki album zespołu: "Impressions", który trafił w grudniu 2018 roku na listę Subiektywna Piatka - najlepsze albumy 2018: polskie debiuty wg Krzysztofa Komorka. W plebiscycie podsumowującym rok 2018 album "Impressions" zajął 4 miejsce w kategorii "Polska Jazzowa Płyta Roku" (Plebiscyt JazzPRESS oraz Radio JAZZ.fm). W październiku 2019 zespół wydał drugi album studyjny ,"Mermaid", który trafił na listę 10 najlepszych albumów jazzowych 2019 roku (ranking portalu Polska Płyta/Polska Muzyka). W plebiscycie podsumowującym 2019 rok, Aleksandra Kutrzepa znalazła się w pierwszej piątce w kategorii Polski Jazzowy Wykonawca Roku (ranking czytelników JazzPress oraz słuchaczy JazzFM). W tym samym roku Aleksandra Kutrzepa trafiła na listę 13 najlepszych skrzypków w Polsce według Jazz Forum.
Zespół Aleksandra Kutrzepa Quartet prowadzi aktywną działalność koncertową, a także bierze udział w licznych festiwalach. W grudniu 2018 r. zespół zagrał trasę koncertową w ramach "JazzBez Festival": Równe, Sumy, Charków, Kramatorsk, Mariupol, Kropiwnitski, Kijów, Lwów, Łuck, a w marcu 2020 r. "Mermaid Tour" - trasę koncertową obejmującą państwa: Słowację, Rumunię, Bośnię i Hercegowinę, Chorwację, Słowenię i Węgry. W marcu 2021 roku liderka zespołu została laureatką Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska". W kwietniu tego roku został także zarejestrowany trzeci album zespołu "No One Knows Where...". Gościnnie w nagraniach udział wzięli Anna Gadt oraz Mikołaj Trzaska.
Dokładnie pamiętam ten moment, gdy pierwszy raz usłyszałem utwór wykonywany przez grupę Shofar. Było to już parę ładnych lat temu, pewnego niezbyt udanego poranka po jakże wyczerpującej nocy. Wtem bliżej nieokreślona playlista na równie niekreślonej platformie streamingowej w przypływie nieokrzesanej inwencji (a ponoć maszyny takowej nie posiadają, ciekawa sprawa) wyrzuciła z siebie melodię, która nieraz gra w mojej głowie przy skrajnie różnych okolicznościach. Skromny tytuł - "Traditional Hasidic Melody III" - nijak nie oddaje magii tego utworu. I niech sobie niektórzy dalej kpią z mistyki jeśli tak pragną, ale uwierzcie mi, te dźwięki daleko wykraczają poza typowe przeżycia związane ze słuchaniem muzyki.
Wspomniane "Traditional Hasidic Melody III" pochodzi z albumu "Ha-Huncvot" (2013). Shofar światu dał się poznać jednak już debiutancką płytą zatytułowaną po prostu "Shofar", która była oparta w całości na nigunach Mosze Beregowskiego - tradycyjnych żydowskich pieśniach grupowych. Na marginesie wspomnieć należy, że kilkanaście lat później temu typowi pieśni równie wspaniałą płytę poświęcił zespół Bastarda ("Nigunim"). W międzyczasie trio współtworzone przez gitarzystę Raphaela Rogińskiego, perkusistę Macio Morettiego oraz saksofonistę Mikołaja Trzaskę wydało jeszcze dwie koncertówki - "Live at Powiększenie" (2014) oraz "Gold of Małkinia" (2015). W tym roku pojawiła się ich trzecia studyjna płyta - "Right Before It Started". Tytuł jakże znamienny, bo jak głosi całkiem prawdopodobna legenda, muzycy w studio spotkali się w przededniu koronawirusowego lockdownu.
Na "Right Before It Started" Shofar przemawia do nas dobrze znanym sobie językiem. Ich muzyka nadal inspirowana jest nigunami, które w twórczy sposób przefiltrowane są przez "jazzową" i rozimprowizowaną wrażliwość muzyków. Już przy bardzo pobieżnym przesłuchaniu płyty zwraca uwagę jej wyraziste brzmienie. Zasługa to nie tylko "pełnoprawnych" członków formacji, lecz również Pawła Krawczyka znanego z zespołu Hey i niejakiego DJ 600 Volta, którzy z pandemicznego przypadku "uwięzieni" zostali w studiu wraz z całym zespołem. Jak się jednak okazuje, z tzw. "przypadku" powstają od czasu do czasu bardzo ciekawe rzeczy.
Samą płytę otwiera kompozycja "Mevorah No. 24", która staje się przepięknym dowodem muzycznego porozumienia całej trójki. Znany z kaskadowych i agresywnych form solowych Trzaska jest w tym fragmencie opanowany i precyzyjnie prowadzi swoją partię. Na tle niepokojącej perkusji wybrzmiewa moim zdaniem najsilniejszy punkt zespołu - gitara Rogińskiego. Być może to złudzenie, jednak w jego grze odnaleźć można nieco tureckich wpływów, które wszak w jakiś sposób do "muzycznej" części tradycji żydowskiej przenikały. I choć utwory z płyty mocno nawiązują do mistyki, to tak samo blisko im do kontemplacyjnego nastroju, jak i tego… tanecznego. Tak naprawdę jednak nic w tym dziwnego, gdyż cadycy parający się pisaniem nigunów nie zawsze byli przesadnie muzycznie utalentowani, stąd też niejednokrotnie posiłkowali się oni lokalnymi, popularnymi utworami. Nie jest to oczywiście "przebojowość" wywołująca serię dzikich wygibasów na dancefloorze, lecz raczej pewnego rodzaju transowość skłaniająca do ruchu, która słyszalna jest chociażby w utworze "Baromether Gadol No. 97".
"Right Before It Started" to kolejna bardzo ciekawa propozycja zespołu Shofar. Artyści kontynuują tutaj w intrygujący sposób wątek pogodzenia tradycji żydowskiej z szeroko rozumianą muzyką improwizowaną. Ich brzmienie, choć w sposób delikatny i zdecydowanie nieradykalny, ewoluuje. Mam wrażenie, że tym razem jest ono nowocześniejsze i bardziej kliniczne niż na poprzednich płytach. Ja osobiście wolę akurat nieco bardziej swego rodzaju surowość poprzednich nagrań, lecz nie zmienia to faktu, że "Right Before It Started" to dzieło przemyślane, świadome i naprawdę bardzo wciągające.
Bilety: 18.03 do 31.03 - 12 zł 01.04.2021 do 6.04.2021 - 18 zł 07.04.2021 - 22 zł
Razem z Ośrodkiem Działań Artystycznych Firlej zapraszamy na wspólny koncert Mikołaja Trzaski z wrocławskim kwartetem Ślina. Transmisja tego niecodziennego spotkania za pośrednictwem strony Tajne Koncerty. Co trzeba zrobić? Zaloguj się do serwisu Tajne Koncerty, kup bilet, na podany adres e-mail dostaniesz bilet oraz informację do streamingu. Jeżeli mail nie dotrze, sprawdź folder spam, oferty, społeczność itd. W razie trudności zadzwoń do nas (71 714 23 80 lub napisz na nasze fb: tajne koncerty).
Mikołaj Trzaska
Saksofonista, klarnecista basowy, kompozytor muzyki filmowej, studiował sztuki piękne. Wyrósł na gruncie yassu - artystyczno-społecznego ruchu, który na przełomie lat 80. i 90. zbuntował się przeciw skostnieniu krajowego jazzowego środowiska. Trzaska był współzałożycielem najważniejszej formacji yassu - legendarnej Miłości oraz autorskiego Łoskotu. Choć impet yassu wygasł wiele lat temu, stał się członkiem wielkiej, światowej rodziny muzyków awangardowych, a także czołową postacią krajowej sceny improwizowanej. Po okresie yassowym, nagrał kilka skupionych i wyciszonych płyt z braćmi Oleś. Akompaniował także poetom - Świetlickiemu i Andruchowyczowi, tworzył projekty muzyczno-literackie z Andrzejem Stasiukiem.
Dziś jest liderem kwartetu klarnetowego IRCHA, międzynarodowego tria Volumen, Riverloam oraz kwartetu Inner Ear. Jest członkiem grupy Shofar - wykonującej zaangażowaną muzykę żydowską. Przede wszystkim jednak realizuje się na gruncie radykalnego jazzu, współpracując z tuzami światowej sceny swobodnej improwizacji, takimi jak: Peter Brötzmann, Joe McPhee, Ken Vandermark, Steve Swell, Peter Ole Jorgensen, Per-Ake Holmlander, Peter Friis Nielsen, Michael Zerang, Mark Sanders, Johnem Tchicai, Lester Bowie, Tomasz Stańko. Ostatnio stał się również uznanym kompozytorem muzyki filmowej, na stałe współpracuje m.in. z Wojciechem Smarzowskim. Stworzył muzykę do filmów: Dom Zły, Róża, Pod Mocnym Aniołem, Drogówka, Wołyń i Kler, Razem z żoną Aleksandrą prowadzi wydawnictwo Kilogram Records.
Ślina
Matylda Gerber - saksofony
Filip Zakrzewski - gitara
Mikołaj Nowicki - kontrabas, elektronika
Stanisław Olek - perkusja
Wrocławski kwartet grający muzykę improwizowaną, z podejściem nieskrępowanym żadnymi ramami gatunkowymi. Słuchacz znajdzie tu elementy ambientu, groove, jazz, psychodelę, a nawet post-punk czy drone. W 2019 roku zadebiutowali albumem "36’28", wydanym nakładem Kilogram Records. W 2021 roku wracają z kolejnym albumem - "42’00", który powstał z gościnnym udziałem Michała Skrzypczyńskiego na syntezatorach, a w kwietniu ukaże się nakładem wytwórni Gusstaff Records.
Andrzej Stasiuk - voice Mikołaj Trzaska - saxophones, clarinet, bass clarinet Raphael Rogiński - guitar Paweł Szpura - drums
Grochów Głosem
KILOGRAM 040
By Andrzej Nowak
"Grochów Głosem" to nie pierwsze już spotkanie Trzaski z szorstką, męską, w wielu momentach genialną prozą Andrzeja Stasiuka (ze zbioru opowiadań "Grochów" i jego felietonów prasowych), tym razem jednak obudowaną bardzo poważnym aparatem muzycznym. Stasiuk recytuje leniwym, chwilami niechlujnym, niestroniącym od kantów, ale jakże aktorskim głosem, a trzech zasłuchanych (niezasłuchanych) muzyków buduje… no właśnie, wcale nie tło. Buduje swobodną, luźną, ale całkowicie samodzielną narrację muzyczną. Niemal dwie godziny z opisywanym albumem jest zatem nie tylko niebywałą przygodą literacką, ale także świetnym, muzycznym przeżyciem. Być może każdy z tych elementów (tekst i muzyka) świetnie radziłby sobie osobno, ale to właśnie połączenie obu strumieni dźwięków powoduje, iż efekt pracy czwórki artystów godny jest wielokrotnego z nim obcowania. Aż dziwne, że na upublicznienie tej sesji literacko-muzycznej czekać musieliśmy osiem długich lat.
To, co szczególnie wartościowe na płycie, to utwory najdłuższe. Z jednej strony pozwalają fantastycznie wybrzmieć tekstowym potokom świadomości (oczywiście osadzonych w realiach świata tak, jak tylko to jest możliwe), z drugiej strony stwarzają mnóstwo wolnej przestrzeni dla muzyków, którzy biegli w improwizacji, dają wspaniały upust swoim temperamentom. Z oczywistych względów poniżej skupimy się głównie na muzycznych aspektach nagrania.
"W nocy patrzyłem w okno" buduje slajsowa, płynąca szerokim korytem gitara. Saksofon z zabrudzonym brzmieniem pojawia się jako drugi, a swing perkusyjnych szczoteczek jako ostatni. Czarny blues zdaje się rosnąć razem z tekstem Stasiuka. W części środkowej jest czas na prawdziwie free jazzową eksplozję saksofonu, a w części końcowej na przeszywające trzewia frazy klarnetu basowego, żyjące wraz z tekstem, który zdaje się być równie intensywny, jak sama muzyka. W warstwie literackiej najciekawszy wydaje się być tekst "Jaka to męka". Ponad 17-minutowa, chyba kluczowa. część "Grochowa Głosem" jest bystrze komentowana przez muzykę. Ta snuje się leniwie, stawia na mikro improwizacje akustycznej gitary i rzewnego, na poły semicko brzmiącego klarnetu.
I jeszcze kilka perełek z tej słowno-muzycznej epopei. "Co dzieje się z czasem, który minął", to prawdziwy, drogowy blues. "Tyle razy jechałem w stronę tego miasta" to z kolei zmysłowa ekspozycja klarnetu basowego. "Zimowy chłód w listopadzie" jest lekką, niemal frywolną narracją dźwiękową, która podpina się pod tekst o obozie koncentracyjnym. "Słyszał, ale nie słuchał" to prosta piosenka z akcją równie leniwą, jak wymuszona pamięć o zmarłych. "Ziąb na Manhattanie" z kolei to kolejna tekstowa petarda, którą zdobi jedynie improwizująca perkusja. "Staliśmy w martwym wnętrzu" opowiada (nie tylko) o piekarni. Tekstowi towarzyszą drobne, urywane fonie, niczym field recordings skradzione z realnej rzeczywistości. Wreszcie "Mamy tutaj domy z drewna" - chyba najbardziej przejmujący tekst Stasiuka, zdobiony narracją, która najpierw stawia na gitarowy chill-out, a potem snuje się temperamentnym, post-rockowym strumieniem, który narasta wraz z dramaturgią słowa.
Ken Vandermark - Bb clarinet & tenor saxophone Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones, bass clarinet Michał Górczyński - Bb clarinet, bass clarinet, contrabass clarinet
Totaal
KILOGRAM 037
By Andrzej Nowak
To intrygujące, dęte trio znamy już z bardzo udanej, debiutanckiej płyty "Open Containers". Ich drugie podejście zdaje się osiągać już "totaalnie" wysoki poziom. W przeciwieństwie do debiutu album bardziej uporządkowany dramaturgicznie, świetnie brzmiący i pokazujący jeszcze lepiej skomunikowanych wzajemnie muzyków. Dodatkowo mamy wrażenie, iż trio, które swą przygodę osadzało dotychczas bardziej w tradycji free jazzu, teraz coraz chętniej zapuszcza się w rejony swobodnej kameralistyki. Niewątpliwe duża w tym zasługa obytego w tego rodzaju świecie muzycznym Michała Górczyńskiego. Wskażmy najbardziej udane fragmenty "totaalnej" improwizacji (bez wątpienia w pewnym stopniu predefiniowanej).
Już samo otwarcie płyty daje szansę tezie recenzenta o rosnącym posmaku kameralistyki w improwizacjach Details In The Air. Łagodnie frazy, klarnety, saksofon i dużo powietrza pomiędzy dźwiękami. Opowieść przypomina spacer po coraz gęstszym lesie. Emocje zdają się rosnąć z każdą sekundą, a masywne klarnety pięknie śpiewają w bardzo wysokich rejestrach. Druga opowieść pełna jest egzystencjalnej trwogi, metafizycznego wręcz smutku - zbudowana z samych klarnetowych fraz, które świetnie się uzupełniają, a sami artyści wciąż potrafią nas czymś zaskakiwać. Równie zmysłowe jest samo zakończenie, które konstruują dronowe ekspozycje wszystkich instrumentów.
Piąta improwizacja tkana jest niemal z samych drobiazgów. Na poły rytmiczne szumy, mikro frazy pijanych dysz saksofonu i masywna baza klarnetu kontrabasowego - świetnie skomunikowana opowieść, po czasie pełna dynamicznych szczegółów. Szósta część kipi free jazzem, to informacja ważna dla tych, którzy na tej płycie szukają nade wszystko ognia. Wreszcie sam "totaalny" finał, który znów zdaje się startować z samego dna ciszy. Dźwięki, które rodzą się w bólach, tworząc mgławice szeleszczących fonii, szumów i głębokich oddechów, z których po kilku narracyjnych pętlach zaczynają wykluwać się zadziorne i całkiem dynamiczne frazy.
Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones, bass clarinet, voice, field recording, percussion
Nie Promised Land
SIT-565
By Andrzej Nowak
Zapraszamy na spotkanie z Mikołajem Trzaską, muzykiem, który nie wymaga specjalnych rekomendacji ani introdukcji na jakichkolwiek łamach, które choć trochę interesują się muzyką kreatywną, nawet bez zagłębiania się w niuanse gatunkowe czy stylistyczne. Wydawnictwo "Nie Promised Land" to absolutnie bezpretensjonalna, zwiewna, uroczo skonstruowana, solowa ekspozycja na kilka instrumentów dętych, małe perkusjonalia i mgławice ambientowej elektroniki, która snuje się w tle i mąci spokój narratora. Tak, narratora, albowiem Trzaska w dwóch utworach recytuje swoje proste, ale bardzo zgrabne, delikatnie metafizyczne teksty o… przyrodzie i próbach jej zrozumienia, czasami nie do końca skutecznych.
Pierwsza opowieść to dwa dęte wątki, skromny drumming i huczące knieje ambientu, siejącego niepokój i czerstwe emocje. W drugiej i trzeciej opowieści pojawia się tekst, który płynie wraz z muzyką, czasami wbrew muzyce. One man orchestra, która ma dużo do powiedzenia, dużo do zagrania, ale nie czuje wobec siebie i otoczenia jakiejkolwiek presji. Intrygujące słowa tej jakże specyficznej etno-psychotyki jednocześnie bawią, inspirują i nade wszystko pytają o ciąg dalszy, którego nie ma i nie będzie.
Gdy tekst milknie, powstaje dodatkowa przestrzeń, która zdaje się wzbudzać więcej emocji w tubach dętych przedmiotów codziennego użytku muzyka. Na koniec pojawia się także kilka akcentów elektroakustycznych, kolejny zalążek tego, co mogłoby się na tej płycie dokonać, ale na razie, w ciągu tych dziesięciu minut z okładem, jeszcze się nie dokonało. Będziemy wyjątkowo cierpliwie czekać na tak zwany dalszy ciąg.
The close cooperation between a film director and a cinematic music composer, which last for many years, is quite a common phenomenon in the Film industry, and of course has its long tradition in Polish cinema as well. Such famous couplings include Roman Polański - Krzysztof Komeda, Krzysztof Kieślowski - Zbigniew Preisner and of course also Wojciech Smarzowski - Mikołaj Trzaska. Trzaska wrote the music for all the films by Smarzowski ("Dom Zły", "Róża", "Drogówka", "Pod Mocnym Aniołem", "Wołyń" and "Kler"), except for his debut film ("Wesele").
Trzaska, one of the leaders of
Polish Free Jazz / Avant-Garde / Improvised Music scene, seems to find himself
at ease with writing music for films, which of course works quite differently
than his usual modus operandi on stage or in the studio, surrounded by other
improvisers. The magic that happens when Smarzowski's often harsh, shocking and
deeply troubling visual expressionism gets combined with Trzaska's music, and the
two fit together perfectly, as if created in one mind.
Trzaska, who plays saxophones
and clarinets, involved in creating this music the "usual suspects",
i.e. artists he worked with earlier, like clarinetist Paweł Szamburski, Danish
vibraphonist/drummer Peter Ole Jørgensen, multimedia Artist/musician Marek
Rogulski and The Sejny Theater Klezmer Orchestra. The album presents nine
original compositions, all by Trzaska, which last together for almost thirty
seven minutes, and served as a source of the incidental music incorporated
within the film.
As usual in the case of film
soundtracks released as stand alone albums the crucial test is if the music is
able to hold its ground on its own, without the presence of the visual element
being involved. Trzaska managed to achieve this with his previous cinematic
projects and he does not disappoint here as well. The album delivers a
coherent, quite diverse series of atmospheric/ambient pieces, which are a
fascinating journey, and the listener is able to create his own scenography and
plot on the fly or simple accept the music on a purely emotional plane.
Although not involved directly
with Jazz per se, the spirit of improvisation is an integral part of this
music, as appropriate for Trzaska and his usual sound environment. It takes a
while to enter this enigmatic world of sounds, but the more one listens to this
music the more addictive it becomes. I have but to agree with
Smarzowski (who writes so on the album's cover) that this album is very much
different from the film, which of course is pretty obvious, but the overall
effect of Trzaska's music is absolutely phenomenal on its own. I am grateful to be able to
call this great Artist a Friend!
This is an album by a trio of Polish Free Jazz/Improvised Music musicians: veteran saxophonist/clarinetist Mikołaj Trzaska and two younger but already established representatives of the genre, bassist Jacek Mazurkiewicz and drummer Paweł Szpura. The album presents six original compositions, all co-composed by the members of the trio.
The music is everything the listeners familiar with the Polish Improvised Music scene would expect: an excellent example of a trialogue between highly expressive and imaginative players, which demonstrates a high level of mutual respect and telepathic exchange of ideas, which makes the music sound as if it was carefully researched, in spite of the fact that it is completely spontaneous. There is a wonderful balance of responsibilities and role sharing between the musicians and ability to play together without overshadowing each other's contributions.
The music is excellently recorded, with perfectly isolated sound of each of the instruments, which enables the listener to hear absolutely every delicate nuance, even when Mazurkiewicz employs heavy electronic sounds in addition to the acoustic instruments.
The music varies in intensity and atmosphere, moving between delicate and soft passages and "wall of sound" vistas, being perfectly cohesive and focused at all times. In spite of the fact that this music offers no straightforward melody contents as such, it has a melodic streak of sorts, making the music accessible to a relatively wide circle of listeners, not necessarily originating only from within the Improvised Music circle.
Trzaska seems to be in a meditative mood on this album and his performances are tamer and more relaxed than usual, which is a real treat. He is apparently still developing his palette and able to surprise even his most devoted followers, like yours truly. But Mazurkiewicz and Szpura both contribute excellently as well, perhaps better than at any earlier recording.
Overall this is a beautiful piece of Improvised Music, which manages to be transformed into an experience worth listening to repeatedly, something that happens very rarely within the genre. This album is the first release on the new Plank-Tone Records label founded by Mazurkiewicz, and of course greetings and salutations are in order!
Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon, Pawilon oraz Studiu Aktorskim STA.
Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.
Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem. W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor. Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.
W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła. Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.
3.10, czwartek, Dragon Social Club
19.00 - otwarcie festiwalu, intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
4.10, piątek, Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, urodziny Dirka
5.10, sobota, Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)
6.10, niedziela, Studio Aktorskie STA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)
Adam Witkowski - guitars, synth
Wojciech Juchniewicz - bass
Krzysztof Topolski - drums, synth
with
Paweł Kulczyński - synth
Tomasz Ziętek - trumpet
DJ Paulo - turntable
Mikołaj Trzaska - bass clarinet
Maciej Bączyk - synth, looper
Outlines
THISISNOTARECORD 2018
By Piotr Wojdat
Poprzedni studyjny album zespołu Wolność został wypuszczony na światło dzienne przez wytwórnię Kilogram Records. Wydawać by się zatem mogło, że pod kuratelą Mikołaja Trzaski o rozgłos będzie dużo łatwiej, a potem to w ogóle będzie już z górki. Niestety, nadzieja prysła jak bańka mydlana. Gdańska grupa nie odniosła na tym polu znaczących sukcesów i nowa zeszłoroczna płyta zatytułowana "Outlines" niewiele w tej sytuacji zmienia. Z Wolnością jest taki problem, że, używając żargonu specjalistów od SEM i SEO, ich muzyka słabo się pozycjonuje. Nie jest skrojona pod gusta konkretnych grup odbiorców i nie wpasowuje się w wąskie szuflady stylistyczne.
Gdy słucham drugiego albumu Wolności, przypominam sobie o dokonaniach nowojorskich zespołów z końca lat 70. i początku kolejnej dekady, które wychodząc od punk rocka, zainspirowały się free jazzem, elektroniką i funkiem. I właśnie ten undergroundowy sznyt jest wyczuwalny w muzyce gdańskiej formacji od pierwszych taktów "Poollowers". Brudne brzmienie syntezatorów, tnące jak brzytwa dźwięki gitary elektrycznej oraz zdekonstruowany groove są obecne niemal przez cały czas trwania "Outlines".
Za muzykę zawartą na recenzowanej przeze mnie płycie odpowiedzialny jest Adam Witkowski, którego można kojarzyć z zespołu Nagrobki. Z perkusistą Krzysztofem Topolskim, znanym także jako Arszyn, (kto pamięta jego świetny duet z saksofonistą Tomaszem Dudą?) współpracuje też w projekcie Woda. Skład uzupełnia basista Wojtek Juchniewicz realizujący swoje pomysły w zespole Trupa Trupa.
W kilku utworach towarzyszą im goście. W najdłuższym na płycie "Thom Tom Tohome" i zamykającym "Raport w Founded" słyszymy charakterystyczne dźwięki klarnetu basowego Mikołaja Trzaski. Ukłonem w stronę fanów jazzu jest też udział trębacza Tomasza Ziętka w "Weather Trip". Najbardziej z całego zestawu przekonuje mnie jednak "Wełniacz", gdzie DJ Paulo znakomicie wpasowuje się w koncept z old schoolowymi skreczami na gramofonie.
Joe McPhee - soprano saxophone, pocket trumpet
Mikołaj Trzaska - alto saxophone
More Intimate Conversation
KILOGRAM 035
By Maciej Krawiec
Skromny, trwający nieco ponad pół godziny, album duetu Joe McPhee/Mikołaj Trzaska "More Intimate Conversation" stanowi kolejny już zapis spotkania tych muzyków – tym razem na Earshot Jazz Festival w Seattle w 2017 roku. Wcześniej nagrywali choćby w ramach kwartetu Magic czy w triu z Jayem Rosenem i tytuł płyty duetowej nawiązuje właśnie do albumu z Rosenem – tamten nazywał się "Intimate Conversation". Na omawianym tutaj krążku intymność muzycznego dialogu staje się więc jeszcze bardziej pogłębiona.
Choć doświadczenia wspólnej gry nie są niezbędne, by sceniczne spotkania improwizatorów powiodły się, to należy sądzić, że wzajemna znajomość Trzaski i McPhee artystycznie im zdecydowanie służy. Sprzyja ona temu, co przy wspólnym muzykowaniu, którego nie organizuje partytura czy choćby szkic scenariusza, jest niezbędne – otwarciu na partnera, wsłuchaniu w jego inwencję, uruchomieniu własnej wyobraźni.
"More Intimate Conversation" to kolejny przykład na mistrzostwo McPhee i Trzaski w uprawianiu takiej muzyki. W pełni wykorzystują oni wolnościowy potencjał, jaki oferuje improwizowana formuła grania: spontanicznie rozdzielają między siebie coraz to nowe role, błyskawicznie reagują na pomysły partnera, realizują imperatyw budowania treści z pojawiających się ad hoc składowych.
Rozległość ekspresji jest nieograniczona – słychać i brudne free, i ledwie naszkicowane tematy potencjalnych utworów, i przekomarzanie się, i harmonijne spotkania, i namiastki rytmu, i kameralne, skupione wyznania solo oraz w duecie. A pod wszystkimi tymi dźwiękowymi aktami kryją się emocje, bez których wyzwolone granie byłoby jedynie ćwiczeniem na sonorystyczne kompetencje.
Natomiast dla słuchacza taka płyta jak "More Intimate Conversation" to ćwiczenie na wrażliwość i abstrakcyjne myślenie. Bowiem swoboda muzyków, to jednocześnie swoboda słuchających – i znaleźć się wraz z artystami w przestrzeni pozbawionej przewidywalnych dróg i znaczeń, to wyzwanie, ale i jedyny w swoim rodzaju przywilej odbiorców improwizowanej sztuki.
Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones, bass clarinet Michał Górczyński - Bb clarinet, bass clarinet, contrabass clarinet Ken Vandermark - tenor saxophone, Bb clarinet
Open Containers
KILOGRAM 036
By Andrzej Nowak
Klarnetowo-saksofonowe spotkanie niemal na szczycie. Dwóch poważnych gentlemanów, Ken Vandermark i Mikołaj Trzaska, free jazzowe ikony średniego pokolenia, oraz młodszy, ale równie bezczelny artystycznie, w tym gronie być może jeszcze aspirant - Michał Górczyński. Nagranie tria, w trakcie którego przez palce i usta muzyków przewijają się cztery rodzaje klarnetów i trzy saksofonów. Moc wrażeń, kilka karkołomnych zwrotów akcji i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Sprawdźmy tę historię opowiedzianą w dziesięciu częściach, zweryfikujmy także, co sprawia, że formacja Detail In The Air nie jest tylko młodszą siostrą Reed Trio, ani tym bardziej tria Sonore.
Start wyznacza rzewna opowieść klarnetów i saksofonu, od pierwszej chwili wszakże intensywna, w pełni kolektywna, artystycznie demokratyczna. Muzycy brną w improwizację bardzo swobodnie, bez umownego podziału na solistę i akompaniatorów. Narracja w każdej niemal opowieści jest poddawana nieustannym zmianom, jakby muzycy w każdej sytuacji szukali jeszcze ciekawszego rozwiązania dramaturgicznego. Bagaż doświadczeń, ciężar odpowiedzialności za dźwięk i ulotność chwili – to płaszczyzny odniesienia dla wyczynów każdego z instrumentalistów.
Druga historia toczy się w klimatach delikatnie kameralistycznych. Skupienie, dbałość o szczegóły (Details!), brak free jazzowej brawury – to atrybuty nie tylko tego fragmentu "Open Containers". W tym tyglu improwizacyjnych kompetencji, w wielu momentach odnieść można wrażenie, że narrację ciągnie i kreatywnie kształtuje Górczyński. Być może jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki sprawiają, iż wnosi on do tria powiew czegoś w oczywisty sposób niejazzowego. Ogromny nadto szacunek budzi fakt, w jaki sposób muzyk ten panuje nad niełatwą sztuką kształtowania klarnetowych fraz.
W wielu momentach muzycy zdają się stać przy delikatnie skwierczącym amplifikatorze. Dodaje to nagraniu pikanterii, która recenzentowi kojarzyć się może nawet z "For Alto" Anthony’ego Braxtona. Z drugiej zaś strony, w momentach bardziej lirycznych ekspozycji małych klarnetów, lekko tępi efekt całości. W trzecim utworze trio serwuje nam małe, jakże surowe dźwięki, suche pasaże z wąskich gardeł saksofonów i grzmoty z samego dna klarnetu basowego. Szelest dysz i świst ustników, oto jak ptasia rozmowa nabiera free jazzowych rumieńców. W kolejnym odcinku, ponownie po wyjściu ze strefy ciszy, każdy z muzyków buduje samodzielny dron, który snuje się po podłodze niczym tłusty wąż w oczekiwaniu na bezbronną ofiarę.
Opowieści na płycie toczą się wartko, w niektórych z nich czuć rękę sprawnego cenzora, która czuwa nad tym, by ta akurat opowieść nie była przegadana, nie miała niepotrzebnych dłużyzn. To zdecydowanie sprzyja rosnącej ocenie całości nagrania. Nic bowiem tak nie niszczy nagrania, jak brak krytycznej oceny własnych dokonań. W ciele improwizacji jest to zaś szczególnie trudne. Tu, na tej płycie, muzycy radzą sobie z tym problemem doskonale.
W siódmej części jeden z klarnetów rwie się do wysokiego lotu. Szumy i pomruki, tańce na dyszach i szczypta przekomarzań. W kolejnej, jeden klarnet śpiewa, drugi prycha, a saksofon separatywnie łka. Potem instrumenty zwracają się ku sobie, stroszą pióra i wchodzą w zmysłowe interakcje. Dziewiąty odcinek ocieka smutkiem, niczym chór niewinnie potępionych, który błaga o niski wymiar kary. To być może najpiękniejszy moment tej płyty. W trakcie pieśni zamknięcia baryton tyczy szlak, klarnet tańczy wokół niego, coś zdaje się dudnić w tle. Finał pełen jest niepokoju, nerwowych ruchów i zgrzytania zębami. Wielogłos wielu instrumentów, jakby muzycy postanowili grać na nich wszystkich jednocześnie. Na ostatniej prostej muzycy łykają ciszę, zatapiają się w milczeniu, w skupieniu, wszak każdy klarnet smakuje semickim bólem.
Mikołaj Trzaska - alto saxophone, bass clarinet
Olie Brice - double bass
Mark Sanders - drums
Live At The Alchemia
KILOGRAM 034
By Andrzej Nowak
Jeśli pamięć recenzenta nie szwankuje, "Live At The Alchemia" to trzecia edycja fonograficzna polsko-angielskiego tria Riverloam. Dwa poprzednie spotkania miały miejsce na początku tej dekady (2011, 2012), dodatkowo na terytorium Zjednoczonego Królestwa. To najnowsze, zgodnie z tytułem, odbyło się w krakowskiej Alchemii latem ubiegłego roku. Przynosi sześć improwizowanych opowieści z tytułami, a trwa blisko 66 minut.
Od samego startu dociera do nas typowy dla Mikołaja Trzaski altowy zaśpiew, pełny wewnętrznej taneczności i dobrze rozumianej, dramaturgicznej frywolności. Para Brice & Sanders, także bez niespodzianki - czujna, dokładna, adekwatna gra bez zbędnych dźwięków, zwłaszcza ze strony perkusisty. Kontrabas Brice’a ma tembr skalnego niedźwiedzia. Narracja szyta jest zwartym, gęstym ściegiem. Dla wytrawnego słuchacza free jazzu – bez jakichkolwiek zaskoczeń, prawdziwy ocean szczęścia. Między 7 a 10 minutą za prawdziwy wytrysk endorfin u recenzenta odpowiedzialny jest Brice. Dzielnie towarzyszy mu Sanders. Na galopujący finał pięknie powraca Trzaska.
Drugą opowieść muzycy toczą niezwykle delikatnie, zmysłowo i w niedalekiej odległości od szumiącej ciszy, która sączy się z samego dna tuby saksofonu. Narracja Trzaski jest lekka jak pawie pióro, asysta Brytyjczyków filigranowa. Piękny smyk na gryfie, mały drumming, czyniony w taki sposób, by nie spłoszyć ducha kreacji. Rzewnie, melodycznie, medytacyjnie. W okolicach 7 minuty znów kontrabasista zdaje się kraść show partnerom. Czyni cuda pół barokowym tembrem. To trio i w ogniu, i w ciszy radzi sobie doskonale. Trzaska nuci semicką pieśń pod nosem, całuje ustnik, oddycha bezgłośnie (klarnet!). Wybrzmiewanie całej trójki znów gotuje długopis w ręce recenzenta.
Po sekundzie ciszy na dysku jakby ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Jeszcze bliżej ciszy, kamienne tablice pełne tajemniczych napisów oddychają swą semickością. Pieśń niemal mikrotonalna. Brice i Sanders znów stąpają na palcach, delikatnie krok za krokiem, stawiając kolejne stemple doskonałości. Trzaska wraca w okolicach 6 minuty, ma w ustach saksofon altowy i zaprasza wszystkich do tańca. Bierze narrację pod pachę i rusza w tango. Partnerzy jakby tylko na to czekali. Finałowa eskalacja kąsa urodą i poziomem determinacji każdego z muzyków.
Czwartą historię otwiera intro Trzaski. Chropowate, ale pełne wewnętrznej melodyjności. Klasyk gatunku, ze śpiewem na obrzeżach ustnika. Głos kontrabasu i perkusji, tym razem bardziej dosadny, ale znów perfekcyjnie adekwatny do zastanej sytuacji scenicznej. Narracja kroczy dostojnym krokiem, zdobi ją skromne solo Brice’a i talerzowa ekspozycja Sandersa. Mocny drive w oczekiwaniu na powrót altu. Nowy wątek w tej opowieści pełny jest zadumy, nostalgii, tanecznej zwiewności.
Przedostatni fragment koncertu otwierają wszyscy muzycy. Skaczący alt, gorący smyk, dosadnie na werblach i tomach. Brice i Sanders biegną na wysoką górę i doznają eksplozji. Trzaska świetnie komentuje, czai się z boku i ma tysiące uśmiechów na ustach. Po 4 minucie jakby przejmował stery tej narracji. Znów śpiewa, z radością goni ptaki po bezkresnym polu. Ekspozycja smakuje dobrą sonorystyką. Kanty, urywane frazy, zmiana goni zmianę. Tuż potem Sanders ma kilka chwil tylko dla siebie. Ogień! Powrót partnerów wyznacza szlak finałowego galopu. Tę wyśmienitą płytę kończy 6 minutowa koda, która sumuje wszystkie atuty koncertu. Kolorowe szumy w tubie altu, precyzja i dosadność kontrabasu i zrośniętej z nim pępowiną perkusji. Moc kreacji i siła ekspresji nie opuszczają muzyków także na ostatniej prostej.
Mikołaj Trzaska - saxophone
Seymour Wright - saxophone
12.9.16
OTOROKU DS105
By Andrzej Nowak
Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi, zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Tegoroczna nowość fonograficzna z naszym bohaterem w roli głównej to koncertowa rejestracja z londyńskiego klubu Cafe Oto. Co warto zaznaczyć, dostępna jest jedynie w plikach.
Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.
Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo że jest jednym utworem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam, gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły.
W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brötzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce swobodnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.
Wśród płyt, które w ostatnich miesiącach wydała Fundacja Słuchaj, dominuje muzyka spod znaku "free improvised". Sięgnięcie po wybrane albumy - choćby koncerty Liquid Trio oraz kwartetu Trevora Wattsa i Veryana Westona czy krążek zespołu Sundogs - daje obraz bogactwa, jakie taki rodzaj tworzenia może ze sobą nieść. Improwizacja, pozbawiona konwencjonalnych struktur i pozwalająca na pełnię wyrazu artysty, jest w stanie dostarczać niezwykłej palety muzycznych barw oraz zdarzeń niepowtarzalnych. Dzieje się tak, gdy artystę - poza opanowaniem instrumentu - cechują szczerość, otwartość i wyobraźnia.
Zaś gdy spotkają się dwaj tacy muzycy, niewiele trzeba, by powstała sztuka fascynująca, naszpikowana pomysłami i będąca ich ważną, niewerbalną rozmową. Stwierdzenie, że albumy duetów oferują wyjątkową intymność artystycznego dialogu, to truizm. Ale przekonywanie się o tym po raz wtóry dostarcza nie lada satysfakcji.
Kolejna płyta w katalogu Fundacji jest zapisem takiego właśnie spotkania. Na scenie klubu Jamboree w stolicy Katalonii przed dwoma laty stanęli: Mikołaj Trzaska grający na saksofonie altowym i klarnetach oraz perkusista z Barcelony Vasco Trilla. Album "Catapulta De Pols D’estrelles" - po katalońsku znaczy to "Gwiezdny pył katapulty" - to rejestracja owego koncertu, który ujęty został w siedem utworów. Składają się one na pełną emocji całość, gdzie spektrum nastrojów - od wyciszenia i zamyślenia po furię oraz swoiste muzyczne "opętanie" - jest bardzo szerokie.
Nie jest to w żadnej mierze album chaotyczny czy histeryczny, co można by kojarzyć z otwartą improwizacją. Przejścia przez emocje, brzmienia oraz motywy są władane wewnętrzną logiką, osobistym gustem artystów i dzięki temu odbiorca znajduje się w przestrzeniach nowych, ale nie obcych. Możemy bowiem u nich dosłyszeć, oprócz trudnych do sklasyfikowania wyrazów wolności, także echa folku, hardbopu, free jazzu czy nastrojowej muzyki filmowej; są tu na przykład wątki żydowskie czy brzmienia rollinsowskie, ale i aylerowskie. Zaś gdy za melodie biorą się improwizatorzy nie obawiający się szorstkości oraz brudnego dźwięku, to proste frazy czy namiastki rytmu nabierają głębi i osobistego wyrazu: wtedy przypominamy sobie, jak muzyka może wzruszać, łkać, być rozdzierająca czy na swój sposób... przepiękna. I nie potrzeba do tego przewidujących owe treści partytur.
Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu oraz tej najbardziej znanej, świetnej skądinąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik. Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.
Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, jest niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu.
Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Trzaska, Glawischnig, Oberleitner i Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.
Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości.
Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił. Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie. Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.
Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones
Rafał Mazur - acoustic bass guitar
Peter Ole Jørgensen - drums, percussion
Jellyspace
MW 964-1
By Andrzej Nowak
Trzydziesty marca 2017 roku, krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu. Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jørgensen na perkusji i perkusjonaliach, na gitarze basowej w miejsce Petera Friisa Nielsena - Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet "w miejsce" zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych.
Od pierwszego gwizdka ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromny bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu!
W grze Mazura także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to porównanie, które konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy.
Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow, free jazz w konwulsyjnym rozkwicie! W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji.
W czwartym melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejne wyżyny. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza. Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej.
Piąty numer to właśnie sekcja zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik - what a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy. Koncert tylko w ramach vinyl time, ale bez jednego zbędnego dźwięku. Brawo!