Angielski polityk i pisarz Thomas Moore, żyjący w XVI wieku, stworzył pojęcie Utopii, aby opisać krainę szczęśliwą, zamieszkaną przez ludzi idealnych i rządzoną przez najlepszych. W jego pismach Utopia była wyspą pływającą gdzieś na oceanie czyli znajdującą się nigdzie. Jednak jak zauważył Alfred Jarry w swojej słynnej sztuce teatralnej "Ubu Królem" właściwie "nigdzie" może równie dobrze oznaczać "w Polsce", bo to przecież kraj hen hen za górami i tam wszystko może się zdarzyć. Ale konkretnie - zapytajmy - gdzie w Polsce? Doprecyzujmy Moora i Jarreye'go geolokalizacje i umieśćmy pinezkę w Rzeszowie. Dlaczego tam, tego dowiedzą się Państwo w następnym akapicie.
"Syndyba" - tytył płyty - to wg informacji znalezionej na bandcampie "słowo wykrzykiwane przez mojego ówczesnego dwuletniego syna, Stanisława, jako wyraz nieokiełznanej radości i szczęścia. Jednocześnie dające uwolnienie emocji i ukojenie". Niestety z tej informacji nie dowiadujemy się o czyim synie mowa, bo przecież za nagranie muzyki na tej płycie odpowiedzialny jest duet: Miłosz Bazarnik grający na fortepianie i syntetyzatorze i Łukasz Giergiel na perkusji. Obu Panów miałem okazję słuchać już wiele lat temu na przykład przy okazji nagranej w kwintecie muzyki na albumie "New Market", którą pięknie zrecenzował mój niestety już nie piszący kolega Jędrek Janicki.
W historii jazzu zdarzają się momenty szczególne – koncerty, które w chwili wykonania są po prostu kolejnym wieczorem na scenie, lecz z upływem czasu zaczynają nabierać zupełnie innego znaczenia. Dopiero po latach okazuje się, że były spotkaniem muzyków, którzy reprezentowali różne pokolenia, odmienne doświadczenia i własne języki improwizacji, a jednak potrafili stworzyć wspólną przestrzeń brzmienia. Takie nagrania stają się czymś więcej niż dokumentem koncertu – są zapisem chwili, której nie da się powtórzyć.
Krzysztof Kuśmierek: Tenor Saxophone Patryk Rynkiewicz: Trumpet Patryk Matwiejczuk: Piano Flavio Gullotta: Double Bass Stanisław Aleksandrowicz: Drums
Anna Gadt: Voice (guest)
Album's title: "Trust"
Multikulti Project (2024)
Review author: Viačeslavas Gliožeris
There are albums and artists, where the listener from the very first few minutes already knows – they are from a high league. Poznań's band Unleashed Cooperation's second album “Trust” opener says it all – with its African rhythms and soulful brass tunes, “String Theory” sounds right like it comes from one of the leading London's "new jazz" scene collectives. Still, the song turns into a slightly melancholic piano piece with Tomasz Stańko-like soloing trumpet over it.
Aleksandra Tocka Asia Czajkowska Judyta Pisarczyk Karolina Błachnia Chór "Once Voice" Sławek Ostrowski Adam Tadel Owen Hart, Jr. Jakub Mizeracki Charles R. Lyles Jose Torres Michał Szkil Dorrey Lin Lyles Sylwester Ostrowski
Tytuł: "One Voice"
Wydawnictwo: Agora Muzyka (2024)
Tekst: Mateusz Chorążewicz
„One Voice” to album, który miał być efektownym połączeniem charyzmatycznego wokalu i jazzowego saksofonu, a w praktyce jest zbiorem dość przypadkowych nagrań pozbawionych wyraźnego sensu. Płyta zagrana jest poprawnie pod względem technicznym, lecz brakuje jej historii i autentycznego głosu. Zamiast naturalnego przepływu idei, słychać przede wszystkim próby grania „po amerykańsku”, które kończą się na powierzchownych naśladownictwach. Efekt jest taki, że muzyka niby ma groove, niby trzyma się określonych struktur, ale brakuje jej życia i świeżości.
For an alien like me, Olsztyn is associated with great summer blues nights - open air between red-brick gothic ruins. Can't remember if I ever heard any jazz artists or bands based in Olsztyn. So, when knowledgeable Google told me that guitarist Jakub Paulski, a leader of the „Free'Odde” band and author of the album of the same title, is a teacher at Olsztyn University, I expected to listen to something like … Robben Ford or Joe Bonamassa music. With catchy melodies, heavy rhythms, and prolonged guitar riffs, right in a place you expected them to happen...
Aleksander Wnuk, percussion & electronics Michał Lazar, electric guitar & electronics
album's title: Seeking Mother
Antenna Non Grata (2024) Review author: Viačeslavas Gliožeris
Composed or improvised music using a processed guitar isn't a new thing. Depending on where the listener comes from, some key figures are Robert Fripp (for rock fans) and Eivind Aarset (for listeners with a jazz background). Surreal Voyagers are the duo of guitarist Michał Lazar and percussionist Aleksander Wnuk, both playing the electronics as well, who continue that tradition.
I like the Polish label's Fundacja Słuchaj releases – guys there aren't afraid to make mistakes and often offer some more interesting and unexpected music from the country's jazz scene. “The President” is a good example, confirming the rule. A multi-national trio of young Polish pianist Kamil Piotrowicz and two Norwegians (trumpeter Erik Kimestad and drummer Simon Albertsen) plays fresh jazz without posing and with a brave and open vision.
Tomasz Białowolski - piano Paweł Palcowski - trumpet, flugelhorn Maciej Kitajewski - double bass Arek Skolik - drums
Tytuł płyty: "Jazz Night Vol.1"
Wydawca: Blues&Jazz Sławek Majewski
Tekst: Maciej Nowotny
Czym jest dla nas, słuchaczy, jazz? Muzyką – ale przecież nie wyłącznie nią. Towarzystwem ludzi dzielących tę samą pasję, częścią kultury, systemu przekonań, a nawet – jak mówił kiedyś aktor Stefan Friedmann, wspominając rolę jazzu w epoce Tyrmanda – czymś na kształt zastępczej religii. Kultem wolności, buntu i indywidualizmu. I zapewne wieloma jeszcze innymi rzeczami. A niekiedy, jak dzisiaj dla mnie – 9 czerwca 2025, w wyjątkowo chłodny, wietrzny i dżdżysty dzień, jak na tę porę roku – zasnuty także ciemnymi chmurami w życiu osobistym i zawodowym – po prostu muzyką, która leczy. Nie przypadkiem taki tytuł nosiła audycja, którą przez wiele lat prowadziłem w RadioJazz.FM (wspólnie z Pawłem Ziembą), w radiu, które właśnie, po wielu latach, w końcu czerwca zakończy swoją działalność.
Alan Balcerowski - flet poprzeczny, saksofon tenorowy i sopranowy Mikołaj Wienke - saksofon altowy i tenorowy Michał Gozdek - fortepian Antoni Olszewski - kontrabas Kamil Miszewski - perkusja
Debiut saksofonisty i flecisty Alana Balcerowskiego, będący zarazem debiutem większości spośród towarzyszących mu młodych muzyków, jest bez najmniejszej wątpliwości wspaniale zagrany. Tak, to bardzo dużo na tym łez padole i za to należą się młodym muzykom brawa. I nie jestem zapewne jedynym, który te brawa będzie bił, bo na okładce płyty można znaleźć takie oto słowa cenionego w kręgach jazzu tradycyjnego saksofonisty Macieja Sikały: "(...) klasa muzyków sprawia, że słucha się ich z dużą przyjemnością", czy skrzypka i kompozytora Krzesimira Dębskiego – gwiazdy polskiego jazzu sprzed kilku dekad – który nas zachęca do wysłuchania tej muzyki słowami: "jak to przyjemnie, gdy jest się nauczycielem-profesorem zdolnego, pracowitego, pojętnego i ambitnego studenta". Nawet znany krytyk-kolega Tomasz Tłuczkiewicz nie pożałował miłych słów, chociaż jakby jednak zawierających kropelkę dziegciu między "profesorskim" miodem, i tak krótko scharakteryzował tę muzykę: "Bardzo przyjemny jazz typu jazz".
Łukasz Ojdana – piano Maciej Garbowski – double bass Krzysztof Gradziuk – drums Pauli Lyytinen – tenor saxophone Samuel Blaser - trombone
album's title : "City of Gardens vol.2"
Music Corner Records (2024)
Review author: Viačeslavas Gliožeris
RGG besides of Marcin Wasilewski Trio is one of the most respectable Polish jazz piano trio of younger generation. Formed in 2001 by three then-students of the Jazz Institute at the Music Academy in Katowice, RGG soon became a significant act in domestic scene playing well-crafted compositions in a ECM-influenced chamber jazz key. For 2013 album “Szymanowski”, new pianist Lukasz Ojdana changes the founder one Przemysław Raminiak, in 2015 trio releases their first album on international label (O'Keh). At that period of time, trio's sound switches toward more free improvisation, still rooted very much to European chamber tradition.
Tadeusz Łuczejko - kompozycje, aranżacja, wykonanie i rejestracja
Goście specjalni: India Czajkowska - flet, instrumenty klawiszowe, wokal Tadeusz Sudnik - elektronika Wojciech Jachna - trąbka Mikołaj Trzaska - klarnet basowy Fragmenty swojej prozy czyta Andrzej Stasiuk
W niedawno wznowionej, w nowym tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej, świetnej powieści austriackiej autorki Marlen Haushofer zatytułowanej Ściana znajdujemy takie słowa:
„Dzisiaj nabrałam przekonania, że nigdy już nie spotkam żadnego człowieka.”
Twin brothers Bartłomiej (drummer) and Marcin (bassist) Oleś are with no doubt most respectable Polish rhythm section on international jazz scene. They played and recorded with such greats as David Murray, Ken Vandermark, Kenny Werner, Chris Speed and Eric Friedlander among many others. Their international experience (predominantly with US leading artists) gave them invaluable proficiency in different techniques and aesthetics, in fact almost every album with their participation is always a high quality product. Besides of that, brothers have large collection of own recordings (as duo and collaborating with many different musicians as well).
Hasse Poulsen – gitara, kompozycje Tomasz Dąbrowski – trąbka Fredrik Lundin – saksofon tenorowy
"Unknown Winter"
Wydawca: BMC Records (2024)
Tekst: Mateusz Chorążewicz
Unknown Winter, najnowszy album tria Poulsen / Lundin / Dąbrowski, to propozycja, która już na starcie budzi zainteresowanie swoim nietypowym podejściem do instrumentarium. Brak perkusji, odważny krok w świecie jazzu, nadaje tej płycie specyficznego charakteru, a muzyka rozwija się na pograniczu uporządkowanych form i swobodnych, skandynawskich przestrzeni.
Te dwa nagrania stanowią część większej serii dokumentującej archiwalne dokonania Poznańskiej Orkiestry Rozrywkowej PR i TV. Oprócz tych, które miałem okazję słuchać przy okazji pisaniu tego tekstu czyli "Dekodera" i "Magmy", przez specjalizujące się w publikacji nagrań archiwalnych wydawnictwo GAD Records wydane zostały też kolejne dwa zatytułowane "Wizjer" i "Butik". Wszystkie brzmią podobnie i dla takich słuchaczy jak ja była to sentymentalna podróż muzyczna, bo jako pacholęcie miałem okazję słuchać wielu z tych melodii granych w niezapomnianym Studio 2 programu 2 telewizji polskiej, a szczególnie w czasie festiwalów sopockich czy spotkań prowadzonych przez Zenona Laskowika i kabaret Tey.
Sama orkiestra kojarzona jest dzisiaj przede wszystkim z nazwiskiem Zbigniewa Górnego, ale dyrygentów było więcej - Stanisław Bartosik, Janusz Piątkowski, Piotr Kałużny i Bohdan Jarmułowicz - i wspólnie, dyrygując naprzemiennie, nadali brzmieniu tego zespołu tak atrakcyjny charakter. Stylistycznie odnajdujemy tu echa tak modnego w latach 70-tych ubiegłego wieku funku, soulu i oczywiście jazzu. Dodatkowym jazzowym smaczkiem jest obecność na tych nagraniach - na płycie zatytułowanej "Magma" - znanego kompozytora, aranżera i skrzypka jazzowego Krzesimira Dębskiego i myślę, że epizod współpracy z tą orkiestrą wart byłby wspomnienia przez przyszłych biografów tego niezwykle utalentowanego muzyka.
Podsumowując, muzyka pozostaje dość ciekawa mimo upływu lat, chociaż nie wszystkie utwory zestarzały się równie dobrze. Mimo wszystko miłośnicy tej epoki nie powinni żałować czasu poświęconego na powtórny odsłuch tego materiału. Powiem więcej, może im nawet przyjść do głowy myśl, że poziomu nagrywanej kiedyś popularnej muzyki rozrywkowej w ogóle nie da się porównać z obecnym, gdy odrobina sampli i mocny komputer niejednej miernocie daje iluzję, że jest Beethovenem albo chociaż Bucharachem.
Jarosław Marciszewski - gitary, wokal Sławek Draczyński- bas Kuba Świątek - perkusja, elektronika, wokal
gościnnie: Tomasz Gadecki - saksofony Adam Skorczewski - trąbka Aga Tre - wokal
Tytuł albumu: "ETR"
Wydawca: Zoharium (2024)
Tekst: Robert Kozubal
Wydany przez Zoharium, 4 kwietnia 2024, nagrany w grudniu 2021 w studio Radia Gdańsk w ramach festiwalu Metropolia Jest Okey
Przypadek zrządził, że albumu pod tytułem „ETR” słuchałem szwendając się po prześlicznym górnym Bergamo. Z pozoru nic obu nie łączy. Autorzy płyty, grupa Popsysze, to grające alternatywnego rocka trio z Trójmiasta założone w 2008, z pięcioma płytami na koncie. Żaden utwór z płyty nie odnosi się do Włoch, ani razu nie pada tam nazwa lombardzkiego miasta. W malowniczym, starym górnym Bergamo nie znajdziesz zaś najmniejszego śladu zespołu. A jednak właśnie tam, słuchając Popsyszy po grzbiecie krążyły ciarki, a muzyka porwała w podróż w czasie. Dlaczego?
Otóż „ETR” to koncert-nie koncert. Jest to występ na żywo w Radio Gdańsk, ale bez widzów. Zarejestrowany został w grudniu 2021 roku, w samym środku pandemii, kiedy z powodu obostrzeń imprezy masowe w większości krajów odwołano. Jednocześnie Bergamo, jak żadne inne miasto w Europie, odczuło śmiertelny oddech epidemii: dziennie z powodu zakażenia koronawirusem i wywołanych nim powikłań umierało tutaj nawet 200 osób, a zgonów było tak dużo, że miejscowe służby nie dawały sobie rady z kremacją ciał, wywożono więc część z nich pod osłoną nocy wojskowymi transportami. Film z takim transportem, nagrany komórką przez pewnego pracownika linii lotniczych, obiegł przecież cały świat.
Miałem go pod czaszką w Bergamo, gdy po krótkiej zapowiedzi na początku koncertu, Popsysze mozolnie wtoczyli swojego muzycznego, psychodelicznego wieloryba - repertuar rozpoczynający się utworem „Słońce”, z bardzo mi pasującej płyty „Kopalino”. Kompozycja skonstruowana jest na uciekających w wątki bliskowschodnie partiach gitarowych, wspartych filarami hipnotyzującego rytmu, na razie bez pomocy gościnnej sekcji dętej. Ten utwór to takie Popsysze sauté, a w dodatku instant. Gdzie więc wsparcie muzyków Tomka Gadeckiego na saksofonie, Adama Skorczewskiego na trąbce i wokalistki Agi Tre - spytacie? Słusznie, na szczęście horyzont instrumentalny poszerza się już w pierwszych taktach następnego utworu „W samo południe”, w którym pierwsze plany maluje barwny saksofon. Jednakże życie temu utworowi daje doskonale przemyślany i energicznie rockowo wykonany nurt sekcji rytmicznej – jest na tyle silny, że mimo bogatej instrumentalnej osnowy, to właśnie on gna ten utwór w przód. Kompozycje Popsyszy na płycie są w większości wartkie, estetycznie rockowe i choć miejscami zespół nurza się w improwizacji sięgającej garściami z jazzu, to jednak mają zwartą, czytelną, powtarzalną rockową budowę. Emocjonalnie „ETR” to perełka dla miłośników renesansu grania psychodelicznego z wykorzystaniem nowoczesnego instrumentarium. Długie repetycje i pulsujący transowy rytm porywają, wciągają, nie pozwalają przejść obojętnie obok tej muzyki. Wszystko tam dzieje się z użyciem rozciągniętych melodii, na tle których dęciaki rysują improwizowane wspaniałości. A wszędzie rytm, a wszędzie perkusja – dla mnie główny bohater tego albumu. Posłuchajcie jej w kompozycji „Atmosfera”: jak otacza muzyków, jak wije się między instrumentami, jak wprowadza słuchacza w stan uniesienia! Niejednoznaczne teksty zaś uzupełniają muzykę, są dla niej doskonałym obrazem. Słuchając „ETR” Popsyszy miałem wrażenie powrotu do brzmienia wielu zapomnianych polskich alternatywnych kapel rockowych z lat osiemdziesiątych, o których słuch zaginął – ale to mocno subiektywne odczucie i być może muzycy w ogóle nie mieli tego na celu.
Pandemia to dojmujące doświadczenie, jedno z nielicznych wspólnych dla zbiorowej pamięci: jak I i II wojny światowe, stan wojenny w 1981, 4 czerwca 1989, 11 września 2001, albo 10 kwietnia 2010. Podaję za Wikipedią: do 25 maja 2022 odnotowano ponad 529 mln przypadków zakażenia wirusem SARS-CoV-2 w 192 państwach i terytoriach. Z tej liczby jest blisko 23 mln aktywnych przypadków, ozdrowień ponad 499 mln przypadków oraz ponad 6,30 mln zgonów – niestety wśród nich są także bliskie mi osoby. Brzmi przygnębiająco i ponuro. Na szczęście ta sama pandemia stworzyła wiele wspaniałych, niezwykłych dzieł muzycznych. Artyści całego świata otrząsnąwszy się po pierwszym szoku tworzyli w zaciszu mieszkań i domów oraz korzystając z nowoczesnych technologii muzykę, która na zawsze będzie już nosić znak tamtego czasu, również koncert-nie koncert „ETR” zespołu Popsysze z zimy 2021, jako jeden z milionów dowodów na to, że wspólnie jesteśmy w stanie pokonać wszystkie trudności. Przypomina mi się teraz ksiądz Davide Rota, człowiek, który nieprzerwanie kierował ośrodkiem pomocy dla rodzin chorych w Bergamo i sam przeszedł ciężko objawowy Covid-19. Ojciec Rota dziś powiada: dzięki niemu nauczyłem się żyć lepiej, z entuzjazmem, jakby każdy z dni miał być moim ostatnim w życiu. Obyśmy umieli, tak jak on, uczyć się z własnych doświadczeń.
Dawno nie pisałem na Polish Jazz: mam więcej pracy, mniej zdrowia, ale przede wszystkim to, co się ostatnio dzieje w polskim jazzie spowodowało, że słuchałem każdego, lecz nie polskiego. Mówiąc w skrócie, w polskim dżezie dominują teraz dwa nurty: akademicko-szkolny i freejazowo-archaiczny, obu, przyznam się, mam po dziurki w nosie. Zatem wybrałem milczenie. Ale do czasu. No bo jednak jak coś w Polszcze nagrywa się, co jest z ducha odważne, choć trochę szalone, a jednocześnie świetnie zagrane, na światowym poziomie - czyli jak bywało to za najlepszych lat "polish jazz" - to jednak nie potrafię się opanować, aby nie chwycić za klawiaturę i tego nie odnotować.
Tym bardziej, że mój entuzjazm nie był w tym przypadku prawdopodobny. Bo debiutancka płyta kwartetu Pawła Krawca zatytułowana "Ofensywa" (z zupełnie innymi muzykami) jakoś wzbudziła we mnie więcej wątpliwości niż zachwytu. Dopiero po tekście, jaki na ten blog na temat tego krązka napisał Mateusz Chorążewicz- sam muzyk - zwróciłem baczniejszą uwagę na tę muzykę i wdzięczny jestem Mateuszowi, że tak uważnie i trafnie potrafił ocenić potencjał rozwojowy muzyki i talent lidera. Pozwolę sobie przytoczyć zdanie z tego tekstu: "Ofensywa" stanowi bez wątpienia wybitny debiut. Krawiec i jego zespół nie tylko udowadniają swoje rzemiosło, ale także świeżość i entuzjazm, z jakim mogą rewitalizować jazzowy kanon". Czas w pełni potwierdził ocenę Mateusza, a kolejna płyta z muzyką Pawła Krawca, tym razem nagrana w trio, potwierdza nie tylko to, że na naszej scenie pojawił się ciekawy debiutant, ale że mamy do czynienia z muzykiem o wyjątkowym talencie, wspaniałych umiejętnościach, który jest na jak najlepszej drodze do dołączenia do najlepszych jazzowych gitarzystów w naszym kraju.
Ponieważ dzisiaj nikt nie czyta długich tekstów pozwólcie, że krótko wymienię trzy powody, dla których ciężko mi się od tej muzyki oderwać:
- ta muzyka naprawdę zagrana jest z brawurą! Zaraża radością, przekazuje energię, sprawia, że jazz znów brzmi jakby dopiero co go wymyślono.
- mimo, że muzyka zagrana jest z entuzjazmem początkujących muzyków, to jej poziom techniczny jest doprawdy wspaniały. A dla takiego słuchacza jak ja - i wielu innych koneserów jazzowej tradycji - jest to warunek sine qua non chęci poświęcenia czasu na muzykę. Pod tym względem jazz dołączył do muzyki klasycznej - nie ma tu już miejsca na niedoskonałości warsztatu i nagrania. Czasy, gdy to było do zaakceptowania bezpowrotnie minęły.
- to, co trzyma mnie przy tej muzyce, poza wspaniałym brzmieniem, to stanowiący wyróżnik najlepszych płyt jazzowych fakt, że jest ona rezultatem geniuszu mającego swe źródło we współpracy. Oprócz bowiem charyzmatycznej gitary lidera, przywołującej na pamięć tak wspaniałe postacie jak John Scofield czy Julian Lage, mamy kapitalny kontrabas Jakuba Kozłowskiego i rewelacyjną perkusję Gabriela Antoniaka. Nie mamy tutaj zatem obgrywania gitary lidera, ale pełnokrwiste jazzowe trio, gdzie środek ciężkości jest położony na kolektywne tworzenie muzyki i improwizację.
A zatem jest świetnie! Tak, to prawda i z niecierpliwością będę czekał na ich kolejne płyty, zwłaszcza że muzyka choć już dziś wyśmienita, mogłaby być moim zdaniem jeszcze lepsza. Czego mi brakuje:
- w moim odczuciu muzyka tego trio mogłaby być jeszcze ciekawsza pod względem kompozycyjnym. To w ogóle jest ogromna przypadłość polskich muzyków jazzowych. Zapomnieli jak pisać nowoczesne, lecz oryginalne kompozycje, przy tym najlepiej "wpadające w ucho". Bez tego nie da się zrobić wielkiej kariery w światowym jazzie. Kto myśli inaczej, sam siebie oszukuje.
- muzyka trio jak i kwartetu Krawca jest sonorystycznie dość konserwatywna. Szczególnie dotyczyło to debiutanckiego krążka, bo na płycie trio słyszę o wiele więcej z fascynacji lidera gitarą bluesową czy rockową. Cudownie byłoby gdyby na jego kolejnej płycie było o więcej tej sonorystycznej różnorodności (czyli wykraczającej poza ściśle jazzowy idiom). Także bez tego elementu nie wróżę żadnemu polskiemu kombo międzynarodowej kariery.
Podsumowując, miałem olbrzymią przyjemność słuchać tej muzyki, dziękuję artystom, polecam czytelnikom bloga zapoznanie się z tą muzą, gratuluję wydawcy SJ Records jak i Jazz Forum, które włączyło się w promowanie płyty dodając ją jako krążek dla prenumeratorów tego magazynu. Odwaga się opłaciła i życzę, żeby dopisywała Pawłowi Krawcowi i jego partnerom przy tworzeniu nowej muzyki!
Rafał Kulczycki: fortepian kuchenny, zoom, mikrofalówka, ekspres do kawy, sałatka Jerzy Mazzoll: klarnet basowy, klarnet B nierdzewn
"Od kuchni"
wyd. Antenna Non Grata (2024)
Tekst: Szymon Stępnik
Mówi się, że Kind of Blue zostało zarejestrowane w ciągu jednego dnia, a Bitches Brew w ciągu zaledwie dwóch. Freddie Mercury napisał “Crazy Little Thing Called Love” leżąc w hotelu w wannie, a Elton John “Your Song” w 20 minut na kuchennym blacie. Czasem trzeba niewiele, by stworzyć wybitne dzieło, a wystarczy zarejestrować pierwotny pomysł, inspirację. Z takiego założenia wyszli Jerzy Mazzol i Rafał Kulczycki serwując nam intrygujący album “Od kuchni”.
Jak sama nazwa wskazuje, krążek został w całości zarejestrowany w kuchni któregoś z Panów (sądząc po tym, że to Rafał Kulczycki obsługiwał serwis do kawy i mikrofalówkę, miejsce należało chyba do niego). Poza muzyką słyszymy rozmowy, najczęściej dotyczące jakichś muzycznych poszukiwań. Czasem pojawiają się kobiety, które stanowią dla muzyków publiczność. Atmosfera jest luźna, żartobliwa. Słychać, że zgromadzenie dobrze czuje się w swoim towarzystwie.
Same utwory prezentują wysoki poziom, jak to w przypadku wszystkiego, co jest sygnowane nazwiskiem Mazzolla. Każda ścieżka jest inna i eksploruje zupełnie różne pomysły. Zdecydowanie najlepszą pozycją jest “Rondo”, które jest też najdłuższe na albumie.
Niestety, “Od kuchni” jest bardzo krótkie. Całość trwa zaledwie ok. 25 minut i pozostawia spory niedosyt. Mam wrażenie, że to swoiste “best of” przedmiotowej sesji nagraniowej, a słuchacz musi obyć się ze smakiem co do reszty. Wiele utworów mogłoby być fajnie rozwiniętych, podczas gdy na płycie urywają się w najciekawszych momentach.
Produkcja dźwiękowa również nie stoi na wysokim poziomie. Klarnet zdecydowanie wybija się ponad pianino, co momentami mocno irytuje. Z drugiej strony jest to niemal pół - amatorskie nagranie z miejsca, które nawet nie jest studiem muzycznym, także nie można posiadać wygórowanych oczekiwań.
“Od kuchni” to całkiem smaczne danie zaserwowane przez Mazzolla i Kulczyckiego. Nuty smakowe pojawiające się na albumie są intrygujące i różnorodne, choć momentami niektóre z nich zbyt bardzo górują nad innymi (wspomniane wyżej kwestie produkcyjne). Kiedy już spożyjemy go do końca, dochodzimy do wniosku, że mieliśmy do czynienia jedynie tylko z przystawką. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że panowie ugotują nam kiedyś jeszcze pełnoprawny album.
Bastien Still - conductor Luboš Soukup - sax (tenor/sopran) David Droúžka - guitar Vit Kristan - piano Thommy Andersson - acoustic bass Kamil Slezak - drums
Concept Art Orchestra Benny Brown - trumpet Gerhard Ornig - trumpet Stepanka Balcarova - trumpet, flugelhorn Stepan Janousek - trombone Richard Sanda - trombone Carlo Grandi - bass trombone
"Scandinavian Impressions"
wyd. Czech Radio (2024)
Tekst: Szymon Stępnik
“Zobaczyć świat w ziarenku piasku,
Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,
W godzinie - nieskończoność czasu.”
Powyższe słowa, pochodzące z wiersza Williama Blake’a pt. “Wróżby niewinności”, znalazły się w książeczce dołączonej do “Scandinavian Impressions” - intrygującej propozycji od Luboša Soukupa nagranej we współpracy z orkiestrą symfoniczną czeskiego radia. Tematem przewodnim jest podróż śladami niejakiego “Slava”, dorastającego w Skandynawii Słowianina, jego dojrzewania, nauki, marzeń i aspiracji, które miał w obcej krainie. Jest to więc album koncepcyjny, gdzie każdy utwór miał za zadanie przekazanie jakiejś historii.
Pierwsze chwile przywodzą na myśl jednak inne skojarzenia, niż obraz życia w Skandynawii. Słuchacz doświadcza bowiem muzyki typowo filmowej, która przypomina raczej odświeżone klasyki Duke’a Ellingtona, aniżeli typowy jazz. Jest w tym niewątpliwa zasługa epicko grającej orkiestry, która nadaje odpowiedniej dostojności i kunsztu. Gdyby ktoś próbował wmówić, że album jest reinterpretacją motywów z czasów Złotej Ery Hollywood, łatwo dałoby się nabrać.
Muzyka jednak zmienia w pewnym momencie oblicze i pojawia się więcej jazzu. Barwne pejzaże przerywane zostają solo perkusyjnymi (często opartymi tylko na brzmieniu talerzy) i lirycznie śpiewającą gitarę elektryczną. Utwory często zataczają pętlę, co tworzy poczucie spójności i dopracowania.
Niemal każdy utwór ma w sobie coś zaskakującego. Dla przykładu “Quainonecora” jest nieco bardziej stonowona, z intymnym solem saksofonowym w towarzystwie skrzypiec. Ta poezja jazzowa znów w pewnym momencie, poprzez dźwięk harfy, przerwana zostaje próbą “ufilmowienia” całości.
Nie wiem, czy taki był zamysł, ale longplay jest bardzo przesiąknięty “dwoistością”. Z jednej strony jest jazz, a z drugiej kompozycje filmowe. W obu tych aspektach Luboš Soukup i jego ekipa dają radę. Kompozycje są barwne oraz liryczne, a gdy pojawia się już miejsce na improwizacje, muzycy popisują się bardzo fajnymi patentami (jak choćby wspomniane talerze albo chromatyczne dialogi między klawiszami i gitarą w “I have seen”). Nie słychać jednak tej zamierzonej Skandynawii, co trochę psuje przyjęty konspekt całości.
Choć to Luboš Soukup jest liderem, rzadko wychodzi na pierwszy plan. Krążek jest dziełem kolektywu, gdzie każdy muzyk zna swoje miejsce. Artyści są zwarci, dokładni — czasem aż za bardzo. To nie jest Miles Davis, który niczym w Bitches Brew albo Kind of Blue przynosił do studia tylko zarys kompozycji i pozwalał podopiecznym na eksperymenty. Tutaj mamy czysty perfekcjonizm bez zbędnych dźwięków. Lekkim zaskoczeniem mogą być brawa na widowni, które uświadamiają słuchaczowi, że album jest nagraniem koncertowym, ponieważ trudno uwierzyć w tak bezbłędne granie.
Nie jestem pewien, czy udało się osiągnąć zamierzony cel i opowiedzieć muzyczną historię, którą Lubos Soukup przedstawił w książeczce dołączonej do wydawnictwa. Mam wrażenie, że koncept, o którym chciał opowiedzieć słuchaczom, gdzieś przepadł. Owszem, wczytując się w tytuły poszczególnych kompozycji oraz uważnie słuchając zmian nastrojów, pomysł wciąż może się bronić, aczkolwiek ginie to w przepychu całości. Giną też trochę skandynawskie klimaty. Niemniej jednak — staranność, harmoniczność, subtelność i perfekcjonizm muzyczny, to coś, czym “Scandinavian Impressions” może się szczycić. Płyta ponadto spodoba się nie tylko miłośnikom jazzu, ale też fanom muzyki filmowej — szczególnie tym, którzy uwielbiają stare, klasyczne ścieżki.
Skład: Asia Czajkowska – wokal, słowa, muzyka Jacek Cichocki – fortepian, muzyka Andrzej Frołow – fortepian, muzyka Bogdan Hołownia – fortepian, muzyka Tomasz Lewandowski – fortepian, muzyka Michał Maciudziński – fortepian, muzyka, słowa Igor Nowicki – fortepian, muzyka Mateusz Sobiechowski – fortepian, muzyka Bartek Staszkiewicz – fortepian, słowa, muzyka Sebastian Zawadzki – fortepian, muzyka, słowa Agnieszka Niezgoda – słowa Małgorzata Trzpil – słowa
"Pianissima" (2024)
Tekst: Mateusz Chorążewicz
Album "Pianissima" to projekt wyjątkowy, który powstawał przez ponad dekadę, dając słuchaczowi możliwość odkrywania toruńskiej sceny pianistycznej w kameralnym, intymnym wydaniu. Asia Czajkowska, wokalistka o ciepłym, lekko nostalgicznym głosie, łączy siły z dziewięcioma pianistami, tworząc zbiór delikatnych, nastrojowych duetów piano-wokal. Już sama koncepcja albumu – oparcie każdego utworu na duecie wokalno-fortepianowym – jest ciekawym rozwiązaniem, ale jeszcze bardziej intryguje zestawienie tak wielu różnych muzycznych osobowości.
Największym atutem płyty jest właśnie zróżnicowanie poszczególnych utworów, choć jest to zróżnicowanie bardzo subtelne. Każdy z pianistów wnosi swoje charakterystyczne brzmienie i podejście do kompozycji. Dla przykładu, Mateusz Sobiechowski wyróżnia się w utworze "Król słów" swoimi harmonicznymi rozwiązaniami, które od razu przywodzą na myśl jego styl. Chociaż ta różnorodność w stylu akompaniamentu mogłaby budzić obawy o brak spójności, to w przypadku "Pianissimy" działa to wręcz odwrotnie – album staje się przez to ciekawszy i bogatszy. Słuchacz ma możliwość przeżywania różnych emocji i nastrojów, które, mimo zmieniających się pianistów, wciąż spina w całość głęboki i refleksyjny głos Czajkowskiej.
Jednak nie wszystko na tej płycie wypada idealnie. Choć większość utworów została zaśpiewana w języku polskim, co samo w sobie jest miłym akcentem, jeden z nich, zupełnie niespodziewanie, pojawia się po angielsku. Wprowadza to pewien zamęt i niepotrzebnie wybija z nastroju stworzonego przez poprzednie kompozycje. Po kilkudziesięciu minutach subtelnej, polskojęzycznej liryki, nagła zmiana na angielski wydaje się zabiegiem nie do końca przemyślanym.
Pod względem emocji album jest niezwykle stonowany. "Pianissima" to propozycja pełna nostalgii, która zmusza słuchacza do refleksji i zanurzenia się w melancholijny nastrój. Znajdziemy tu stosunkowo niewiele dynamicznych momentów, które mogłyby wprawić nas w ruch – jest to muzyka głównie do kontemplacji, a nie do tańca. Subtelne, wyważone emocje dominują przez cały czas trwania albumu, co tworzy jednolity, spokojny klimat.
Na uwagę zasługuje również fakt wydania płyty bez szyldu żadnego wydawnictwa. Zabieganie na siłę o zainteresowanie wytwórni często jest pozbawione sensu – nie gwarantuje ani sukcesu artystycznego, ani komercyjnego. „Pianissima” jest dowodem, że opanowując podstawowe procesy formalne, album można wydać samodzielnie. Nie rzadko taniej i lepiej, zachowując przy tym pełną kontrolę nad procesem twórczym.
Podsumowując, "Pianissima" to album niezwykle ciekawy, zarówno pod względem konceptu, jak i wykonania. To płyta, której warto poświęcić czas, zwłaszcza jeśli poszukuje się muzyki refleksyjnej i subtelnej.