Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stępnik Szymon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stępnik Szymon. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Fantastic Swimmers - "ISNY"

Fantastic Swimmers

Julija Šaviel – organy (2-6, 8),
Viktar Siamaška – organy (1, 7, 9), melodie chóralne,
Kanstancin Jaśkoŭ – aranżacja,
chór „Huk Cišy” pod batutą Pawła Sapota

"ISNY"

wyd. 2026

Tekst: Szymon Stępnik


Zespół Fantastic Swimmers to awangardowa grupa jazzowa pochodząca z Białorusi, która za każdym razem tworzy zaskakujące nagrania i poszukuje nowych dźwięków. Jest to muzyka trudna, wymagająca skupienia i zdecydowanie niebędąca typowym „jazzem samochodowym” do umilania czasu w podróży. „ISNY” to moje drugie zetknięcie z tym zespołem. Pierwszym było wydawnictwo o nazwie „Bonaventura”, które zapamiętałem głównie ze względu na fenomenalną grę Piotra Dąbrowskiego na bębnach. Recenzowana płyta niewątpliwie trzyma poziom poprzedniczki, ale czuć tu pewne ograniczenie instrumentarium i brak perkusyjnych ozdobników, które tak bardzo spodobały mi się w poprzednim nagraniu.

piątek, 1 maja 2026

Cyryl Lewczuk - "Cactus Flower"

Cyryl Lewczuk

Cyryl Lewczuk – saksofon tenorowy
Jan Maciejowski – fortepian
Mateusz Lorenowicz – perkusja
Jan Dudek – kontrabas

Tytuł: "Cactus Flower" 

Wyd.: SJ Records (2025)

Tekst: Szymon Stępnik


Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o botanikę, jestem kompletnym ignorantem.

Gdyby nie album Cyryla Lewczuka “Cactus Flower”, pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że kaktus potrafi zakwitnąć. A jednak –  jego kwiaty bywają zaskakująco duże (często większe niż sam „pęd”) i pełne intensywnych kolorów: bieli, żółci, różu, czerwieni czy pomarańczu. “Cactus Flower” to także klasyczna komedia romantyczna z 1969 roku z brawurową rolą Ingrid Bergman, która – podobnie jak kwiat kaktusa –  z pozoru wydaje się chłodna i zdystansowana, a w rzeczywistości skrywa ogrom ciepła. Jak ten tytuł przekłada się na muzykę zawartą na najnowszym wydawnictwie zespołu Lewczuka?

piątek, 20 lutego 2026

Arek Czernysz Quartet - "Safe Space"

Arek Czernysz Quartet 

Arek Czernysz - accordion
Marcin Elszkowski - trumpet
Radek Łukaszewicz - double bass
Michał Szeligowski - drums

Tytuł płyty: "Safe Space" (2025)

Tekst: Szymon Stępnik

“- Panie sąsiedzie, dlaczego pański syn przestał brać lekcje gry na akordeonie?

- Lekarz mu zabronił...

- No tak, w końcu on też jest waszym sąsiadem.”

środa, 14 stycznia 2026

Scandinavian Art Ensemble w/ Tomasz Stańko - "The Copenhagen Session Vol. 2"

Scandinavian Art Ensemble w/ Tomasz Stańko

Johanna Elina Sulkunen: wokal
Tomasz Dąbrowski - trąbka
Snorri Sigurðarson - trąbka
Thomas Hass - saksofon
Martin Fabricius – wibrafon
Artur Tuźnik – pianino
Richard Andersson – kontrabas
Radek Wośko – perkusja
Tomasz Stańko – trąbka

Tytuł: "The Copenhagen Session Vol. 2"

Wydawca: April Records (2025)

tekst: Szymon Stępnik

(Zdanie Odrębne - Maciej Nowotny) Z Redaktorem Stępnikiem znamy sie od lat i łączy nas jazzowa przyjaźń. Wszakże jego recenzja tego albumu wprawiła mnie w osłupienie! Przy czym nie chodzi o to, że Szymonowi muzyka się NIE podoba. W naszej Redakcji zawsze trzymamy się bowiem zasady, że oceny muzyki redaktorów są formułowane niezależnie, a kolektyw szanuje różne punkty widzenia, nawet jeśli są one całkiem rozbieżne. Problem w tym, że zupełnie nie przemawia do mnie argumentacja. 

środa, 27 sierpnia 2025

Wiesław Pieregorólka - "Big Band Wiesława Pieregorólki"

Big Band Wiesława Pieregorólki

Henryk Miśkiewicz – as, ts
Wiesław Wysocki – as, cl
Janusz Muniak – ts
Paweł Dalach – ts, cl
Waldemar Kurpiński – bs
Tomasz Szukalski – ts
Joachim Ziebura – fl
Janusz Kania – tp, flh
Wacław Smoliński – tp, flh
Henryk Majewski – tp, flh
Mieczysław Pawelec – tp, flh
Robert Majewski – tp, flh
Dariusz Macioch – tb
Jerzy Wysocki – tb
Waldemar Wąchała – tb
Andrzej Życzyński – b-tb
Mariusz Bogdanowicz – b
Adam Buczek – dr (1-3, 6, 8)
Mirosław Żyta – dr (4, 5, 7)
Wojciech Karolak – p, org
Wiesław Pieregorólka – leader

Tytuł: "Big Band Wiesława Pieregorólki"

Wydawca: GAD Records (2025)

Tekst: Szymon Stępnik

W latach osiemdziesiątych Wiesław Pieregorólka, absolwent wydziału jazzu katowickiej Akademii Muzycznej i kompozytor wielkiego przeboju Andrzeja Zauchy „C’est La Vie – Paryż z pocztówki”, stworzył big band. Zaprosił do współpracy zarówno prawdziwych weteranów polskiej sceny jazzowej, jak i przedstawicieli młodszego pokolenia — w tym Wojciecha Karolaka, który napisał dla niego kilka utworów. Owocem ich współpracy był wydany w 1989 roku album “Big Band Pieregorólka”, który następnie doczekał się reedycji w roku 2025.

środa, 4 czerwca 2025

Organ Spot, Kajetan Galas – "Oitago"

Organ Spot, Kajetan Galas –  

Kajetan Galas – organy Hammonda
Szymon Mika – gitara
Grzegorz Masłowski – perkusja
Marcin Kaletka – saksofon

Tytuł: "Oitago"

Wydawca: Jazz Sound (2025)

Tekst: Szymon Stępnik

Organy Hammonda to instrument o specyficznym brzmieniu, które zrewolucjonizowało brzmienie muzyki nie tylko jazzowej, ale i rozrywkowej w ogóle. Kiedy Laurens Hammond konstruował je jako tańszą alternatywę dla organów kościelnych, nie spodziewał się, że kiedyś w przyszłości będą powstawać nawet muzea poświęcone temu wynalazkowi. Kajetan Galas to polski wirtuoz tego instrumentu, który ze swoim zespołem „Organ Spot” wydał płytę zatytułowaną „Oitago”.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Kulczycki / Mazzoll - Od kuchni (2024)

Kulczycki / Mazzoll

Rafał Kulczycki: fortepian kuchenny, zoom, mikrofalówka, ekspres do kawy, sałatka
Jerzy Mazzoll: klarnet basowy, klarnet B nierdzewn

"Od kuchni" 

wyd. Antenna Non Grata (2024)

Tekst: Szymon Stępnik

Mówi się, że Kind of Blue zostało zarejestrowane w ciągu jednego dnia, a Bitches Brew w ciągu zaledwie dwóch. Freddie Mercury napisał “Crazy Little Thing Called Love” leżąc w hotelu w wannie, a Elton John “Your Song” w 20 minut na kuchennym blacie. Czasem trzeba niewiele, by stworzyć wybitne dzieło, a wystarczy zarejestrować pierwotny pomysł, inspirację. Z takiego założenia wyszli Jerzy Mazzol i Rafał Kulczycki serwując nam intrygujący album “Od kuchni”.

Jak sama nazwa wskazuje, krążek został w całości zarejestrowany w kuchni któregoś z Panów (sądząc po tym, że to Rafał Kulczycki obsługiwał serwis do kawy i mikrofalówkę, miejsce należało chyba do niego). Poza muzyką słyszymy rozmowy, najczęściej dotyczące jakichś muzycznych poszukiwań. Czasem pojawiają się kobiety, które stanowią dla muzyków publiczność. Atmosfera jest luźna, żartobliwa. Słychać, że zgromadzenie dobrze czuje się w swoim towarzystwie.

Same utwory prezentują wysoki poziom, jak to w przypadku wszystkiego, co jest sygnowane nazwiskiem Mazzolla. Każda ścieżka jest inna i eksploruje zupełnie różne pomysły. Zdecydowanie najlepszą pozycją jest “Rondo”, które jest też najdłuższe na albumie.

Niestety, “Od kuchni” jest bardzo krótkie. Całość trwa zaledwie ok. 25 minut i pozostawia spory niedosyt. Mam wrażenie, że to swoiste “best of” przedmiotowej sesji nagraniowej, a słuchacz musi obyć się ze smakiem co do reszty. Wiele utworów mogłoby być fajnie rozwiniętych, podczas gdy na płycie urywają się w najciekawszych momentach.

Produkcja dźwiękowa również nie stoi na wysokim poziomie. Klarnet zdecydowanie wybija się ponad pianino, co momentami mocno irytuje. Z drugiej strony jest to niemal pół - amatorskie nagranie z miejsca, które nawet nie jest studiem muzycznym, także nie można posiadać wygórowanych oczekiwań.

“Od kuchni” to całkiem smaczne danie zaserwowane przez Mazzolla i Kulczyckiego. Nuty smakowe pojawiające się na albumie są intrygujące i różnorodne, choć momentami niektóre z nich zbyt bardzo górują nad innymi (wspomniane wyżej kwestie produkcyjne). Kiedy już spożyjemy go do końca, dochodzimy do wniosku, że mieliśmy do czynienia jedynie tylko z przystawką. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że panowie ugotują nam kiedyś jeszcze pełnoprawny album.


piątek, 4 października 2024

Luboš Soukup - "Scandinavian Impressions"

Luboš Soukup

Bastien Still - conductor
Luboš Soukup - sax (tenor/sopran)
David Droúžka - guitar
Vit Kristan - piano
Thommy Andersson - acoustic bass
Kamil Slezak - drums

Concept Art Orchestra
Benny Brown - trumpet
Gerhard Ornig - trumpet
Stepanka Balcarova - trumpet, flugelhorn
Stepan Janousek - trombone
Richard Sanda - trombone
Carlo Grandi - bass trombone

"Scandinavian Impressions" 

wyd. Czech Radio (2024)

Tekst: Szymon Stępnik

“Zobaczyć świat w ziarenku piasku,
Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,
W godzinie - nieskończoność czasu.”

Powyższe słowa, pochodzące z wiersza Williama Blake’a pt. “Wróżby niewinności”, znalazły się w książeczce dołączonej do “Scandinavian Impressions” - intrygującej propozycji od Luboša Soukupa nagranej we współpracy z orkiestrą symfoniczną czeskiego radia. Tematem przewodnim jest podróż śladami niejakiego “Slava”, dorastającego w Skandynawii Słowianina, jego dojrzewania, nauki, marzeń i aspiracji, które miał w obcej krainie. Jest to więc album koncepcyjny, gdzie każdy utwór miał za zadanie przekazanie jakiejś historii.

Pierwsze chwile przywodzą na myśl jednak inne skojarzenia, niż obraz życia w Skandynawii. Słuchacz doświadcza bowiem muzyki typowo filmowej, która przypomina raczej odświeżone klasyki Duke’a Ellingtona, aniżeli typowy jazz. Jest w tym niewątpliwa zasługa epicko grającej orkiestry, która nadaje odpowiedniej dostojności i kunsztu. Gdyby ktoś próbował wmówić, że album jest reinterpretacją motywów z czasów Złotej Ery Hollywood, łatwo dałoby się nabrać.

Muzyka jednak zmienia w pewnym momencie oblicze i pojawia się więcej jazzu. Barwne pejzaże przerywane zostają solo perkusyjnymi (często opartymi tylko na brzmieniu talerzy) i lirycznie śpiewającą gitarę elektryczną. Utwory często zataczają pętlę, co tworzy poczucie spójności i dopracowania.

Niemal każdy utwór ma w sobie coś zaskakującego. Dla przykładu “Quainonecora” jest nieco bardziej stonowona, z intymnym solem saksofonowym w towarzystwie skrzypiec. Ta poezja jazzowa znów w pewnym momencie, poprzez dźwięk harfy, przerwana zostaje próbą “ufilmowienia” całości.

Nie wiem, czy taki był zamysł, ale longplay jest bardzo przesiąknięty “dwoistością”. Z jednej strony jest jazz, a z drugiej kompozycje filmowe. W obu tych aspektach Luboš Soukup i jego ekipa dają radę. Kompozycje są barwne oraz liryczne, a gdy pojawia się już miejsce na improwizacje, muzycy popisują się bardzo fajnymi patentami (jak choćby wspomniane talerze albo chromatyczne dialogi między klawiszami i gitarą w “I have seen”). Nie słychać jednak tej zamierzonej Skandynawii, co trochę psuje przyjęty konspekt całości.

Choć to Luboš Soukup jest liderem, rzadko wychodzi na pierwszy plan. Krążek jest dziełem kolektywu, gdzie każdy muzyk zna swoje miejsce. Artyści są zwarci, dokładni — czasem aż za bardzo. To nie jest Miles Davis, który niczym w Bitches Brew albo Kind of Blue przynosił do studia tylko zarys kompozycji i pozwalał podopiecznym na eksperymenty. Tutaj mamy czysty perfekcjonizm bez zbędnych dźwięków. Lekkim zaskoczeniem mogą być brawa na widowni, które uświadamiają słuchaczowi, że album jest nagraniem koncertowym, ponieważ trudno uwierzyć w tak bezbłędne granie.

Nie jestem pewien, czy udało się osiągnąć zamierzony cel i opowiedzieć muzyczną historię, którą Lubos Soukup przedstawił w książeczce dołączonej do wydawnictwa. Mam wrażenie, że koncept, o którym chciał opowiedzieć słuchaczom, gdzieś przepadł. Owszem, wczytując się w tytuły poszczególnych kompozycji oraz uważnie słuchając zmian nastrojów, pomysł wciąż może się bronić, aczkolwiek ginie to w przepychu całości. Giną też trochę skandynawskie klimaty. Niemniej jednak — staranność, harmoniczność, subtelność i perfekcjonizm muzyczny, to coś, czym “Scandinavian Impressions” może się szczycić. Płyta ponadto spodoba się nie tylko miłośnikom jazzu, ale też fanom muzyki filmowej — szczególnie tym, którzy uwielbiają stare, klasyczne ścieżki.

środa, 4 września 2024

DEAE – „Lithium”

DEAE

Zofia Ilnicka - flute, alto flute, bass flute and synthesizer
Ola Rzepka - drums, keyboards and tape composition

„Lithium”

Wydawca: Kilogram Records (2024)

Tekst: Szymon Stępnik


Od zawsze miałem problem z muzyką eksperymentalną. Uważam, że trudno postawić granicę pomiędzy naprawdę dobrym, artystycznym dziełem, a grafomańskim wybrykiem będącym zwykłym przerostem formy nad treścią. Dopiero wnikliwie przesłuchanie całości i zrozumienie odpowiedniego kontekstu pozwala wynieść coś więcej i odróżnić udane twory kultury od tych złych. Nie ukrywam, że należę do osób, które bardziej cenią w muzyce rozwiązania harmoniczne i strukturalne, aniżeli eksperymenty same w sobie. Z drugiej jednak strony, recenzowanie takiej muzyki to swoista przygoda w której odkrywam w sobie kolejne pokłady wrażliwości na sztukę. Lithium od duetu „DEAE” taką pozycją niewątpliwie jest, a co więcej stanowi naprawdę udany, różnorodny longplay, który z czystym sumieniem mogę nazwać sztuką.

Inspiracją do stworzenia albumu była postać Hildegardy z Bingen, frankońskiej anachoretki, wizjonerki, mistyczki, kompozytorki, uzdrowicielki, reformatorki religijnej, benedyktynki. To wyjątkowo ciekawa persona, ponieważ była ona nie tylko jedną z pierwszych kompozytorek w historii muzyki chrześcijańskiej, ale też wsławiła się badaniami nad lecznictwem i medycyną. Zakładając, że jej postać symbolizuje siłę kreatywności i uzdrowienia, początkowo zaskakuje fakt wyboru nazwy krążka. „Lithium” to jedyny utwór stanowiący nawiązanie do piosenki Nirvany o tej samej nazwie, której pierwsze skojarzenie przywodzi jednak na myśl destrukcję oraz tragiczną śmiercią jej lidera. Wersja duetu Zofii Ilnickiej i Oli Rzepki wzbogacona jest jednak tekstem w którym poznajemy zastosowanie tego pierwiastka chemicznego – lit pomaga bowiem w leczeniu zachowań o charakterze samobójczym. Czy recenzowany płyta ma być więc takim uzdrowicielskim remedium dla słuchacza? Być może.

Jedną z przesłanek dla uznania jakości odsłuchiwanego dzieła - w kontekście muzyki improwizowanej (choć niejedyną i zdecydowanie nieprzesądzającą) - są osoby artystów. Jeżeli taka awangarda prezentowana jest przez profesjonalnych muzyków, podchodzę do niej ze zdecydowanie większym zaufaniem. Zofia Ilnicka jest absolwentką Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, a Ola Rzepka Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Kompozycji. Obie mają na koncie wiele intrygujących współprac i nagrań, więc obrana przez nie stylistyka jest niewątpliwie świadomą decyzją.

Pierwszy utwór Deus Enim („Dla Boga”) zapowiada ascetyczne klimaty średniowiecza, gdzie w tle słychać dźwięki przypominające… piłę. Już tutaj możemy docenić minimalizm i płynność w grze fletu. W pewnym momencie wchodzi perkusja nadająca free-jazzowego sznytu, który cudownie kontrastuje z powolną melodią. Po spokojnym początku, „O Nobilissima Viriditas” wprowadza odbiorcę w stan niepokoju, gdzie od szumów i dziwacznych harmonii melodycznych włosy same stają dęba.

„Item de Virginibus” („Rzecz o dziewicy”) to chyba mój ulubiony utwór na całej płycie. Właściwie jest tu tylko syntezator, ale motyw dźwiękowy przypomina pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Mam pewne skojarzenia ze ścieżką dźwiękową do gry „Deadly Premonition”, gdzie pojawiał się podobny motyw, kiedy główny bohater wchodził do skażonej i surrealistycznej starej posiadłości ziemskiej. Zaraz po nim następuje „Lithium”, który jednak lekko mnie zawiódł, gdyż spodziewałem się wyraźniejszych nawiązań do dzieła Kurta Cobaina. „O Virtus Sapiantae” („O Mądra Siło”) to najbardziej zaskakująca pozycja, ponieważ jest… normalna i nawiązuje do typowego surf-rocka. Choć jest świetna, zupełnie nie pasuje do całości, więc nie mam pojęcia, czemu dziewczyny umieściły ją na płycie.

W pozostałych kawałkach już nie sposób odnaleźć słabych punktów. Album zwieńczony jest cudownym „O Rubor Sanguinis” („O Czerwona Krwi”), którego motywem przewodnim są odgłosy przypominające bicie zegara. Cóż, typowe „memento mori”. Zdaje się, że nawet największa kreatywna siła twórcza kiedyś umrze, zatem korzystajmy z niej i twórzmy, póki tylko możemy.

Album „Lithium” od duetu DEAE to trudna muzyka, ale jakże inspirująca i introspektywna! Dawno dźwięki nie wywołały u mnie tak wielu różnych przemyśleń. Owszem, ma swoje wady, a oprócz wspomnianych powyżej, dorzuciłbym jeszcze stosunkowo niewielką ilość fletu Ilnickiej, który – gdy już się pojawia - kradnie całe show. Mimo tego, słuchanie Ilnickiej i Rzepki to wyjątkowe i ciekawe doświadczenie estetyczne. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest ono dla wszystkich. Jeżeli poświęcimy mu jednak chwilę uwagi, otrzymamy sporo w zamian.

wtorek, 13 sierpnia 2024

MIDI 4 - "Cats, dogs & dwarfs"

MIDI 4 

Malina Midera – piano, Hammond organ, flute
Szymon Kowalik – tenor saxophone
Alan Kapołka – drums
Szymon Zalewski – double bass

"Cats, dogs & dwarfs" 

wyd. Alpaka Records (2024)

Tekst: Szymon Stępnik

Ludzie dzielą się zasadniczo na dwie grupy — psiarzy i kociarzy. Koty są zdystansowane, magiczne i nieprzystępne. Chodzą własnymi ścieżkami, dając człowiekowi atencję tylko wtedy, kiedy uznają, że jest jej godny. Psy są z kolei przyjacielskie, wierne i słodkie. Nie sądzę, by istniał ktokolwiek na tym świecie, kto na pytanie “co wolisz? Psy, czy koty?”, odpowiedziałby: “żadne”. Nic więc dziwnego, że te miłe istoty kojarzą nam się z dzieciństwem oraz dobrymi wspomnieniami. W tę krainę zaprasza nas Malina Midera wraz z ekipą w najnowszym albumie MIDI 4 - Cats, dogs & dwarfs.

“Jest to soundtrack do bajek i historii dzięciecych”. Tak właśnie mówi zespół o swoim najnowszym dziele. “Krasnoludki” stanowią zaś jeszcze mocniejsze odwołanie do klimatów fantazji i wyobraźni. I rzeczywiście, coś w tym jest, bowiem w utworach można dostrzec dziecięcą radość i frywolność, a jednocześnie dużo dziwnych rozwiązań harmonicznych, bądź rytmicznych. Całościowo album jest mimo to zaskakująco przystępny i lekki w odbiorze.

Po części jest to zasługa różnorodności poszczególnych kompozycji. Muzycy mieli głowę pełną pomysłów, które zostały pięknie zrealizowane. Nie są to może koncepty - parafrazując Ferdka Kiepskiego - “które się fizjologom nie śniły”, ale należy się uznanie za nakład pracy włożony w przygotowanie poszczególnych ścieżek. Bez wątpienia muzycy chcieli, by każdy utwór opowiadał zupełnie inną historię.

Czasem pomysły te nie zawsze się jednak udawały. Midera jest znakomitą pianistką, ale jeszcze nie czuje się dobrze w graniu na pozostałych instrumentach. Być może to też kwestia produkcji, ale dźwięk fletu w utworze “Kormorany” momentalnie rozsadza uszy. Z kolei momenty, gdzie liderka gra na Organach Hammonda, są bardzo mało inspirujące i wręcz nużące.

Pochwalić należy za to grę Alana Kapołki. Chłopak łączy bardzo trudną sztukę freejazzu i trzymania rytmu. Jego gra jest bardzo plastyczna, żywiołowa, a jednocześnie niesamowicie równa. Brzmi tak, jakby miał metronom w głowie. Już w zespole “Ziemia” udowodnił zresztą swoje nieprzeciętne umiejętności.

Bardzo podobać może się również sama okładka stworzona przez Kornelię Nowak, która przywodzi na myśl dziecięce malowidła, ale w nieco bardziej estetycznej formie. Szczególnie urzekające jest to, że każdy z utworów ma przypisany swój rysunek. W mojej ocenie, warto jest nabyć więc fizyczne wydanie przedmiotowej płyty, bowiem dopiero wtedy słuchacz w pełni zanurzy się w koncept albumu.

“Cats, dogs & dwarfs” to całkiem udana pozycja, choć niepozbawiona pewnych mankamentów. Niemniej jednak uważam, że można przymknąć na nie oko. Nawet jeżeli utwory z użyciem fletu i organów Hammonda odstają od reszty, docenić należy kreatywność i lekkość z jaką obcuje się z tym longplayem. Bez wątpienia niejednego słuchacza przeniesie z powrotem do świata dziecięcych marzeń.

piątek, 12 lipca 2024

The Beat Freaks and Ralph Alessi — "Mechanics of Nature"

The Beat Freaks and Ralph Alessi 

Ralph Alessi — trąbka
Tomasz Licak — saksofon tenorowy
Michał Starkiewicz — gitara
Flavio Gullotta — kontrabas
Radek Wośko — perkusja

Wydawca: Jazz Generator (2024)

Tytuł płyty: "Mechanics of Nature"

Tekst: Szymon Stępnik

Spytano kiedyś Jima Morrisona, jak opisałby płytę The Doors o nazwie “L.A. Woman”. Odpowiedział wtedy jednym słowem - “blues”. Wydaje mi się, że w podobny sposób można byłoby opisać najnowsze wydawnictwo od “The Beat Freaks” zatytułowane ”Mechanics of Nature”, gdzie tym razem zaprosiło do współpracy gwiazdę ECM-u Ralpha Alessiego, z tą jednak różnicą, że nie jest to “blues”, ale najczystszy w swoim rodzaju “free jazz”.

Dość długo słuchacze musieli czekać na nowe wydawnictwo tej intrygującej grupy. Od ostatniego longplaya “Stay Calm” minęło już bowiem 5 lat, a w międzyczasie Flavio Gullotta zastąpił na kontrabasie Pawła Grzesiuka. Sam lider zaś, czyli Michał Starkiewicz, w międzyczasie wydał rewelacyjny album pod nazwą “Solaris” w 2021 roku. Muzycy nie chcieli jednak odcinać kuponów i powrócili z większą dojrzałością, świadomością i nieco bardziej wyselekcjonowanymi pomysłami, a samo zaproszenie Ralpha Alessiego okazało się strzałem w dziesiątkę. Ale po kolei.

Album jest swoistym krążkiem koncepcyjnym. Tematem przewodnim jest piękno natury, ale rozumiane bardziej jako zachwyt nad mechanizmami nią rządzącymi. Starkiewicz zresztą już we wspomnianym wcześniej “Solaris” dał upust swoim poszukiwaniom piękna i melodii w mechanikach rządzących światem. Mechanics of Nature traktować należy więc jako naturalną kontynuację tamtego tematu.

Kompozycje są jednak na tyle szalone, że trudno na pierwszy rzut ucha zrozumieć wspomniany wyżej konceptualizm. Tak naprawdę mamy tutaj free jazz w czystej postaci, gdzie muzycy kwestionują wszelkie dotychczasowe zdobycze teorii muzyki (a przynajmniej w kwestii rytmicznej). Zachowują jednak przy tym spójność i melodyjność, a w każdym utworze można usłyszeć pewną charakterystyczną cechę, którą jest wolne oraz długie brzmienie sekcji dętej w kontraście do szybkiej, gęstej i wręcz galopującej sekcji rytmicznej. Takie podejście do freejazzowego grania nie pozwala na nudę. Harmonie są powolne, grane jakby w zupełnie innym tempie, niż pędzący w tle rytm. Taki kontrast jest dla słuchacza w odbiorze czymś fenomenalnym.

Chemia, którą mają między sobą Tomasz Licak i Ralph Alessi jest nieziemska. Trochę obawiałem się, że trąbka i saksofon będą sobie przeszkadzać albo (o zgrozo) w sztampowy sposób czekać na swoją kolej przy solówce. Jest wręcz przeciwnie. Mamy tutaj do czynienia bardziej z dialogiem dwóch muzyków, niż banalną próbą ukazania swojej osoby w jak najlepszym świetle. Bardzo podobają mi się momenty, kiedy oba instrumenty grają te same dźwięki, ale dzięki pewnym subtelnościom (w tym w aspekcie długości trwania danej nuty), brzmią zupełnie inaczej. Słuchanie tego duetu to po prostu czysta przyjemność.

Oczywiście nie można zapominać o znakomitej sekcji rytmicznej, która gra niebanalnie, a jednocześnie mocno rytmicznie i spójnie. Flavio Gullotta i Radek Wośko odwalili kawał dobrej roboty. Paradoksalnie najmniej podobał mi się sam lider. Oczywiście jego technika jest na najwyższym poziomie, ale po prostu nie mogę zachwycić się brzmieniem jego gitary. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć inne odczucia, ale jasno brzmiące PAFy (tj. rodzaj przetworników gitarowych) strasznie irytują moje bębenki słuchowe.

Krążek “Mechanics of Nature” pokazuje jak wielkim artystą jest Ralph Alessi. To nie przypadek, że nagrywa albumy dla ECM-u. Świetnie operuje akcentami i posiada genialne wyczucie artykulacji. Może grać jednocześnie ostro i awangardowo, a z drugiej strony tworzyć piękne, nastrojowe pejzaże. Moim faworytem jest utwór “Elephant Song”, gdzie pierwotnie miałem wrażenie, iż słyszę jakieś stare nagranie Tomasza Stańko.

Nowe dzieło “The Beat Freaks” nie zawodzi. Pomimo tego, że jest stosunkowo długie, nie nudzi w żadnym momencie oraz intryguje swoją pomysłowością. Ralph Alessi znakomicie odnalazł się we współdzielonej roli solisty z Tomkiem Licakiem. Nawet jeżeli komuś nie do końca podchodzi gatunek free jazzu, “Mechanics of Nature” jest pozycją wyjątkową, której warto dać szanse. Wrażenia dźwiękowe, szczególnie z powodu boskiej sekcji dętej, są niewątpliwie warte poświęcenia chwili wolnego czasu na zapoznanie się z tego rodzaju muzyką.


piątek, 28 czerwca 2024

Audycja "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM - podsumowanie I półrocza 2024 z redaktorami bloga Polish Jazz!!!

 Już dzisiaj w Piątek 28.06 tym razem już od godz. 18:00 do 20:00 prowadzący Maciej Nowotny i Pawel Ziemba zapraszają do wysłuchana na antenie RadioJAZZ.FM na kolejne wydanie naszej Audycja "Muzyka, która leczy". Tym razem naszymi gośćmi będą redaktorzy recenzujący płyty polskich wykonawców jazzowych na blogu Polish Jazz: Agnieszka Gawrych, Robert Kozubal i Szymon Stępnik. Tematem naszej rozmowy, jak również prezentacji muzycznych, będą wybrane nagrania, które w okresie ostatnich sześciu miesięcy ukazały się na polskim rynku i wzbudziły zainteresowanie naszych gości. Jak zawsze trochę porozmawiamy i będzie dużo, dobrej, ciekawej i różnorodnej muzyki. Zapraszamy!!!




poniedziałek, 17 czerwca 2024

Paweł Lisiecki Quartet - "Bound to Happen"

Paweł Lisiecki Quartet 

Paweł Lisiecki – gitara
Łukasz Zgoda – saksofony
Rafał Krzywosz – bas
Dawid Pawlukanis – perkusja

wyd. PSJ Wrocław (2022)

Tytuł: "Bound to Happen" 

Tekst: Szymon Stępnik


„Bound to Happen” to debiutancka płyta zespołu Paweł Lisiecki Quartet, wydana w 2022 roku. Choć od jej premiery minęły już dwa lata, dopiero teraz mogłem zapoznać się z tą pozycją. Przyznam, że dość długo odkładałem jej słuchanie ze względu na inne premiery i zobowiązania, aczkolwiek – jak sam tytuł sugeruje – „co ma być, to będzie”. Longplay ostatecznie zagościł na moich głośnikach i wywołał niemały zachwyt.

Paweł Lisiecki jest raczej konserwatywnym gitarzystą jazzowym. Nie znajdziemy tu świeżego podejścia do grania tego rodzaju muzyki, a raczej sprawdzone patenty, które nie wykraczają poza znane już jazzowe ramy. Proszę jednak nie odczytywać tego jako zarzutu – nie każda płyta przecież musi zmieniać świat. Lisiecki porusza się wokół sprawdzonych, zbadanych już przez wielu artystów obszarów i nie powinno być w tym nic złego, jeżeli czuje się w takich klimatach dobrze.

A trzeba przyznać, że jest w tym w stu procentach autentyczny. Muzyka nie jest wymuszona, a wręcz przeciwnie – w każdej nucie słychać radość z gry i szczerość przekazu. Widać, że muzycy odznaczają się wielką pasją, a sam album dopracowano niemal do perfekcji. Osiągnięto tutaj rzadki kompromis pomiędzy perfekcjonizmem a impresją wynikającą z poczucia chwili.

Największą siłą są same kompozycje, których autorem jest w głównej mierze lider (poza „Everything / Nothing Changes” Łukasza Zgody). Ich różnorodność nie pozwala się nudzić, co jest raczej trudną sztuką w ramach konserwatywnego podejścia do jazzu. Podobać może się również fakt, że choć nie zawsze mamy do czynienia z klasycznym 4/4, utwory brzmią przyjemnie, melodyjnie i zapadają w pamięci już po pierwszym odsłuchu. Można byłoby mieć pretensje, że twórcy nie dają się ponieść większemu wirowi szaleństwa w obrębie danej ścieżki, ale z drugiej strony straciłyby one wtedy na klarowności swojego przekazu.

Mam niestety pewne zastrzeżenia co do brzmienia gitary Lisieckiego. Jestem oczywiście pod wrażeniem fraz i pomysłów, które udało mu się wdrożyć na płycie, ale nie jestem fanem przetworników jego instrumentu – zbyt mocno wrażliwych na artykulację. Tak szeroki zakres dynamiczny w obrębie danego taktu, gdzie każdy dźwięk znajduje się na różnym poziomie głośności, może czasem irytować.

Co do pozostałych muzyków oraz ich brzmienia, nie mam zastrzeżeń. Każdy pokazał się od jak najlepszej strony. Pawlukanis i Krzywosz stanowią solidną sekcję rytmiczną, która nie tylko stanowi tło dla solistów, ale wręcz czasami, po głębszym wsłuchaniu się, samoistnie wychodzi na pierwszy plan i tworzy piękne pejzaże. Oczywiście Lisiecki i Zgoda brylują swoimi melodiami oraz pomysłami na grę. Powinni stanowić wzór dla wielu muzyków, w jaki sposób grać jazz, aby nie był tylko zlepkiem chaotycznych dźwięków, a raczej przemyślanymi, intrygującymi kompozycjami.

„Bound to Happen” to płyta bezpieczna. Choć w większości przypadków uznałbym to za wadę, Lisiecki i jego ekipa udowadniają, że można grać konserwatywnie, ale z wielką pasją i pomysłem. Niemal każdy utwór jest inny, a skomponowane melodie intrygują i zapadają w pamięci już podczas pierwszego odsłuchu. Bardzo żałuję, że ten przyjemny longplay tak długo przeleżał na mojej półce wstydu. Mam nadzieję, że Paweł nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i już wkrótce usłyszymy od niego jakieś nowe propozycje.


piątek, 15 marca 2024

Atom String Quartet – "Universum"

Atom String Quartet 

Dawid Lubowicz – skrzypce
Mateusz Smoczyński – skrzypce
Krzysztof Lenczowski – wiolonczela
Michał Zaborski – altówka

"Universum"

Wydawnictwo: Warner Music (2024)

Tekst: Szymon Stępnik


Swego czasu Atom String Quartet byli moim ulubionym zespołem polskiej sceny muzycznej. Usłyszałem o nich po raz pierwszy w audycji Jana Ptaszyna Wróblewskiego w początkach mojej fascynacji jazzem. Pamiętam, jak musiałem przekonywać mojego tatę, który nie jest fanem tego typu dźwięków, by wybrał się ze mną na koncert w Filharmonii Częstochowskiej. Było to warte, ponieważ wieczór ten pamiętam do dziś. Poczułem, że dotykam sztuki, a muzyka urosła niemal do sfery sacrum. Był to okres, kiedy Atomowi wydali świetny album Places. Niestety, ich późniejsza kariera obfitowała w lekki zastój twórczy, ponieważ ostatnie wydawnictwa nawet nie umywały się do tego, co kwartet ten był w stanie nagrać na starcie kariery. Na szczęście Universum kładzie kres słabszej formie i staje się solidnym kandydatem do jazzowej płyty roku 2024.


Mam wrażenie, że nawet sami muzycy byli świadomi nie do końca udanych poprzednich nagrań. Trudno przecież nazwać reinterpretacje Seiferta i Pendereckiego czymś oryginalnym. Mocno przeciętne „Essence” tłumaczyło, czemu panowie tak niechętnie komponowali coś nowego. Kiedy przyszło zrobić kolejną płytę, któryś z nich chyba powiedział: „Basta! Tak dalej być nie może! Zróbmy w końcu coś świeżego, z czego będziemy dumni”. No i udało się. Universum to naprawdę nietuzinkowy i ociekający o wybitność krążek.

Album podzielony jest na cztery koncepcyjne części. Pierwsza, skomponowana przez Dawida Lubowicza, stanowi refleksję nad kosmiczną przestrzenią. Druga, autorstwa Krzysztofa Lenczowskiego, przenosi nas do świata baśni, gdzie możemy reflektować nad różnymi gatunkami motylów. W trzeciej, Mateusz Smoczyński zabiera nas na podróż po Warszawie, a longplay kończy suita o pasji, tańcu i miłości, której autorem jest Michał Zaborski.

Taki podział sprawia, że choć Universum jest stosunkowo długie, trudno się przy nim znudzić. Słychać, że każdy z kompozytorów miał konkretny pomysł i mógł dać upust swoim artystycznym ambicjom w przeznaczonym dla siebie segmencie. Łatwo przez to odczuć różnice pomiędzy podejściem poszczególnych członków zespołu, gdzie każdy odznacza się nieco inną wrażliwością. To wisienka (lub „truskawka”, jak to mawiał Tomasz Hajto) na torcie dla wszystkich długowiecznych fanów kwartetu – w tym mnie.

Smoczyński ze swoją wizją Warszawy odznacza się chyba największą wrażliwością. Nic dziwnego - to właśnie tam się urodził i studiował na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Nie zdziwiłbym się, gdyby niczym Sonny Rollins z saksofonem w czasach „The Bridge”, stał ze skrzypcami pod Mostem Poniatowskiego i tworzył kompozycje. Na przeciwległym biegunie jest Dawid Lubowicz, którego ścieżki są nieco bardziej zadziorne, efekciarskie – chyba najbardziej jazzowe spośród całej czwórki. Krzysztof Lenczowski jest z kolei najbardziej barwny i różnorodny (nieprzypadkowo jego segment nazywa się „Atlas Motyli”) i intryguje rozwiązaniami kompozycyjnymi. Część Michała Zaborskiego słusznie znalazła się na końcu, jako najbardziej elegancka oraz poważna. Jest jak kieliszek wytrawnego wina dodany do bardzo obfitego obiadu.

Biorąc pod uwagę powyższe, stwierdzić należy, iż na przestrzeni lat wszyscy z muzyków ewoluowali. Być może kompozycyjnie nie stanowią już tak zgranej paczki, jak kiedyś, aczkolwiek widać, że wzajemnie się inspirują i nakręcają. Nie wiem, czy utwory byłyby tak dobre, gdyby stanowiły części ich solowych albumów.

I oto całe „Universum”. Dzieło ocierające się o doskonałość, stanowiące jednocześnie wielki powrót Atom String Quartet. Przyznam szczerze, że kiedy płyta została przydzielona mi do zrecenzowania, bardzo się bałem. Nie chciałem, aby kolejna pozycja sygnowana nazwiskami ludzi, na których muzyce się wychowałem, mogła okazać się zawodem. Wolałem, aby naczelny fan instrumentów skrzypcowych w naszej redakcji, czyli Marcin Kaleta, mógł nakreślić mi jakiś ciekawe, inne spojrzenie. Na szczęście na obawach tylko się skończyło. Najnowsze dzieło najsłynniejszego kwartetu smyczkowego w Polsce to kunszt sam w sobie, którego słuchanie stanowi czystą przyjemność.

piątek, 1 marca 2024

Adam Bałdych / Leszek Możdżer - "Passacaglia"

Adam Bałdych / Leszek Możdżer

Adam Bałdych - violin, renaisance violin
Leszek Możdżer - piano 442HZ & 432 HZ, upright piano

Passacaglia

wyd. Imaginary Music (2024)

Teskt: Szymon Stępnik

Leszek Możdżer i Adam Bałdych wybitnymi muzykami są. Choć ten sparafrazowany cytat z „Ferdydurke” w kontekście Juliusza Słowackiego traktowany jest jako metafora bezkrytycznego podejścia do uznanych artystów, niewielu jednak zastanawiało się, co czuje osoba stawiana na piedestale sztuki. Od uznanego muzyka oczekuje się dużo, a presja fanów jest dodatkowym balastem z którym musi zmierzyć. Dodajmy do tego bogaty dorobek artystyczny wiążący się z setką skomponowanych i zagranych utworów, co nie pomaga w próbie stworzenia czegoś nowego. Sięgając po album „Passacaglia” nagrany przez przedmiotowy duet, towarzyszyło tylko jedno pytanie – czy panowie „dowieźli”?

Zanim jednak odpowiemy, warto zastanowić się, czym jest tytułowa „Passacaglia”. Oryginalnie nazwa ta pochodzi od hiszpańskich pieśni z towarzyszeniem gitary, które były wykonywane na ulicy. Od 1640 roku terminem tym określano taniec w metrum trójdzielnym, a w wieku XVII nazywano tak również krótkie utwory oparte na równomiernym rytmie i fakturze akordowej. Od pierwszej połowy wieku XVII, w operze weneckiej pojawiły się ponadto partie oparte na motywie ostinatowym (czyli powtarzającym się), które wykazywały związek z późniejszą, najbardziej znaną, naturą wariacyjną passacaglii.

Posiadając już ową wiedzę, łatwo jest zauważyć wyżej wymienione cechy podczas słuchania longplaya. Niemal każdy utwór cechuje się wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Często mamy też wrażenie powtarzających się motywów – coś a‘la jazz modalny w stylu Kind of Blue, ale nieco bardziej złożony i skomplikowany. Mimo wszystko, to nie nawiązanie do passacaglii stanowi tutaj główne danie.

Leszek Możdżer zastosował bardzo ciekawe rozwiązanie pokazując, że – co wydawać może się paradoksalne – w temacie brzmienia fortepianu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Do tej pory instrumenty te strojone były przez muzyków albo w częstotliwości 440 Hz albo (z rzadka) 432 Hz. Polski mistrz fortepianu jazzowego poszedł jednak o krok dalej i wykonał coś, czego do tej pory nie słyszałem w muzyce. Postanowił bowiem jednocześnie użyć dwóch fortepianów w dwóch opisanych strojeniach! Wydawać by się mogło, iż takie połączenie stworzy kakofonię i chaos, ale stało się wręcz przeciwnie. Połączenia są intrygujące i przyciągają uwagę słuchacza. Fałsz, którego można byłoby się spodziewać, jest niemal niesłyszalny. Niewątpliwie stwarza to ogromne problemy podczas organizacji koncertów (w tym konieczności zapewnienia dwóch fortepianów), ale cóż – sztuka wymaga przecież odpowiednich przygotowań.

Jeżeli chodzi o samą technikę gry, oczywiście jest najwyższym możliwym poziomie. Leszek w charakterystyczny sposób tworzy barwne pejzaże, uderzając w klawisze gęsto i precyzyjnie. Adam również brzmi wyśmienicie. Wspomnieć należy, iż korzystał nie tylko ze skrzypiec „współczesnych”, ale także tzw. „renesansowych”, które różnią się między innymi tym, że są strojone o septymę niżej, a brzmienie ich ociera się wiolonczelę. Co prawda nie są aż tak słyszalne, jak podwójny fortepian, lecz dodają płycie dodatkowego piękna. Adam nie popisuje się, gra powoli i dokładnie, a jego dźwięki zdają się być przemyślane.

Album ma właściwie tylko jedną wadę. Eksperymenty z łączeniem strojów 432 Hz i 440 Hz ograniczono niemal do minimum, przez co pojawiają się tylko gdzieniegdzie. Panowie nie zdecydowali się pójść za ciosem, by stworzyć kompozycje jeszcze bardziej odważne. Podobnie Adam również nie próbował eksperymentować z różnymi strojeniami w swoich instrumentach. Szkoda, bo mogłoby powstać dzieło naprawdę przełomowe. Z drugiej strony, dzięki zachowaniu pewnego szacunku dla harmonii, płyta jest naprawdę piękna i przystępna – nawet dla ludzi, którzy nie słuchają jazzu na co dzień. „Passacagalia” to naprawdę bardzo dobry album i najciekawsza propozycja zarówno Leszka Możdżera, jak i Adama Bałdycha od lat - szczególnie w przypadku tego pierwszego, który po nieco słabszym „Just Ignore It”, wraca w pełni glorii i chwały. Udowadnia, że jest nietuzinkowym pianistą, który wciąż nie wpadł w pułapkę własnej osoby oraz ma do zaproponowania ciekawe pomysły odnośnie instrumentu, o którym - zdawać by się mogło – powiedziano już wszystko. Adam Bałdych również nie pozostaje dłużny. Gra pięknie, zmysłowo, dając tym samym odpowiednią przestrzeń dla swojego partnera. Mając na uwadze powyższe, wniosek może być tylko jeden: ci dwaj, których nazwiska widnieją na krążku, pokazują, że nie bez powodu uważani są wirtuozów swoich instrumentów i cieszą się ogromnym szacunkiem na polskiej scenie.


piątek, 9 lutego 2024

Bastarda — Lilith Abi

Bastarda — "Lilith Abi" 

Katarina Aleksić — skrzypce, bęben basowy, wokal
Branislava Podrumac — wokal
Paweł Szamburski — klarnet
Tomasz Pokrzywiński — wiolonczela
Michał Górczyński — klarnet kontrabasowy

Wydawca: Audio Cave (2023)

Tekst: Szymon Stępnik 

Bastarda to jeden z moich ulubionych zespołów współczesnej polskiej sceny jazzowej. Cenię go w głównej mierze za koncepcyjne podejście do tworzenia albumów muzycznych. Każdy krążek miał na siebie pomysł i nawiązywał do różnych zjawisk kulturowych. Choć nie zawsze wpisywały się one w moje poczucie estetyki, nie sposób było nie docenić duchowości, oddania oraz pasji, z jaką zespół ten tworzył kolejne kompozycje. W przeciwieństwie do innych grupa ta zawsze była szczera w swoim przekazie i nigdy nie skalała się żadną nutą fałszu. Nie inaczej jest z najnowszym longplayem “Lilith Abi”.

Tym razem do współpracy zaproszono dwie serbskie artystki, Katarinę Aleksić (pomysłodawczyni projektu) oraz Branislavą Podrumac. Koncept skupia się na temacie kołysanek, gdzie każdy z utworów nawiązuje do tradycyjnej kołysanki danego regionu — od Ukrainy i Polski, poprzez Armenię, Japonię, Serbię i kulturę aztecką. Pomysł ten narodził się w związku z zainteresowaniem Katriny dotyczącym tzw. “muzyki pierwotnej”, a także jej osobistymi doświadczeniami z bycia matką swego pierworodnego dziecka. Jak sama mówi, “śpiewanie kołysanek płaczącemu niemowlęciu dawało komfort i siłę, a im dłużej śpiewałam, tym bardziej wpadałam w swego rodzaju trans.”

Dokładnie takie są też poszczególne piosenki — bardzo oniryczne, wprawiające słuchacza w zadumę. Trzeba przy tym zauważyć, że dźwięki są bardzo zniuansowane. Artykulacja odgrywa wyjątkowo dużą rolę i z pewnością nie jest to, jakby to określił redaktor Piotr Ban, jazz samochodowy. Aby docenić jakość nowego dzieła Bastardy, należy obcować z nim w ciszy i skupieniu. W przeciwnym wypadku można wiele stracić, a samo “Lilith Abi” wyda się nagraniem na jedno kopyto.

Kwintesencją jest wspaniały, trójstronny dialog między skrzypcami, klarnetem i głosem, który tylko czasem spełnia tradycyjną, piosenkową rolę, a raczej staje się kolejnym instrumentem całości. Wszystkie trzy walczą ze sobą — jak demony w krainie snów. Choć motywem przewodnim są “kołysanki”, siłą rzeczy niedaleko im również nawet do koszmarów.

Początkowo nie podobała mi się niewielka dynamika całości, która dopiero po pewnym czasie nabiera sensu, gdyż, jak mawiał klasyk, „diabeł tkwi w szczegółach”. Należy wsłuchać się cierpliwie, by dostrzec subtelności dźwiękowe, a w szczególności przecudowne przełamywanie się skrzypiec ponad innymi instrumentami. Nigdy nie przypuszczałem, że takie połączenia mogą być aż tak intrygujące, co dodatkowo stanowi o wyjątkowości tego zespołu. Nie trzeba szokować słuchacza tanimi zagrywkami. Wręcz przeciwnie! Odbiorca też musi dać coś od siebie, by móc zyskać jeszcze więcej.

Nazwa albumu nawiązuje do żydowskiego demona, który wyłaniał się z cieni i porywał małe dzieci. Kołysanki były swoistymi zaklęciami odstraszającymi owego potwora. Dlatego też, w typowy dla grupy sposób, panuje klimat mroczny. Nikt nie potrafi tak wprowadzać w nastrój, jak Szamburski i spółka. Robi to w tak umiejętny sposób, że nigdy nie ociera się o kicz (a nie da się ukryć, że łatwo popaść w przesadę). Pod względem treści i koncepcji, jak zwykle utrzymano tu wysoki poziom.

Longplay kończy się utworem “Hope”, który jest wyjątkowo powolny, a pod koniec którego następuje rozładowanie napięcia. Być może tak samo jest z posiadaną przez nas nadzieją: musimy na nią trochę poczekać, by ją zrozumieć i poczuć. Pięknie oddaje też kwintesencję całości. Trzeba wykazać się cierpliwością, przeczekać, skupić, wyciszyć. Dopiero wtedy, po pewnym czasie, ujrzymy przekaz oraz sens.

środa, 24 stycznia 2024

Ninja Episkopat - "All Thoughts Are Bad Thoughts"

Ninja Episkopat

Alex Clov — saksofon tenorowy i barytonowy, wokal (5)
Mojżesz Tworzydło — gitara, wokale (5)
Patrycja Wybrańczyk — perkusja

Gościnnie:
lovelsthedevil — wokal (1)
Skech185 — rap (3)

All Thoughts Are Bad Thoughts (2023)

Wydawca: Audio Cave

Autor: Szymon Stępnik

Obecna sytuacja geopolityczna sprawia, że trudno zachować optymizm w patrzeniu na dalsze losy ludzkiej cywilizacji. Nie dość, że eskalują konflikty zbrojne i polityczne, na horyzoncie widać jeszcze zmiany klimatyczne oraz wiążące się z nimi problemy. Nic więc dziwnego, iż coraz bardziej uciekamy w stronę myśli pesymistycznych. Neguje się prawdę (bo przecież nie wiadomo, czy w ogóle taka istnieje), neguje się dobro oraz wszelki byt jako fundament poznania, postępowania czy istnienia. Energia życiowa zmierza ku niczemu, a my możemy jedynie zaakceptować taki stan rzeczy. Czy naprawdę nie można poradzić sobie z tak postępującym nihilizmem? Cóż, Nietsche kiedyś powiedział: “wszystkie rzeczy widzimy przez głowę ludzką i głowy tej uciąć nie możemy”. Zespół Ninja Episkopat spróbował rozwiązać tę bolączkę, a przynajmniej tak sugeruje okładka najnowszej płyty “All Thoughts Are Bad Thoughts”, gdzie ninja odcina pewnemu delikwentowi ową część ciała.

Na samym początku należy wspomnieć o największej wadzie albumu, a konkretnie — jego beznadziejnym wydaniu. Oczywiście, okładka zaprojektowana przez Calum Milesa jest świetna, ale brakuje tam przedruku tekstów piosenek. Krążek zdaje się być mocno koncepcyjny, słychać, że artyści realizują pomysł i wizję, którą pragną słuchaczowi przekazać. Dzieje się to często za pomocą zniekształconych głosów oraz wokali, przez co trudno zrozumieć jakiekolwiek słowa. Słów tych nie można jednakże nigdzie odszukać, zarówno w Internecie jak i na rzeczonym opakowaniu płyty. Pozostaje jedynie frustrować się, czy nasze interpretacje rzeczywiście są tym, co chcieli przekazać artyści.

Na szczęście nie samym tekstem przecież muzyka stoi, lecz przede wszystkim dźwiękiem. A ten jest pierwszej klasy. Pierwszy utwór to niesamowicie hardrockowy kawałek, z powtarzającymi się jak mantra dźwiękami saksofonu, który zupełnie nie brzmi tutaj jak jazzowy instrument. Pełni on bardziej rolę gitary elektrycznej mającej za zadanie porywania publiczności mięsistymi, zapadającymi w pamięć riffami. Perkusja jest stosunkowo prosta, ale żywiołowa i idealnie pasująca do całości. Patrycja Wybrańczyk używa głównie werbla, który dominuje jej styl gry. Czasem aż szkoda, że chłopaki nie dali jej więcej przestrzeni, by zaszaleć solową improwizacją.

Cudowne są tu również syntezatory, ale — podobnie jak z treścią śpiewanych utworów — okładka również milczy na temat tego, kto na nich “grał”. Mamy bardzo ciekawą paletę barw, wcale nie dominującej ścieżki dźwiękowej, ale raczej tworzącą świetne podwaliny pod sekcję rytmiczną i riffy Alexa Clova.

Później, choć jest już minimalnie mniej intensywnie, longplay nie zwalnia tempa. Właściwie tylko jeden utwór utrzymany jest w nieco spokojniejszej konwencji i jest to Restless Ruminations, oczywiście też brzmiący rewelacyjnie. Trochę szkoda, że “zgromadzenie Episkopatu” nie zaproponowało więcej tego typu kompozycji, aczkolwiek dzięki temu album jest mocno zwarty i nie zostawia miejsca na nudę.

Po przesłuchaniu krążka walczyły ze mną dwie emocje. Z jednej strony podziw wobec muzyków, którzy potrafili stworzyć tak fajne i intensywne doznanie. Z drugiej — nihilistyczny smutek, o którym wspomniałem na początku tekstu. Właściwie nie ma tu nadziei, jest tylko złość i krytyka otaczającej rzeczywistość. Wybuch energii gniewu. Pięknej energii, ale jednak negatywnej. Nie jest to płyta, którą można sobie włączać do spania albo do pracy. Nie jest to też płyta, która motywuje do działania i do której tańczymy na imprezie. Wręcz przeciwnie. Słuchanie nagrań to wręcz metafizyczne odczucie, które jednakże pozostawia słuchacza w smutnej impresji.

Podczas “Letniej Akademii Jazzu” miałem przyjemność słuchać na żywo norweskiego saksofonisty Kjetil Møstera. Zarówno on, jak i jego współpracownicy, w wersji “live” przypominali trochę styl Ninja Episkopatu. To było rewelacyjne doświadczenie i podejrzewam, że Alex Clov, Patrycja Wybrańczyk i Mojżesz Tworzydło dopiero na żywo uwalniają cały artystyczny potencjał. Niewątpliwie, warto posłuchać tego świetnego albumu, jakim jest omawiany “All Thoughts Are Bad Thoughts”, ale jeżeli będziecie mieli Państwo możliwość spotkania tego składu na żywo, zapewne będzie jeszcze lepiej. Trzymam kciuki za kolejne tak świetne wydawnictwa i aby tytułowe “złe myśli” raczej motywowały do tworzenia sztuki, aniżeli demotywowały w jakimkolwiek innym aspekcie.


czwartek, 28 grudnia 2023

Best of Polish Jazz 2023 wg Szymona Stępnika


TOP 5

Stanisław Aleksandrowicz Oktet - Pieśń o Bębnie

Staś Aleksandrowicz nie zwalnia tempa. Po niesamowitej płycie Relativity Theory w roku ubiegłym, w tym zaproponował artystyczno-jazzową interpretację poezji Herberta w postaci „Pieśni o Bębnie”. Temu albumowi właściwie nic nie brakuje – jest spójny, ciekawy, a do tego świetnie zagrany. Mam nadzieję, że i w roku 2024 ten znakomity perkusista zaskoczy nas kolejnym wspaniałym projektem.



Maciej Obara Quartet - Frozen Silence

Maciej Obara, zaraz po Leszku Możdżerze, wyrasta chyba na najbardziej znanego polskiego jazzmana. Nic więc dziwnego, że z każdym kolejnym albumem stawia poprzeczkę coraz wyżej. „Frozen Silence” jest chyba jego najlepszym nagraniem dla ECM-u, które trudno będzie przebić. Piękne muzyczne rozmowy pomiędzy Dominikiem Wanią, a Maćkiem to wspaniałe przeżycie, które każdy fan jazzu powinien doświadczyć osobiście.



Kacper Krupa - First Snow

Kacper Krupa, znany wcześniej z zespołów Kwaśny Deszcz, Anomalia oraz Siema Ziemia, wszedł z przytupem w rok 2023 swoim debiutanckim albumem. Słuchanie tego nagrania to czysta przyjemność. Analogowe brzmienie syntezatorów w połączeniu z charakterystycznym saksofonem (tak, Kacper bez wątpienia, pomimo młodego wieku, opracował już swój własny „sound”). Szkoda tylko, że ta EP-ka jest bardzo krótka…



Siema Ziemia – Second

Drugi (jak zresztą sama nazwa wskazuje) album „Siema Ziemii” to swoista jazda bez trzymanki, gdzie elektronika i loopy mieszają się z muzyką jazzową. Ta abstrakcja jest jednakże spójna i konsekwentna w swojej konstrukcji. Trio Konieczny, Krupa i Wuja HZG wybuchowo mieszają pomysły, których słucha się po prostu wyśmienicie.





Tomasz Chyła Quintet - Music we like to dance to

Tomasz Chyła udowadnia, jak pięknie potrafi zabrzmieć połączenie nieco ostrzejszej gitary z dźwiękiem skrzypiec. To bardzo intensywna muzyka, której – szczerze mówiąc – bliżej do jazzrocka, niż tradycyjnego free jazzu. Wielka zasługa w tym Krzysztofa Hadrycha, którego instrument często gra tu przysłowiowe „pierwsze skrzypce”.





Muzyk roku - Kacper Krupa

To był intensywny rok dla Kacpra. To dzięki niemu dostaliśmy dwa niesamowite albumy – „First Snow” oraz „Second”, który nagrał wraz z Siema Ziemią. Co więcej, brał też udział w koncertach Skalpela, wzbogacając jego brzmienie charakterystycznym, żywym saksofonem. Największe wrażenie zrobiła na mniej jednak współpraca z Łoną i wyśmienity album „Taxi”. Nie czuję się kompetentny, by rozmawiać o rapie, ale jestem pod wrażeniem jego wkładu. Nie tak łatwo jest przecież łączyć hip-hop z jazzem.
Jedno jest pewne. Wszystko, czego dotknął Kacper w roku 2023, okazywało się złotem.

Debiut roku - Kacper Krupa

O samym albumie pisałem już wyżej, więc dopowiem tylko, że choć jest to solowy debiut Kacpra, wrażenie robi dojrzałość, pomysłowość i doskonałość w brzmieniu. Choć najbardziej czekam chyba na kolejne wydawnictwo „Kwaśnego Deszczu”, mam nadzieję, że artysta ten wciąż będzie kontynuował swoje solowe, muzyczne eksploracje.

Wydarzenie roku - Enter Enea Festival

Leszek Możdżer w tym roku dobrał naprawdę znakomitych artystów i ciężko pracował nad promocją muzyki jazzowej w Polsce. Jan Ptaszyn Wróblewski, Adam Makowicz i Connie Han to tylko część znakomitej plejady gwiazd, która pojawiła się w tym roku na festiwalu. Przyznam jednakże szczerze, że Letnia Akademia Jazzu w Łodzi o mały włos nie wygrała u mnie w tej kategorii. Jedynym powodem, dla którego w tym roku postawiłem na Eneę, jest niespodziewany duet o którym wspominam poniżej.

Niespodzianka - duet Ptaszyn/Możdżer

O ile się nie mylę, to było ich pierwsze wspólne koncertowanie. To dwóch obecnie najbardziej znanych jazzmanów w Polsce. Było coś mistycznego w tym międzypokoleniowym spotkaniu. To trochę jak połączenie dwóch różnych światów, których wspólnym mianownikiem jest miłość do jazzu. Ta wspaniała niespodzianka dla uczestników Enter Enea Festival była bez cienia wątpliwości przeżyciem jedynym w swoim rodzaju.



poniedziałek, 18 grudnia 2023

Podcast: Podsumowanie roku 2023 w polskim jazzie wg redaktorów bloga Polish Jazz w RadioJAZZ.FM

 


Audycja miała miejsce w piątek 15.12 na antenie RadioJAZZ.FM i nagraliśmy ją od godziny 18:00 do 20:00 razem z przyjaciółmi-redaktorami, z którymi wspólnie redagujemy blog Polish Jazz - Piotr Ban, Mateusz Chorążewicz, Jędrek Janicki, Marcin Kaleta, Marta Kazmirowski , Szymon Stępnik i Pawel Ziemba. Rozmawialiśmy o naszej ocenie kończącego się za moment 2023 roku w polskiej muzyce jazzowej.

środa, 13 grudnia 2023

Grekow/Peev/Tsvyatkov Trio - "Balkan Grooves"

Grekow/Peev/Tsvyatkov Trio

Jacek Grekow — akordeon
Peyo Peeve — gadułka
Hristyan Tsvyatkov — gitara

"Balkan Grooves" (2023)

Wydawnictwo: Amadeus Records

Tekst: Szymon Stępnik

Byłem kiedyś w Serbii. To piękny kraj o bogatej historii, który przetrwał zarówno tak wiele pięknych wydarzeń, jak i strasznych i przerażających. Największe wrażenie zrobiły na mnie krajobrazy pustych, niezagospodarowanych przestrzeni. Z jednej strony, ze względu na silną słowiańskość regionu, czułem się jak u siebie w domu. Z drugiej, nawiedzały mnie myśli związane z poczuciem wolności, zadumy i sielanki. Wydaje się, że taki klimat miał istotny wpływ na kształt muzyki bałkańskiej, jaką znamy. Pełnej dzikości oraz namiętności, a jednocześnie swojskiej w swoim wyrazie. To właśnie ją wziął na tapetę akordeonista Jacek Grekow wraz z Peyo Peevem grającym na gadułce i Hristyanem Tsvyatkovem na gitarze. Owocem ich współpracy jest intrygujący album “Balkan Grooves”.

No właśnie – gadułka. To ona definiuje brzmienie tego krążka. Jak podaje strona internetowa Muzeum Dźwięku, jest to „instrument strunowy [...] pochodzący z Bułgarii. Składa się z pudła rezonansowego wyżłobionego z jednego kawałka drewna, zakrytego jedną deską, dość krótkiego i bezprogowego gryfu, trzech metalowych strun głównych i dziesięciu rezonujących – burdonowych”. Charakteryzuje się również tym, iż palce muzyka wiszą w powietrzu, a brzmieniem przypomina skrzypce, aczkolwiek nieco mniej szlachetne i bardziej ostre. Początkowo intryguje i zachwyca, przez co pierwszą połowę płyty słucha się niesamowicie przyjemnie.

Niestety, druga jest już nieco gorsza, a poczucie ekscytacji zmienia się w lekki powiew nudy. Można odnieść wrażenie, że artyści chyba wyzbyli się wszystkich pomysłów na samym początku, a później tylko powielali utarte schematy. Czasem też niektóre fragmenty trwają zbyt długo, nie wnosząc nic do całości. Jestem pewien, że gdyby płytę nieco skrócić (w tym długość trwania poszczególnych utworów), odbyłoby się to z korzyścią dla całości. Szkoda też, że tak słabo wykorzystano gitarę Hristyana Tsvyatkova. Najczęściej stanowi tylko tło dla gadułki i akordeonu, z rzadka jedynie wychodząc na pierwszy plan. Jednakże, kiedy to już robi, efekt jest genialny.

Zresztą, sposób wykorzystania pozostałych dwóch instrumentów również mógłby być nieco bardziej pomysłowy. Każdy z muzyków z osobna, z liderem Jackiem Grekowem oraz Peyo Peevem na czele, to przecież wirtuozi w swoim fachu. Chyba pierwszy raz słyszę osobę tak niesamowicie biegłą w grze na akordeonie, która potrafi gdzieniegdzie wkładać jakieś jazzowe frazowanie. Peyo Peeve również „wymiata” na swojej gadułce, grając tak szybko i dokładnie, że zdaje się osiągać szczyty ludzkich możliwości. Dlatego też szczególnie boli, kiedy potencjał ten jest niewykorzystywany. Najczęściej muzycy grają na raz te same dźwięki, z lekka tylko dodając kolejne harmonie do melodii. Jestem pewien, że istniało tu miejsce na ciekawsze połączenie ze sobą tych trzech instrumentów.

Choć wydźwięk niniejszej recenzji zdaje się sugerować, że „Balkan Grooves” to przeciętna płyta, wcale tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Bawiłem się wyśmienicie i zamierzam wracać do niej w przyszłości. Przypomina mi wspaniałe chwile, które niegdyś przeżyłem na wakacjach w Serbii. Same kompozycje są mocno osadzone w kulturze bałkańskiej i brzmieć będą znajomo dla znawców tego regionu, a lekko jazzowe wstawki melodyczne są wisienką na torcie dla wszystkich miłośników gatunku. Gdyby nie mankamenty wyżej wspomniane, mielibyśmy do czynienia z naprawdę rewelacyjną pozycją, wręcz kandydatem do nagrania roku. Niestety, pozostaje jedynie fantomowy ból i oczekiwanie, że trio Grekow, Tsvyatkov i Peev nie powiedzieli jeszcze ostatniego muzycznego słowa.

Zobacz też: