Translate

piątek, 1 maja 2026

Cyryl Lewczuk - "Cactus Flower"

Cyryl Lewczuk

Cyryl Lewczuk – saksofon tenorowy
Jan Maciejowski – fortepian
Mateusz Lorenowicz – perkusja
Jan Dudek – kontrabas

Tytuł: "Cactus Flower" 

Wyd.: SJ Records (2025)

Tekst: Szymon Stępnik


Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o botanikę, jestem kompletnym ignorantem.

Gdyby nie album Cyryla Lewczuka “Cactus Flower”, pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że kaktus potrafi zakwitnąć. A jednak –  jego kwiaty bywają zaskakująco duże (często większe niż sam „pęd”) i pełne intensywnych kolorów: bieli, żółci, różu, czerwieni czy pomarańczu. “Cactus Flower” to także klasyczna komedia romantyczna z 1969 roku z brawurową rolą Ingrid Bergman, która – podobnie jak kwiat kaktusa –  z pozoru wydaje się chłodna i zdystansowana, a w rzeczywistości skrywa ogrom ciepła. Jak ten tytuł przekłada się na muzykę zawartą na najnowszym wydawnictwie zespołu Lewczuka?

Na początek warto wspomnieć o książeczce dołączonej do płyty. Wydrukowana na dobrej jakości papierze, przypisuje każdemu utworowi reprodukcję obrazu. Słuchanie albumu w połączeniu z kontemplacją grafik stanowi intrygujące doświadczenie. Niestety, właśnie tutaj pojawia się dla mnie największy minus tego wydawnictwa –  brak spójnego motywu przewodniego. Obrazy nie wydają się mieć wyraźnego związku z utworami. Różnią się techniką, estetyką, a często także epoką. Sam ten brak jednorodności nie byłby problemem, gdyby nie fakt, że artyści wyraźnie sugerują istnienie głębszej koncepcji. W takiej sytuacji oczekiwałbym większej koherencji.

Przechodząc do sedna, czyli muzyki – trudno tu o poważniejsze zarzuty. Saksofon lidera jest gładki niczym masło topniejące w lipcowym słońcu. Lewczuk, nawet w szybszych utworach, sprawia wrażenie, jakby grał odrobinę „za” tempem. Jego frazy są dłuższe, bardziej rozciągnięte, niż podpowiadałaby to rytmika. Daje to efekt przyjemnego „płynięcia” – jakby melodia funkcjonowała równolegle do utworu, gdzieś obok jego struktury. Nawet w szybkich pasażach nie ma wrażenia przerw między dźwiękami — wszystko układa się w jedną, spójną linię. Początkowo nie byłem przekonany do tego podejścia, ale z każdym kolejnym odsłuchem dostrzegałem w nim coraz większą wartość. To bez wątpienia największy atut tej płyty. Lewczuk wypracował własny język – a to, przy dzisiejszym nasyceniu rynku znakomitymi instrumentalistami, jest osiągnięciem samym w sobie.

Jan Maciejowski bardzo dobrze odnajduje się w roli akompaniatora. Kiedy jednak wychodzi na pierwszy plan, mam wrażenie, że gra zbyt zachowawczo i zbyt często sięga po wielodźwięki. Szkoda, bo momenty takie jak końcówka Don’t Leave Me Now pokazują, że potencjał na bardziej wyraziste wypowiedzi zdecydowanie jest.

Sekcja rytmiczna również wykonuje solidną pracę. Rzadko wychodzi na pierwszy plan, ale może właśnie to jest jej siłą – nie każda płyta musi epatować wirtuozerskimi popisami (choć partia perkusji w Cosmic Journey robi ogromne wrażenie). Dzięki temu uwaga słuchacza może skupić się przede wszystkim na warstwie melodycznej.

A ta stoi na bardzo wysokim poziomie. Kompozycje są dopracowane, różnorodne i wyraźnie przemyślane. Każdy utwór ma swój własny charakter i pomysł, dzięki czemu trudno mówić o monotonii. Co więcej, kolejne odsłuchy odsłaniają nowe detale i niuanse. Ta różnorodność ma jednak swoją drugą stronę – może wprowadzać pewien dysonans względem wizualnej i tytułowej koncepcji albumu. Utwory takie jak Don’t Leave Me Now czy Cactus Flower, choć bardzo udane, sprawiają wrażenie jakby pochodziły z nieco innej opowieści – są wyraźnie spokojniejsze i bardziej wyciszone.

Taki właśnie jest Cactus Flower – album, który odsłania swoje największe walory dopiero przy uważniejszym, wielokrotnym słuchaniu. Gra lidera jest unikalna, a kompozycje zaskakująco dojrzałe, jak na muzykę improwizowaną. Momentami brakuje odrobiny pazura i wyjścia poza strefę komfortu, ale piękno melodii skutecznie to rekompensuje. Na plus należy zaliczyć także samo wydanie, choć – moim zdaniem – nie do końca współgra ono z zawartością muzyczną.

To bardzo dobry album, z kilkoma drobnymi niedoskonałościami, które zauważą głównie tacy maruderzy jak ja.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: