Grzech Piotrowski – Saksofon
Eivind Aarset – Gitara
Terje Isungset – Perkusja
Wydawca: Grzech Piotrowski World Orchestra (2025)
Tekst: Mateusz Chorążewicz
Grzech Piotrowski od lat ma brzmienie, które rozpoznaje się niemal od pierwszego oddechu. Jego saksofonowy język, bardzo dobrze znany, jest mocno osadzony w estetyce skandynawskiej, z wyraźnym cieniem Jana Garbarka. Tyle że to nie jest kopia ani próba udawania kogokolwiek. To raczej inspiracja przepuszczona przez własny filtr, przemielona, wygładzona i zaostrzona tam gdzie trzeba.
Na „Horizon” przede wszystkim czuć przestrzeń.
Muzyka oddycha szeroko, jakby studio nie miało ścian, tylko otwierało się na
tytułowy horyzont. Dźwięki nie tyle stoją obok siebie, co krążą, znikają,
wracają z innej strony. I tu dochodzimy do najciekawszego zabiegu: nagrania w
Dolby Atmos. To pomysł świetny, odważny i bardzo pasujący do materiału. Trzeba
jednak uczciwie powiedzieć, że Audio CD nie jest w stanie tego oddać. Odbiorca
dostaje więc wersję w pewnym sensie „spłaszczoną”, przez co nie da się do końca
odczuć dzieła w pełnej krasie. Z drugiej strony to także mocny argument, żeby
wybrać się na koncerty planowane w systemie dookólnym, bo tam ta koncepcja ma
szansę wybrzmieć naprawdę całościowo.
Zarejestrowana tu muzyka brzmi bardziej jak
ścieżka dźwiękowa do filmu albo gry niż album „sam w sobie”. I nie mówię tego
jako zarzutu. To raczej opis estetyki: muzyka buduje sceny, tła, napięcia,
szerokie kadry. Jest „o czymś”, ma narrację i konsekwencję, a nie jest zbiorem
utworów „dla samego nagrania”. Słychać pomysł, słychać decyzje brzmieniowe,
słychać świadomość tego, jaką przestrzeń emocjonalną ma to otwierać.
Warto też pamiętać, że Piotrowski już
wcześniej dawał się poznać jako artysta, który lubi odchodzić od standardowego
formatu koncertu i sprawdzać, co się stanie, gdy zmieni się zasady słuchania.
Choćby cała seria Silent Concert, czyli koncertów na słuchawkach, gdzie
intymność odsłuchu staje się częścią projektu, a nie tylko techniczną
ciekawostką. Tutaj podobną rolę ma pełnić Atmos: podkreśla przestrzeń i pracę
planami, a nie samą wirtuozerię.
Warto też podkreślić rzecz stosunkowo rzadką,
również na polskiej scenie jazzowej: brzmienie tej płyty jest bardzo
indywidualne i trudno je pomylić z czymkolwiek innym. Nie jest to „kolejny
ładny album”, który znika w tle po tygodniu. Tu jest charakter. Jest decyzja,
że idziemy w określoną stronę i nie oglądamy się na to, czy ktoś oczekuje
standardowego zestawu atrakcji.
Niby w materiałach mamy wymienionych trzech muzyków biorących udział w nagraniach, ale szczerze mówiąc, ostatnie o czym człowiek myśli podczas słuchania, to „o, teraz ten zagrał swoje, a tamten odpowiedział”. Nie ma tu solistów w klasycznym sensie. Jest jeden organizm, spójny układ oddechowy, wspólna masa. To granie, w którym ego zostało odłożone na bok, a pierwszeństwo ma atmosfera, faktura i wspólna narracja. Jeśli ktoś szuka fajerwerków pod hasłem „popiszmy się”, to będzie musiał poszukać gdzie indziej, najlepiej tam, gdzie saksofon ma obowiązek udowadniać swoją męskość co cztery takty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz