Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pudło Michał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pudło Michał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2016

Wacław Zimpel - Lines (2016)

Wacław Zimpel

Wacław Zimpel - Bb clarinet, alto clarinet, bass clarinet, hammond organs, fender rhodes, khaen

Lines

CLASSIC042CD




By Michał Pudło

Przypomniała mi się anegdota o Johnie Cage’u. Pewnego razu był na przyjęciu i w tle leciała muzyka. Nie zwracał na nią szczególnej uwagi, ale potem wsłuchał się bardziej i spytał gospodarza: „Oh, that’s quite interesting. Who wrote that?”. Zakłopotany gospodarz odpowiedział: „I can’t believe this! You did”. (Zażartował, a ja wybuchłem śmiechem. Ostatecznie wieczór dobiegł końca, a zabawną sytuację wspominam do dziś). Tak bywa z minimal music Cage’a (gdzie czynnik losowości prowadzi do nieprzewidywalnych rezultatów), ale też z amerykańskim minimalizmem – gdzie gęste powtórzenia są tworzywem obiektywnym. To znaczy, że repetycje MOGĄ BYĆ sugestywne, lecz NIE SĄ formą, która skutecznie komunikuje ego kompozytora. Dlatego nie może być mowy o wyraźnym, dystynktywnym głosie jednego artysty, kompozytora, w przypadku takich utworów, jak choćby „Music For 18 Musicans”. Minimalistyczny przewrót polegał głównie na wyzwoleniu z przymusu komplikacji, właściwego akademickiej klasyce, z jej pompatycznymi historiami i symfonicznym masywem. Polegał na powrocie do przejrzystości i prostoty – bo przecież w minimalizmie wszystko jest na wierzchu, jak pięknie pokazuje „Canon For Conlon Nancarrow” Jamesa Tenneya. Bierzemy pojedyncze nuty i stopniowo skracamy interwały – czynność powtarzamy, aż powstaje wartki nurt, a potem gładki noise.

O minimalizmie pisało już wielu i pisało lepiej, więc nie traćmy czasu. Pierwszy (!) solowy album Wacława Zimpla zasługuje na coś więcej, niż bycie przypisem do przeszłości. Skoro podobieństwa do Rileya zasadne są jedynie w przypadku dwóch utworów: otwierającego i zamykającego „Lines”. Organowe płaskowyże faktycznie mogłyby wyjść spod ręki Amerykanina, sam Zimpel w albumowej notce do określenia tych podobieństw używa słowa „parafraza”. Trzeba przyznać, że to idealne określenie. I tutaj rozpoczyna się magia. Zimpel z pomocą parafraz uklepał sobie solidny grunt pod własną ekspresję, w sposób skuteczny znosząc ten motoryczny obiektywizm. A wszystko za sprawą tytułowych linii.

No tak, linie. Prawdą jest, że „Lines” to album solowy, ale podobnie jak z temperaturą „faktyczną” i „odczuwaną”, słuchając albumu „wyczuwa się” obecność dwóch Wacławów Zimplów. Pierwszy jest konstruktorem podłoża, czyli muzykiem używającym stylistyki minimalizmu. Dla tej postaci najistotniejsze są linie ściśle splecione, uzyskujące konkretny wymiar i twardość. Mówimy o muzyku, który ułożył wszystkie partie organów Hammonda, Fender Rhodesa i dodał ozdobniki instrumentem o nazwie khaen (w utworze tytułowym). Oraz sprawił, że wszystko trzyma się kupy. Drugi Zimpel to znajomy klarnecista, preferujący linie rozplecione, wolne, przelatujące ponad naszymi głowami. To autor prawie ambientowego „Breathing Etude”, małych polifonii w „Five Clarinets” i płaczliwych zadęć w drugiej połowie „Alupa-Pappa”. Nasza para sobowtórów spotyka się w centralnym punkcie albumu, czyli w „Deo Gratias”, reinterpretacji renesansowego kanonu, za sprawą swojej konstrukcji jednocześnie splecionego i lotnego.

Na polifonię w muzyce Zimpla zanosiło się już od dłuższego czasu. Na przykład pomysł realizowany w „Five Clarinets” – pięć przeplatających się klarnetowych linii melodycznych – jest rozwinięciem outra z „Luljety Leshanaku (part II)”, z albumu „Kot (czy też kotka?)” Ola Walickiego. A był to rok 2014, gdy Wacław Zimpel grał u boku Walickiego na klarnetach i harmonium, popisując się chwytającymi za serce solówkami. Na „Lines” ekspresja budowana jest zgoła inaczej. Z pomocą skomponowanych pasaży, nie improwizacji, co uwydatnia głęboki ład i harmonię muzyki, która jest wpierw pomyślana, a dopiero później zagrana. I gdy dźwięki w ostatnim „Tak, Picture” zanikają w sposób, który mógłby być preludium do pierwszego „Alupa-Pappa”, co sugeruje nie tylko konstrukcję klamrową, ale i efekt nieskończonej pętli, staje się jasne, że „Lines” to album kompletny, co w moim rozumieniu oznacza: wolny od zmarnowanych sekund. Świetna passa Wacława Zimpla trwa w najlepsze.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Malerai/Uchihashi/Maya R - Utsuroi (2015)

Malerai/Uchihashi/Maya R

Michał Górczyński - clarinet, tenor saxophone, keyboard, plastic flute, toy guitar, voice
Kazuhisa Uchihashi - guitar, daxophone
Maya R - vocal
Dagna Sadkowska - violin
Mikołaj Pałosz - cello

Utsuroi

FOR TUNE 0055

By Michał Pudło

Dwa pierwsze zadęcia klarnetu i dwa zwiewne ptaki ulatują już z trzepotem skrzydeł – tak rozpoczyna się „Utsuroi”, czyli owoc współpracy warszawskiego tria Malerai (multiinstrumentalista Michał Górczyński, skrzypaczka Dagna Sadkowska i wiolonczelista Mikołaj Pałosz) z japońskim improwizatorem Kazuhisą Uchihashim i wokalistką Mayą R. Album nie jest do końca samoistną całością, gdyż stanowi drugą część cyklu „muzyka do języków”, rozpoczętego zeszłorocznym „Preparing To Dance-New Yiddish Songs” (Malerai, Goldstein, Masecki). Trio Malerai, w szczególności zaś Michał Górczyński, próbują z pomocą muzyki charakteryzować język, poprzez język kulturę, a poprzez kulturę, domyślamy się, zbiorowo rozumianą duszę wybranych kultur.

Wspomniałem poetycko o ptakach na wstępie, ale przecież na taki początek zupełnie nie przygotowuje nas oszczędna okładka. Co prawda wytwórnia ForTune przyzwyczaiła już do ozdabiania albumów melancholijnymi i stylowymi fragmentami czarno-białych fotografii, w tym momencie jednak wybór brutalistycznego zygzaku architektury wydaje się daleko posuniętą przewrotnością. Dlaczego? Ponieważ muzyka na „Utsuroi” jest barwna i wielowymiarowa.

Istotą rzeczy pozostają kompozycje Michała Górczyńskiego. Niekiedy beztroskie, innym razem dosadne, pomyślane na klasyczne trio i rozmaite urządzenia, jednocześnie otwarte na improwizacje Uschihashiego (grającego na gitarze elektrycznej i daksofonie – fascynującym instrumencie przypominającym siodełko roweru) i śpiewany tekst. Progresywność sprawia, że z największym trudem przychodzą porównania. Jak ująć album, w ramach którego w utworze „Atarashii Umini Mukate” słyszymy muzykę z filmów studia Ghibli, w kolejnych mamy nagrania terenowe, saksofon a’la Brötzmann, następnie w „Shiawase” dalekie echa impresyjnej muzyki Pera Nørgårda? Styl Górczyńskiego nie jest ani trywialny (jak muzyka filmowa, czyli użytkowa muzyka klasyczna), ani nadmiernie skomplikowany. Najbardziej jednak uderza negliż emocjonalny – „Utsuroi” w najgłębszym sensie może być eklektyczną muzyką ilustrującą dowolne stany ducha. Oszałamia słuchacza w mgnieniu oka, z drugiej strony może też przytłoczyć rozmachem. Potrafię sobie wyobrazić zastrzeżenia, problem z chaosem, odurzenie mnogością wolt i suspensów. W porządku, ale narzekanie na rozmach przypomina dąsy bibliofila w antykwariacie pełnym białych kruków.

W przypadku tak bogatego aranżacyjnie, różnorodnego brzmieniowo albumu na niewiele zdaje się analiza detali. Nie należy rozkładać „Utsuroi” na czynniki pierwsze, tak jak nie wyciąga się nitek z tureckiego dywanu po to, by poznać tajemnicę misternie uszytego wzoru. Mamy do czynienia z monetą, która upada na kant pomiędzy orłem akademii a reszką intuicji. Każdy nawet wymagający dźwięk daksofonu, smyczków czy przesterowanej gitary elektrycznej został przez Górczyńskiego odpowiednio i z pietyzmem umiejscowiony w widełkach stylu. Dlatego też eklektyzm – bo właśnie o eklektyzmie należy mówić w momencie, gdy album dosłownie bombarduje nas tematami, pomysłami i nagłymi zwrotami akcji – zdaje się układać w spójną całość. To nie lada osiągnięcie, biorąc pod uwagę ambitny koncept (zgłębianie fenomenu lingua japonica). Swoją drogą „cykl językowy” Malerai będzie miał swoją kontynuację – polecam zatem przeprogramować radary na odbiór wieści z obozu twórców „Utsuroi”.

czwartek, 2 lipca 2015

Kusiołek / Czekanowa / Postaremczak / Nowara - Qui Pro Quo (2015)

Kusiołek / Czekanowa / Postaremczak / Nowara

Robert Kusiołek - accordion, bandoneon
Elena Czekanowa - piano, sound effects
Paweł Postaremczak - tenor & soprano saxophones
Grzegorz Nowara - bass & contrabass tubas


Qui Pro Quo

MPC003

By Michał Pudło

Zastosowanie akordeonu (tudzież harmonium, bandoneonu, bajanu i innych „klawiszo-miechów”) w muzyce „złożonej” kojarzyło mi się dotychczas głównie ze współczesną muzyką klasyczną, kompozycjami Sofii Gubaiduliny i Franza Constanta. Jeżeli interesują was choć trochę „atonalne dreszczowce”, to polecam gorąco wymienioną parę. Partytury Gubaiduliny wyróżniają się spośród innych post-serialistycznych rzeczy zapałem, natchnieniem i rozmachem (co bodajże jest efektem gorliwej wiary kompozytorki). Proszę mi oddać przysługę i posłuchać jej kameralnego „In croce” czy „De profundis” na bajan solo. Constant z kolei eksperymentował z akordeonem, wystawiając ten instrument na czoło orkiestry symfonicznej w swoim kapitalnym „Concerto [na wymieniony skład]”. W nurcie improwizacji nie spotykamy wielu akordeonistów, dlatego cieszy obecność Roberta Kusiołka i jego wybory artystyczne.

Na „Qui Pro Quo” słyszymy (poza wspomnianym akordeonem) również fortepian, tubę i saksofon. Na ostatnim z wymienionych instrumentów Paweł Postaremczak gra z niespotykaną finezją, w stylu znanym z jego albumu „Affinity” z 2012 roku (trio z Ksawerym Wójcińskim i Klausem Kugelem). Ale istota rzeczy tkwi raczej w połączeniu barw i brzmień, niż w umiejętnościach pojedynczych muzyków. Bliżej kwartetowi do obrazowej muzyki awangardowej niż do jazzu czy improwizacji.

Przechodząc jednak do sedna, czyli do „Qui Pro Quo”: materiał brzmi zaskakująco i piszę to z czystym sumieniem. W pierwszej kolejności uderza melodyjność. Wspaniała melodyjność zbudowana na piekielnie nietypowych taktykach wykonawczych. Żaden członek/członkini kwartetu nie gra w sposób, który zaakceptowaliby konserwatywni słuchacze, a jednocześnie muzyka zamiast traumatyzować i wzburzać, emanuje harmonią. Wędruje z nami leśną knieją, trzymając czule za rękę. Okazjonalnie zdarzają się momenty ekspresyjne, jak np. w „Act III”, ale już w „Act IV” kwartet rozwija na bazie figlarnego saksofonu i kroczącego akordeonu kolejną przygodę fabularną. Elena Czekanowa gra pasjonujące melodie, uruchamiając zarówno klawiaturę, jak i strunowe bebechy fortepianu, a Grzegorz Nowara, cóż, doskonale dynamizuje muzykę niskimi rejestrami tuby. Całość obywa się bez basu i perkusji. Wniosek jest prosty: to wielowymiarowa muzyka dla odważnych słuchaczy.

piątek, 12 czerwca 2015

Shofar - Gold Of Malkinia (2015)

Shofar

Mikołaj Trzaska - clarinet, saxophones
Raphael Rogiński - guitar
Macio Moretti - drums

Gold Of Malkinia

Kilogram Records



By Michał Pudło

„Skrzypek” Marca Chagalla stoi na dachu tylko jedną nogą. Opiera się o zaśnieżoną powierzchnię lekko, samym czubkiem podeszwy brązowych półbutów - to ledwie muśnięcie, sugerujące wiotkość, lewitację ponad uśpionym miasteczkiem. Co dzieje się z drugą nogą? Kwestia spojrzenia. Dotyka półokręgu ziemi, z którą jest związana. Albo też całkiem zawisła w powietrzu, bo i chasydzkie melodie nigdy na grunt nie opadają, lecz, zupełnie przeciwnie, snują się ponad głowami niczym błękitne aniołki z wielu innych obrazów Chagalla, „malarza aniołów”.

Longplay "Gold Of Małkinia" - z tytułem przywołującym na myśl klasyczną żydowską pieśń „Jerusalem Of Gold” - to pierwszy cd-live-album w dyskografii zespołu. W warunkach koncertowych muzycy grają nowe utwory i znane z poprzednich płyt motywy muzyczne (niguny), rozciągnięte w czasie nierzadko do metrażu ponad dziesięć minut. Shofar zdecydowanie lepiej radzi sobie właśnie w dłuższych formach, czego dowodem są "Naket Nigun/Rumi Rumian", "Green Frogs In Human Milk" i "Spider Silk In The Shade" - według wszelkich prawidłowości najdoskonalsze nagrania w karierze tria. Pierwszy z wymienionych stanowi reinterpretację "Traditional Hasidic Melody I" z poprzedniej płyty studyjnej. Znajoma melodia zagrana jest intensywniej, z charakterem, a główną tego zasługą wielkie zaangażowanie Raphaela Rogińskiego w stopniowe zwiększanie tempa gry. Pod koniec kompozycja nabiera takiego rozpędu, jak gdyby muzycy wirowali w tańcu - a zatem zagadkowy tytuł staje się zupełnie jasny (Rumi, a raczej Dżalal ad-Din Muhammad ar-Rumi, mistyk suficki, był założycielem zakonu Wirujących Derwiszy).

Tytuły kompozycji kryją w sobie więcej ukrytych znaczeń. Przykładowo "Tamarisk Thickets Are Burning…" to zupełnie jasne odwołanie do gorejącego krzewu z Synaju, tamaryszku lub (według jednych) jeżyny krwistej, obsypującej się krwisto-czerwonymi kwiatami, albo (według innych) gązewnika akacjowego - który faktycznie rośnie na pustyni, więc biblijny prorok mógł go napotkać na swej drodze. Z kolei "Green Frogs In Human Milk" przekazuje hasłowo staroruską wiedzę na temat odpowiedniego sposobu przechowywania mleka, gdy nie posiadamy lodówki - wrzucenie pospolitych zielonych żabek do dzbana skutecznie przedłuża datę ważności. Udowodniły to nawet badania naukowe. Sam utwór natomiast w połowie swego trwania zupełnie zmienia charakter - staje się surowy i szarpany, ale dzięki temu możemy usłyszeć trójkę muzyków w zwięzłym, improwizowanym pojedynku.

Skoro przy muzykach jesteśmy, to warto zaznaczyć jedno. Rogiński, Moretti i Trzaska wznoszą się na wyżyny swoich możliwości - z pewnością umożliwiają im to warunki inne niż studyjne. Tajemnicą niezmiennie pozostaje dla mnie to, w jaki sposób z pozornie hermetycznego zbioru zapomnianych melodii chasydzkich potrafią wykrzesać tyle witalnej mocy. „Gold Of Małkinia” stanowi ukoronowanie dyskografii składu, album najpełniej realizujący obraną konwencję. Bo przecież Shofar, niczym „Skrzypek” Chagalla, dotyka koniuszkami stóp dwóch odmiennych materii, w tym wypadku muzycznych tradycji - chasydzkiej i free jazzowej - i łączy je z alchemiczną precyzją.

środa, 18 lutego 2015

Hubert Zemler - Gostak & Doshes (2014)

Hubert Zemler

Hubert Zemler - drums, percussion
Miłosz Pękala - vibraphone (3,5)

Gostak & Doshes

Bółt Records




By Michał Pudło

Solowe nagrania perkusyjne nie są, delikatnie rzecz ujmując, najpopularniejszą wśród statystycznego słuchacza formą muzyki – trudno temu zaprzeczyć, trudno się kłócić, nie warto tego kwestionować, należy się poddać, nie strzępić języka, wystarczy się z tym zgodzić, a świat wokół nas niechybnie utrzyma swoją harmonię. Oczami wyobraźni widzę sondę uliczną, prostą zabawę, z prostym pytaniem i zwięzłą odpowiedzią na temat perkusji solo. Ludzie będą mówić: perkusista pozostawiony sam sobie nie zagra chwytliwego riffu, nie zrodzi słodkiej melodii. Bębniarz nie zabłyśnie efektownym refrenem ani nie wzruszy smukłym trylem, nie zawróci nam w głowie pomrukiem struny, co najwyżej zmiecie nas z powierzchni ziemi rockową solówką w stylu Neila Pearta albo popisem wyrafinowanej techniki w stylu Maxa Roacha. 

Jak wiadomo, bagatelizowanie możliwości perkusistów grających solo to festiwal trwający od zawsze i wiele było już jaskółek, które wiosny nie uczyniły. Wszystkie te jaskółki i tak przelatywały głębokimi peryferiami, ich zasięg był iluzją. Z drugiej strony, gdy już wgryziemy się w gatunki muzyczne, które nie tylko melodią i hookami stoją, to przecież wizja powala na łopatki: jak rozległymi możliwościami dysponuje muzyk dzierżący w dłoniach pałeczki, trudno oszacować. Gdy usłyszałem po raz pierwszy album "Ustensiles" Le Quana Ninha (z roku 1997), dosłownie opadły mi klapy w marynarze, golf mi się wywinął na lewo, a z uszu poszedł gęsty dym. Podejrzewałem, że wielu dźwięków, wytwarzanych przez Ninha, nie wykreowałby syntezator. Z kolei Stewart Copeland skomponował pamiętny, udany soundtrack do "Rumble Fish", z pierwszoplanową rolą perkusji. Istnieje też świat współczesnej klasyki, gdzie utwory Griseya, Xenakisa czy Feldmana pisane były specjalnie pod perkusję. Ale zostawmy tę wyliczankę, przecież do niczego nas nie zaprowadzi.

Całe to zamieszanie z powodu wydanego przez Bôłt Records albumu "Gostak & Doshes". To już drugi solowy album Huberta Zemlera, prawdziwego mavericka warszawskiej sceny niezależnej, najmocniej związanego ze środowiskiem Lado ABC. Nie muszę chyba dodawać, że mamy tu perkusjonistę solo i coś z tym fantem musimy począć.

W samym 2014 roku Zemler grał już klasyczny jazz z Michałem Przerwą-Tetmajerem i pop z Natalią Przybysz – ale kogo mogłaby jeszcze zdziwić ta wszechstronność? Tercja tria Sza/Za/Ze w wersji solo to jednak zupełnie inna historia. "Gostak & Doshes" jest dokonaniem kameralistycznym w pełnym tego słowa znaczeniu. Całość rozpoczyna się cierpliwie rozwijanym "Franciszkiem" i arytmiczną impresją na temat życia insektów: „Propolis”; następnie pojawiają się dwa checkpointy w postaci wariacji na temat Suaves Figures Piotra Kurka (highlighty albumu, być może za sprawą Kurkowych motywów i wibrafonu Miłosza Pękali). Walory układu tracklisty podkreśla końcówka z wyraźną puentą - szaleńczo wciskanymi klawiszami melodyki w utworze tytułowym, w którym bogactwo timbre’ów, rytmiki i pomysłów pozwala na nieco głębsze zanurzenie w architekturę muzyki. 

Mimo to (nawet pomimo pięknie ożywiającego atmosferę "Dji"), na "Gostak & Doshes" Zemler zbyt mocno moim zdaniem kładzie nacisk na formę, skupienie i poważny nastrój. Co przypomina mi niedawny album Pawła Szamburskiego ("panowie się chyba umówili"), dlatego też zastrzeżenia są podobnej natury. "Gostak…" rozświetla chwilę, gdy chwila trwa i koi, gdy zachodzi potrzeba, lecz nie pozostawia mocnych wspomnień, nie wiąże słuchacza emocjonalnie, nie próbuje go przekonać ani uwieść, stroni od konwencji i dźwiękowego flirtu. Więcej tu refleksyjnej obojętności Mortona Feldmana, powitań "Króla duńskiego" (zwłaszcza w pierwszej części albumu), Cage’a i jego cyklu "Constructions", niż żywiołowości i zaciekawienia dźwiękiem niczym u przywołanego wcześniej Le Quan Ninha. Gdyby jednak lekką ręką położyć na szali wymienione zalety i wady, płyta broni się jako solidna pozycja, z pomocą której moglibyśmy zdrowo zamieszać w głowach uczestnikom naszej ulicznej sondy. Ba-dum-tsss?

czwartek, 22 stycznia 2015

Jacaszek & Kwartludium - Catalogue Des Arbres (2014)

Jacaszek & Kwartludium

Michał Jacaszek - compositions, production
Dagna Sadkowska - violin
Michał Górczyński - clarinet & bass clarinet
Piotr Nowicki - grand piano
Paweł Nowicki - percussion

Catalogue Des Arbres (2014)


Touch TO 94

By Michał Pudło

Wspólny koncert Michała Jacaszka i zespołu Kwartludium w trakcie festiwalu Unsound z 2013 roku był pierwszą prezentacja materiału z "Catalogue Des Arbres". Pamiętam dokładnie atmosferę występu – elektroniczne płaszczyzny i nagrania terenowe kreowały organiczną wręcz przestrzeń, w ramach której instrumentaliści Kwartludium improwizowali, nawiązywali dialog i uzupełniali tkankę muzyczną odpowiednimi detalami. Niebagatelne znaczenie miały też wizualizacje – publiczność i sala koncertowa pokryte zostały zarysem leśnych koron z przebijającymi nieśmiało promieniami słońca. Ogólna urokliwość tuszowała lekkie potknięcia ze sprzętem, a może nawet kilka startych klisz i naiwnych rozwiązań właściwych gatunkowi (współczesna klasyka zbudowana na field recordingu). Wnioski nasuwały się same: Jacaszek wyraźnie skręca w stronę szeroko pojętego impresjonizmu i nieco bardziej złożonej kompozytorki.

"Catalogue Des Arbres" jest właśnie próbą przełożenia "impresji" na muzykę. Skąd tytuł i koncept albumu? Jacaszek nie ukrywa (bo wiele do ukrycia nie ma), że inspirował się dorobkiem Oliviera Messiaena, a raczej fragmentem jego dorobku – cyklem miniatur fortepianowych "Catalogue D'oiseaux", powstałym z fascynacji ornitologicznych. Messiaen był wyjątkowym przypadkiem w historii XX-wiecznej klasyki. Synestetyk, wybitny nauczyciel kompozycji, zafascynowany ptasimi trelami do tego stopnia, że najpierw, na początku lat 50., napisał krótką, przeznaczoną do ćwiczeń w konserwatorium kompozycję na flet i fortepian ("Le Merle Noir"), by następnie w 1958 roku ukończyć obszerny siedmioksiąg, zbierający transkrypcje ptasich melodii z różnych zakątków Francji.

Sednem albumu Jacaszka są terenowe nagrania poszumu rozmaitych gatunków drzew i roślin (francuskojęzyczne podtytuły utworów przeważnie dookreślają jakich). Skoro Messiaen katalogował ptasie trele, to czy możliwe jest katalogowanie dźwięków drzew? Wydobywanie ich dźwiękowej "tajemnicy"? Czy słuchacze mogą rozróżnić szelest dębu od brzozy? Dzikiego bzu od topoli? Skoro każdego dnia aura, wilgotność, prędkość wiatru płatają nam figle, odmieniają efekt pomiaru, są czynnikiem losowości? Inspiracja "Katalogiem ptaków" jest bardzo luźna również w tym znaczeniu, że Jacaszek, wbrew nazwie albumu, wcale katalogu tworzyć nie zamierza. Różnorodność i przetworzenie nagrań terenowych zwalniają słuchacza od przymusu zgadywania.

Gra polega raczej na rozbudzaniu wyobraźni. Tytuł utworu podpowiada "łąkę", co widzisz? Podpowiada "ogród", co widzisz? Jest też "księga jeziora", "królestwo dębów i brzóz". Drobne różnice unifikują "Catalogue…" – wytworzona w pierwszym utworze atmosfera, kiedy to ponad szumem topoli słyszymy rezonujący fortepian, ćwierkający klarnet i cytat z „L'alouette Lulu” (skowronek borowy, ptaszek z trzeciej księgi „Catalogue D’oiseaux”), ten liryzm i pewnego rodzaju majestatyczność, naiwność i afirmacja, zostają z nami do końca.

Jacaszek i muzycy Kwartludium wspomagają się fortepianowymi cytatami z „Catalogue D’oiseaux” i robią to w sposób inteligentny – nigdy nie cytują bezpośrednio fragmentów ptasiej transkrypcji, lecz sekwencje akordów, które budują tło miniatur (katalog Messiaena wcale nie składał się jedynie z ptasich trelów, lecz również rekonstruował środowisko). Co sprawia, że „Katalog drzew” korzysta obficie z messiaenowskiego języka – słychać to momentalnie. Niestety wszystko, co spłodził Olivier Messiaen, w obcych kontekstach pozostanie fundamentalnie messiaenowskie, a nawet przebije się na wierzch, jak w żadnym innym znanym mi przypadku. Pomimo oczywistego faktu cytowania, słuchając „Catalogue Des Arbres” trudno momentami pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia raczej z kompozycją Francuza w uproszczonej, elektronicznej oprawie, niż autorskim dziełem zainspirowanego Polaka.

W każdym razie powyższy zarzut to szczegół, który nie rzuca zbyt długiego cienia na „Katalog drzew”. Inną sprawą jest kwestia koncepcji. "Zestaw ośmiu pejzaży dźwiękowych – ukrytych, szemrzących pieśni moich ukochanych drzew" – mówi Jacaszek. Ale czy drzewa mogą opowiadać interesujące historie? Swego czasu John Cage wykonywał utwór na amplifikowane kaktusy (ale chyba nie były zbyt rozmowne). Album broni się dobrze jako próba ujęcia impresji w zgodzie z zasadami współczesnego, klasycyzującego improvu, ma też świetne momenty instrumentalne (brawo Kwartludium). Wydaje mi się jednak, że to na wysokości "Glimmer" Jacaszek złapał brzmienie, które windowało go do grona najbardziej wyjątkowych rodzimych producentów.

sobota, 22 listopada 2014

Pole – Radom (2014)

Pole

Michał Górczyński - clarinets, flute
Piotr Zabrodzki - guitar, bass, synth, EMS synthi
Jan Emil Młynarski - drums, percussion, monomachine

Radom




KILOGRAM 029

By Michał Pudło

Piotr Zabrodzki ma w tym roku fantastyczną passę. Pochód sukcesów wydawniczych rozpoczyna się w kwietniu, kiedy to nakładem ForTune Records ukazuje się jazzowy album „Spoon” zespołu Second Exit, na którym możemy usłyszeć Zabrodzkiego w roli niekonwencjonalnego pianisty i basisty. Mniej więcej miesiąc później na półki sklepowe trafia drugi pełnometrażowy album formacji The Kurws. Całości dopełnia czerwcowy debiut składu Pole. I podczas gdy dwa pierwsze z wymienionych zaistniały już w świadomości słuchaczy (sympatyków jazzu oraz sympatyków gitar) jako dokonania szczególnie godne uwagi, „Radom” wciąż stanowi „gorący towar”, który zasługuje na pięć minut w świetle jupiterów.

Pole to wspólny projekt Zabrodzkiego, Jana Emila Młynarskiego i Michała Górczyńskiego. Swoista odskocznia od ich wcześniejszych/ważniejszych projektów, tak przynajmniej się zapowiadało. Po tym jednak, co słyszę na debiucie, ustawiam kompletnie inną optykę. Mógłby zostać oczkiem w głowie trójki muzyków, ponieważ przemycili tu zadziwiająco wiele z poprzednich projektów, takich jak Cukunft, Baaba czy Profesjonalizm – z zachowaniem odpowiednich proporcji. Pojawia się natomiast pytanie: czy ryzykowny miks nie powinien spowodować kompletnego chaosu i pogubienia?

Debiut Pola brzmi niekonwencjonalnie z prostego względu: trudno wskazać jeden określony nurt, będący kamieniem węgielnym tej muzyki. Niby to improwizowany jazz, a jednak na tyle niepokorny i frywolny jednocześnie, że nie wpisuje się ani w typowe free-jazzowe awantury, ani w surową non-idiomatyczną estetykę, ani nawet w miksturę acid-jazzu. Wcale nie chcę sprzedawać w tym momencie gadki „tak bardzo eklektyczne = wybitne”, a jedynie wyrazić tę prostą obserwację, że niesztampowy sposób gry zespołu zwyczajnie może intrygować. Spośród trójki muzyków jedynie inspiracja Michała Górczyńskiego wydaje się czytelna – będzie to nowy żydowski jazz w kluczu dokonań zespołu Cukunft (którego zresztą Górczyński jest członkiem). Solówki klarnecisty przesiąknięte są „chasydzkim” duchem, słychać to dobitnie zwłaszcza w kawałkach „Radom” czy „Bi Ba”. Z kolei rozbrajająco nieokreślone okazują się wyczyny Młynarskiego, który dosłownie szaleje na perkusji, z utworu na utwór proponując zupełnie inny zestaw timbre’ów i wariacji na temat rytmu. 

Wizja muzyki Pola doskonale skupia się w pierwszym tracku – „Kieniewicz” – gdzie sekcja rytmiczna wkracza w wir (nie wiem, w jaki sposób Zabrodzki uzyskuje swoje charakterystyczne, „geometryczne” brzmienie gitary basowej, ale dawno nie słyszałem tak pociągająco kanciastych dołów), podczas gdy klarnet wygłasza laudację na temat nadwiślańskich ziem. Są też „Godzinki”, z Górczyńskim rozwijającym tym razem smętne liźnięcia, Młynarskim zataczającym się w zgiełku własnych perkusjonaliów i Zabrodzkim wznoszącym półprzytomne toasty; wszyscy są jakby zalani. Godzinki mijają, lecz trzeźwość nie powraca. Tak właśnie brzmi „Radom”, którego nazwę różni od słowa „random” tylko jedna litera. Ale jednak różni! I ta różnica czyni z zespołu Pole niemałe objawienie.

Zobacz też: