Translate

środa, 18 marca 2026

Tomasz Zyrmont Quartet – "London Manifest"

Tomasz Zyrmont Quartet

Tomasz Zyrmont – fortepian
Sean Khan – saksofon altowy
Ben Hazleton – kontrabas
Filippo Galli - perkusja

Tytuł płyty: "London Manifest" (2026)  

Wydawnictwo: Soliton

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Tomasz Zyrmont, lider mieszkający w Londynie, przedstawia „London Manifest” jako wizytówkę kwartetu. Choć to pierwszy album tej formacji, sam Zyrmont ma już doświadczenie studyjne, więc nie ma tu mowy o debiucie w sensie stawiania pierwszych kroków. Wręcz przeciwnie, od razu dostajemy materiał dopracowany, świadomy i ułożony. I tu pojawia się pierwsza przewrotna myśl: manifest zwykle wykrzykuje hasła, a ten zamiast krzyczeć, stawia swing na piedestale i robi to bez cienia wahania.

To granie na wskroś mainstreamowe i w tym tkwi jego konsekwencja: swing króluje, puls jest pewny, a całość nie robi uników w stronę awangardowych nerwów. Sean Khan na saksofonie altowym porusza się swobodnie w tej estetyce, a sekcja Hazleton, Galli pracuje równo i stabilnie. Można narzekać na stylistyczną ostrożność, ale to nie jest materiał, który udaje, że zmienia zasady gry.

Trzon albumu stanowią autorskie utwory i to one robią najlepszą robotę. Zyrmont pisze wielowarstwowo i wieloczęściowo, z wyraźnym wyczuciem formy oraz narracji. Tematy nie są tylko pretekstem do improwizacji, ale mają własny ciężar i konstrukcję. Słychać, że lider nie tylko gra, lecz również myśli układem całości. Dwa standardy „Nardis” i „One Finger Snap” dostają całkiem ciekawe aranże, na szczęście bez odhaczania klasyków „bo wypada”. Są detale i decyzje, które sprawiają, że te utwory brzmią świeżo, ale nadal mieszczą się w języku całego albumu. W „Nardis” słychać to najmocniej.

Warsztatowo wszystko się tu zgadza: wykonawczo, kompozycyjnie i aranżacyjnie. Produkcja jest dopięta, a brzmienie nie zostawia niedosytu. I mimo to pojawia się paradoks: to album w teorii kompletny, ale w praktyce brakuje mu iskry. Trudno złapać powód, dla którego miałbym do niego wracać regularnie. To jeden z tych materiałów, które przechodzą przez uszy gładko, po czym grzecznie ustępują miejsca następnym, bo nie wbijają haka w pamięć.

Nie chciałbym być złym prorokiem, bo historia czasem lubi płatać figle, ale mam obawę, że „London Manifest” może się nie przebić na dłużej. Wpadnie, będzie miało swoje pięć minut, a potem może przepaść w odmętach, jak wiele podobnie dobrych i podobnie „bezpiecznych” albumów. Jeśli jednak ktoś szuka mainstreamowego jazzu z klasą, świetnym warsztatem i kompozycjami, które są czymś więcej niż szkicem na serwetce, to warto tego manifestu posłuchać. Tylko nie nastawiajcie się, że wywróci stolik. Co najwyżej go wypoleruje.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: