Translate

środa, 17 czerwca 2026

Emma Rawicz - "Inkyra"

Emma Rawicz

Emma Rawicz - tenor & soprano saxophones
Gareth Lockrane - flute, alto flute, bass flute, piccolo
David Preston - guitar
Scottie Thompson - Rhodes, piano, Prophet
Kevin Glasgow - electric bass
Jamie Murray - drums

Tytuł albumu: "Inkyra"

Wydany: ACT Music GmbH (data premiery: 31.10.2025)

Tekst: Paweł Ziemba

Link do muzyki na Bandcamp

Muzyka, która nie zna gatunkowych paszportów.
O naturze jazzu i nowym głosie Emmy Rawicz.

W świecie zdominowanym przez algorytmy, playlisty do prasowania i cyfrową powtarzalność jazz pozostaje jedną z ostatnich przestrzeni prawdziwej wolności — choć niektórzy jego ortodoksyjni strażnicy najchętniej zamknęliby go w formalinie.

Często zastanawiam się, czy po dekadach rewolucji i eksperymentów w muzyce, nadal można odkryć jeszcze coś naprawdę nowego. Nie mam wątpliwości, że odpowiedź kryje się w samej genetyce tego gatunku. Przecież jazz, nie jest skostniałym muzeum, lecz żywym, pulsujący organizmem. Jego istotą nie jest odtwarzanie zastanej formy, ale nieustanne jej stwarzanie na nowo. Ta nieskończona możliwość odkrywania wynika z oczywistego faktu, że sercem tej muzyki jest improwizacja – proces, w którym kompozycja rodzi się tu i teraz, jako bezpośredni zapis ludzkich emocji, nastroju chwili i chemii między artystami. Gdy dodamy do tego wrodzoną skłonność gatunku do bezczelnego wręcz przekraczania granic między tradycją, elektroniką, a muzyką współczesną, otrzymujemy sztukę, która z definicji nie może się wyczerpać.

Każde pokolenie muzyków wnosi własną wrażliwość, własny język i własne niepokoje skutecznie doprowadzając do szewskiej pasji panów w wełnianych golfach, dla których prawdziwy jazz skończył się wraz z ostatnim tchnieniem Milesa Davisa. Jeśli jednak należysz do osób przekonanych, że współczesny jazz to matematyczny bełkot dla snobów z rzemieślniczym piwem w dłoni, najnowszy krążek Emmy Rawicz zatytułowany INKYRA skutecznie wyprowadzi Cię z błędu.

Jest takie słynne zdanie przypisywane Milesowi Davisowi: „Nie gram nutami — gram przestrzeniami między nimi.” Emma Rawicz, dwudziestotrzyletnia brytyjska saksofonistka o polskich korzeniach, zdaje się podążać dokładnie odwrotną drogą. Na INKYRA, swojej czwartej płycie i trzeciej dla prestiżowego labelu ACT, wypełnia każdą lukę — barwą, harmonią, gestem, napięciem.

INKYRA to źródło magnetycznej siły, która pozwala artystce wkroczyć w bezkompromisowy świat muzyki z impetem i odwagą. Nie puka grzecznie do drzwi jazzowego panteonu — wchodzi tam pewnym krokiem, proponując muzykę, która jednocześnie czerpie z tradycji i zdecydowanie patrzy w przyszłość. Dla każdego, kto wychował się na najlepszych latach rozkwitu muzyki fusion, INKYRA będzie brzmieć znajomo, ale nigdy wtórnie. Rawicz eksploruje tu swoją miłość do rocka progresywnego, psychodelii lat sześćdziesiątych i rozległego melodyzmu Joni Mitchell. To nieoczywista konstelacja wpływów — jakby ktoś posadził przy jednym stole Wayna Shortera, Roberta Frippa i autorkę Blue.

Sama artystka przyznaje, że przed rozpoczęciem pracy nad materiałem intensywnie wsłuchiwała się w jej twórczość, studiując sposób budowania melodii, harmonii i niekonwencjonalnych współbrzmień. Efekty są wyraźnie słyszalne — harmonie na INKYRA mają podobną migotliwość i niejednoznaczność jak te znane z Hejiry czy The Hissing of Summer Lawns. Nie brakuje tu również odniesień do gigantów jazz-fusion. W gęstych fakturach i złożonych rytmach pobrzmiewają echa Wayne'a Shortera, Joe Zawinula czy Chicka Corei, to nowoczesne, drapieżne granie, w którym retro-syntezatory spotykają się z rockową energią i wręcz matematyczną precyzją współczesnego prog-jazzu. Jednak Rawicz nie poprzestaje na tym. Buduje własny język, w którym rockowa energia spotyka się z nowoczesnym jazzem, europejską wrażliwością i wyraźnie autorską wyobraźnią melodyczną. Tam gdzie Weather Report budowało swoje muzyczne katedry z elektrycznej precyzji i afrykańskiej rytmiki, Rawicz stawia coś bardziej organicznego — strukturę, która oddycha i zmienia kształt.

Jedną z największych zalet albumu jest zespołowość. To nie jest album „solistki z towarzyszącymi jej muzykami”. To muzyka grupowa — z demokratycznym dialogiem, który żywi się zaskoczeniem i kreatywnością. To sekstet marzeń udowadniający, że zgrany zespół to coś więcej niż suma matematycznych talentów. Kluczową postacią w tej muzycznej podróży jest Scottie Thompson, człowiek odpowiedzialny za całą architekturę brzmienia płyty. Jego partie na syntezatorze Prophet i klasycznym Rhodesie budują specyficzny, zawieszony między epokami klimat – Thompson potrafi w ułamku sekundy rzucić mięsistym funkiem, by za chwilę odpłynąć w liryczny, Coreowski romantyzm. O to, by muzyka nie stała się zbyt grzeczna i sterylna, dba z kolei David Preston, gitarzysta i współproducent albumu, którego instrument tnie przestrzeń rockowym, drapieżnym pazurem, dodając kompozycjom pożądanego brudu i brawury. Genialny, momentami wręcz mistyczny dialog z drapieżnym saksofonem liderki prowadzi Gareth Lockrane, instrumentalistyczny kameleon grający na wszystkim, od fletu basowego po piccolo wnoszą na płytę chłodną, niemal nordycką lirykę, która zderza się z żarem saksofonu Rawicz jak lód z gorącą parą.

Całe to melodyczne szaleństwo spaja sekcja rytmiczna, która ze względu na tempo i nagłe zmiany metrów powinna mieć sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Kevin Glasgow na basie elektrycznym szyje tak gęsto, że momentami przejmuje rolę całej orkiestry, a Jamie Murray na bębnach nie tyle trzyma rytm, ile bezlitośnie nim żongluje, skutecznie uniemożliwiając nudne, miarowe tupaniem nóżką, które tak bardzo lubią tradycjonaliści - włącznie ze mną.

Ta zespołowa synergia owocuje albumem pełnym fascynujących skrajności. Otwierający krążek „Earthrise” to istny kosmos. Dźwiękowy odpowiednik oglądania zorzy polarnej z okna statku kosmicznego – przestrzenny, hipnotyzujący i powoli budujący napięcie, by po chwili eksplodować potężnym riffem unisono i błyskotliwą grą liderki — popis wirtuozerii i wyobraźni jednocześnie. To muzyczne in medias res: bez ostrzeżenia, bez przepraszania, od razu na głęboką wodę. Potężny strzał w postaci „Particles of Change”, czyli wielominutowego, dynamicznego potwora, w którym zespół rzuca się w wir kolektywnej improwizacji. To właśnie tutaj korelacje z fusion uderzają najmocniej, a polirytmiczne łamigłówki sekcji rytmicznej i agresywne, choć niesamowicie melodyjne frazy liderki nie pozwalają usiedzieć w miejscu.

Sama Rawicz imponuje techniką. Potrafi połączyć niemal chirurgiczną precyzję intonacji z głębokim, pełnym ekspresji brzmieniem. Artystyczna dojrzałość liderki sprawia, że akademicka dyscyplina bez walki kapituluje przed czystą, rockową ekspresją.

Na szczęście album nie opiera się wyłącznie na energii i wirtuozerii. W utworach takich jak „Marshmallow Tree” czy „Time and Other Thieves” pojawia się przestrzeń, oddech i subtelność. To właśnie w tych spokojniejszych momentach muzycy pokazują, jak znakomicie operują ciszą, barwą i napięciem - uwielbiam te fragmenty.

INKYRA jest dowodem na to, że jazz wciąż potrafi zaskakiwać. To porywająca, hipnotyzująca muzyczna podróż pełna niespodzianek, zwrotów akcji i zakrętów. Emma Rawicz nie próbuje wynajdywać gatunku na nowo. Zamiast tego bierze z jego historii to, co najcenniejsze, przepuszcza przez własną wrażliwość i tworzy muzykę, która pulsuje życiem.

I właśnie to jest w tej muzyce najcenniejsze: nie trzeba mieć doktoratu z muzykologii ani kolekcji winyli z lat pięćdziesiątych, by czerpać z niej autentyczną przyjemność.

Tak więc nie czekaj ! Włącz ten album, zapnij pasy, uśmiechnij się do oburzonych purystów i daj się wystrzelić w kosmos – warto sprawdzić, jak ekscytująco brzmi jazz tworzony tu i teraz.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: