Translate

środa, 12 sierpnia 2026

Sygnał Trwa Dalej czyli rozmowa o nowym rozdziale wytwórni płytowej Not Two Records

Polish Jazz Blog: Jak to się stało, że przejąłeś stery Not Two?

Cezary Lerski: Nie mogę zdradzać szczegółów protokołu. Mogę tylko powiedzieć, że pewnego dnia dotarła do mnie czarna płyta winylowa — bez etykiety, bez numeru katalogowego. Opuściłem igłę i usłyszałem głos Marka płynący nad cichym dronem kontrabasu: „Cezary, twoją misją, jeśli zdecydujesz się ją przyjąć, jest utrzymanie Not Two przy życiu”. Potem dwanaście sekund instrukcji, których zobowiązałem się nigdy nie powtórzyć, a na koniec: „ta płyta ulegnie samozniszczeniu za pięć sekund”. I tak się stało.

PJB: Marek Winiarski założył wytwórnię w Krakowie w 1998 roku. Co czułeś, że musisz chronić, obejmując redakcję, a co mogłeś zmienić?

CL: Chronić trzeba otwartość – gotowość Marka, by pod tym samym logo wydać zarówno prostą sesję bebopową, jak i dwupłytowy elektroakustyczny trans, bez żadnych przeprosin. Ta otwartość to kręgosłup wytwórni. To, co mogłem zmienić, to zasięg: świadomie łączyć muzyków i projekty ponad granicami oraz sprawić, by katalog był naprawdę widoczny w sieci – żeby przestał być tajnym uściskiem dłoni wśród kolekcjonerów.

PJB: Dokumentujesz polski jazz na PolishJazz.com od ponad dwóch dekad, a teraz kierujesz Not Two. Myślisz o sobie bardziej jako o archiwiście, krytyku czy producencie?

CL: Szczerze mówiąc, te trzy role nigdy się u mnie nie rozdzieliły. Archiwista dba, żeby zapis się zgadzał, krytyk decyduje, co warto usłyszeć dwa razy, a producent dopilnowuje, żeby dana rzecz w ogóle powstała. W Not Two robię wszystkie trzy rzeczy tego samego popołudnia – i katalog to wynagradza.

PJB: Katalog rozciąga się od bebopu Wojtka Groborza po „Dear Everyone" Kyle’a Bruckmanna. Czy istnieje nić łącząca tak szeroki zakres, czy sama szerokość jest tu sednem?

CL: Szerokość jest sednem, ale nie jest przypadkowa. Nicią jest przekonanie — każda z tych płyt powstała z rąk ludzi, którzy naprawdę w to wierzą, czy swingują na temacie Parkera, czy detonują surrealistyczny tekst na dziewięćdziesiąt dziewięć głosów. Not Two nigdy nie wydało muzyki do słuchania w tle. Jeśli istnieje tu jakiś „styl domowy”, to jest nim intensywność.

PJB: Wytwórnia wyraźnie postawiła na cyfrę – większość katalogu jest dostępna w digitalu. To decyzja filozoficzna czy praktyczna?

CL: Jedno i drugie, ale najpierw praktyczna. Sesja wolnej improwizacji wytłoczona w małym nakładzie i leżąca po magazynach nikomu nie pomaga. Cyfra oznacza, że fan w São Paulo czy Seulu może dziś wieczorem usłyszeć nagranie Frode Gjerstada z 2003 roku. Filozofia wynika z praktyki: jeśli wierzysz, że ta muzyka ma znaczenie, jesteś jej winien jak najszersze drzwi.

Pamiętaj też, że jakość cyfrowej muzyki, którą oferujemy na Bandcampie, to 24‑bitowe audio bez kompresji, w najwyższej jakości hi‑fi. Większości ludzi muzyka cyfrowa kojarzy się z mp3 – nasza oferta nie ma z tym nic wspólnego. To, co oferujemy audiofilom, zdecydowanie przewyższa wszystko, co znajdziesz na płycie CD. 24‑bitowy dźwięk oferuje ponad 16 milionów unikalnych wartości głośności oraz teoretyczny zakres dynamiki 144 dB (CD maksymalnie 96 dB). 24‑bit oferuje 256 razy większą rozdzielczość poziomów głośności niż 16‑bitowy CD (65 536 vs 16 777 216), co czyni go standardem profesjonalnych studiów nagraniowych.

PJB: Wśród muzyków panuje spore rozgoryczenie wobec Spotify. Co o tym sądzisz?

CL: Stawiamy mocno na Bandcamp, ale jeśli artysta się zgadza, udostępniamy muzykę wszędzie — Apple, Tidal, Spotify, nawet do bibliotek TikToka. Szczera prawda jest taka, że większość muzyków jazzowych praktycznie nic nie zarabia na streamingu – czasem trzeba dziesiątek tysięcy odtworzeń, żeby zarobić dolara. Dlatego tylu artystów zniechęciło się do Spotify. Bandcamp jest inny – garstka oddanych fanów kupujących album łatwo bije wielkie platformy cyfrowe.

Pomyśl o tym jak o winylu kontra radio: radio daje zasięg, winyl daje wartość. Streaming daje odkrywalność, Bandcamp – realne wsparcie i wartość. Razem tworzą najbardziej efektywną równowagę.

PJB: Pracujesz jako redaktor, producent, bloger, podcaster – a czasem pisałeś też o motocyklach. To rozproszenie czy spójna całość?

CL: To się łączy, choć z zewnątrz wygląda inaczej. Historia z motocyklami sięga początku lat 90., kiedy mieszkałem w Rapid City w Południowej Dakocie , 30 mil od Sturgis. Przez większość roku niewiele się tam działo – a potem, każdego sierpnia, wjeżdżał największy zlot motocyklowy w kraju i cały region zapełniał się wolnymi duchami w skórzanych kurtkach, robiącymi wspaniały hałas. Szczerze mówiąc, niewiele różniło się to od dobrego festiwalu wolnej improwizacji: głośno, nieokiełznanie, głęboko zaangażowanie i nie dla każdego. Pisanie zawsze wynika z tego samego instynktu: zauważ coś, co większość ludzi mija obojętnie, a potem powiedz komuś, dlaczego warto poświęcić temu czas.

PJB: Co przed nami? Wytwórnia mówi o „nowym rozdziale”. Co to znaczy?

CL: To część, która naprawdę mnie rajcuje. Katalog nie jest zamkniętym archiwum — mamy nowe wydawnictwa w przygotowaniu, a o kolejnych już rozmawiamy. Geografia się zmieniła, misja nie — wciąż słuchamy nowej twórczości tak, jak robił to Marek, i pozostajemy otwarci na świeże pomysły, nowe składy oraz kontynuacje współpracy z artystami, którzy od lat współtworzą nasz katalog.

Nie przekreślamy możliwości wydań fizycznych – na CD, winylu, a nawet kaset. To logistycznie trudne, ale finalizujemy już takie opcje dla projektów, które będą tego potrzebować. Jesteśmy na etapie dopinania wszystkich szczegółów.

PJB: A słuchacze? Czy mogą realnie stać się częścią tego wszystkiego?

CL: Mogą – i to jest kluczowe. Mała niezależna wytwórnia jest tak silna, jak społeczność wokół niej. Artyści przynoszą dzieło, ale słuchacze dają mu życie poza samym nagraniem: w piśmie, w rozmowie, w prostym akcie podania muzyki komuś, kto właśnie jej potrzebuje. Są konkretne drogi wejścia: dzielcie się recenzjami, materiałami, pomagajcie rozgłaszać nowe wydawnictwa. A dla tych, którzy chcą pójść dalej – istnieje ścieżka, by zostać producentem wykonawczym nowego wydania poprzez finansowanie społecznościowe.

PJB: Z całego katalogu – jakie wydawnictwo podałbyś komuś, kto nigdy nie słyszał ani nuty tej muzyki?

CL: Odpowiem inaczej niż zwykle, bo akurat mam pod ręką idealną odpowiedź na to pytanie. Właśnie ukazało się „One Voice" – pierwsza część nowej serii kompilacji z katalogu Not Two. To najlepsze drzwi wejściowe, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Jedenastu muzyków, solowe nagrania z lat 2001–2020, nikt nie powtarza się dwukrotnie. Dla nowych słuchaczy – złoty środek: żadnej potrzeby znajomości historii wytwórni, żadnego kontekstu. Dla stałych fanów – nowe zestawienie, które ujawnia pokrewieństwa niewidoczne przy słuchaniu katalogu wydanie po wydaniu.

PJB: Katalog liczy blisko 350 wydawnictw. Naprawdę wszystkich wysłuchałeś?

CL: Wszystkich. Minimum dwa razy. Niektórych częściej, niż zaleciłby jakikolwiek licencjonowany psychiatra.

PJB: Czy były jakieś odrzucone slogany Not Two, zanim padło na „Free music without borders”?

CL: Kilka. „Not Two: Bo Jeden To Za Mało”. „Nie Zanucisz Tego, Ale Zapamiętasz”. „Teraz o 30% Więcej Klarnetu Basowego”. Był też krótki, mroczny okres, kiedy lobbowałem za „Not Two: My słuchamy tego, żebyście wy nie musieli”, ale muzycy zaprotestowali – słusznie – argumentując, że jednak absolutnie musicie tego słuchać.

PJB: Gdyby Not Two mogło podpisać kontrakt z dowolnym muzykiem, żywym lub zmarłym – kto by to był?

CL: Oczywiście Taylor Swift. Wyobraź sobie: jej solowa, czterdziestominutowa medytacja na klarnecie basowym, bez wokalu, bez odniesień do byłych narzeczonych, numer katalogowy MW13. Byłoby to najmniej streamowane nagranie w jej karierze i zdecydowanie najodważniejsze.

Ale mówiąc poważnie? The Grateful Dead. Rozumieli coś, co kiedyś uświadomił mi Tomasz Stańko – że nagranie to tylko pamiątka, a prawdziwa rzecz dzieje się na żywo, inaczej każdego wieczoru, dla ludzi gotowych za nią podążać. Każdy koncert Stańki czy Deads był improwizacją, która ufała publiczności. To duch katalogu Not Two – dlatego większość naszych płyt to nagrania koncertowe.

PJB: Musimy zapytać o twoją pracę zawodową. Masz MBA z rachunkowości z Baruch College na Manhattanie. Co, na Boga, ma księgowość wspólnego z wolnym, awangardowym jazzem?

CL: Wszystko – i ludzie zawsze są tym zaskoczeni. Baruch – Zicklin School, część CUNY, z jednym z najbardziej rygorystycznych programów księgowych w USA – nauczył mnie patrzeć na chaotyczny, rozległy system i odnajdywać w nim strukturę. To dokładnie ta sama umiejętność, jakiej wymaga zestaw wolnej improwizacji. Dla niewprawnego ucha brzmi to jak chaos; dla wprawnego to księga, która bilansuje się w czasie rzeczywistym. Każdy zapis ma swój kontrzapis, każdy gest ma konsekwencję, i nic nie jest przypadkowe –po prostu jeszcze nie zostało uzgodnione. Najlepsi improwizatorzy to najbardziej zdyscyplinowani księgowi dźwięku – oni poprostu prowadzą swoje księgi w własnej tonacji.

PJB: W porządku. Jako księgowy i okazjonalny producent widziałeś ten biznes z wielu stron – więc jak odpowiesz na odwieczne pytanie: jak mieć milion złotych z jazzu?

CL: Zacznij od dwóch.


Not Two Records ( nottworecords.org ) - polsko- amerykańska wytwórnia wolnej improwizacji i free jazzu, prowadzona obecnie z podnóża gór Sierra Nevada w Kalifornii. Jej najnowsze wydawnictwo to „One Voice" — pierwsza część nowej serii kompilacji katalogowych — jest już dostępne cyfrowo na nottworecords.org/mw001.html.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: