Jerzy Mazzoll – klarnet basowy, metalowy, klarnety D, A, Es
Waldemar Knade – altówka
Łukasz Hurric – elektronika
Grzegorz Kazuro – bas, harmonium, tabla, gong
Michał Jarocki – gong, drumla, steelpan, deszczownica, didgeridoo
Album: „Haiku”
Wydawca: Mazzolleum/LeP Records (https://leprecords.pl/) 2026
Tekst: Marek Demidowicz
Zdjęcia na okładce płyty „Haiku”, wykonane przez Olgierda Zbychorskiego, przedstawiają rosnący w Oświęcimiu miłorząb dwuklapowy (Ginkgo biloba). Jest to pierwsze w Polsce drzewo wyhodowane z sadzonki japońskiego Hibakujumoku, czyli drzewa, które przeżyło wybuch bomby atomowej. Miłorząb z Hiroszimy został posadzony w parku na Zasolu w maju 2023. Został wyhodowany z sadzonki miłorzębu rosnącego w Ogrodzie Shukkei-en, który przetrwał eksplozję 6 sierpnia 1945.
Na płycie tylko 2 dwudziestokilkuminutowe utwory „Hibakujumoku O” na pierwszej stronie i „Hibakujumoku H” na drugiej. Hibaku to osoba lub obiekt poszkodowany w wyniku wybuchu bomby atomowej, a jumoku to drzewo. Skąd jednak wzięły się litery O oraz H w tytułach? Litera O oznacza Oświęcim, litera H Hiroszimę.
Z grubsza można by powiedzieć, że muzyka ma 3 warstwy. Na spodzie jako pierwsza jest elektronika i harmonium tworzące ambientowe brzmienia, czasem sięgające skojarzeń ze starym krautrockiem. Plamy dźwiękowe, sekwencyjne struktury, basowa baza. Druga warstwa, która splata się z bazą i tym, co na wierzchu, to bogactwo brzmień, rytmów, barw kreowanych przez liczne instrumenty etniczne: tybetańskie i nepalskie gongi, australijskie didgeridoo, hinduską tablę etc. Trzecia warstwa to soliści snujący swoje improwizowane opowieści: Jerzy Mazzoll i jego klarnety oraz Waldek Knade i jego altówka.
fot. Magdalena Białecka
Haiku to bardzo skondensowana japońska forma poetycka, która składa się jedynie z siedemnastu sylab podzielonych na zaledwie trzy wersy. Zastanawiałem się chwilę, skąd ten tytuł w kontekście 2 długich w końcu utworów. Wytłumaczeniem może być skupienie się na jednym motywie, na jednej chwili, na jednym drzewie, tak jak w tradycyjnym haiku. Może też być medytacyjny charakter utworu albo minimalistyczne, można powiedzieć, kaligraficzne traktowanie materii dźwiękowej. Spytałem Mazzolla o znaczenie tytułu, ale zamiast prostego wyjaśnienia transkulturowych implikacji znalazł czas na ciekawą wypowiedź o procesie twórczym, o własnych przemyśleniach, o wątkach literackich. Wyszedł z tego wywiad. Trochę skróciłem i przeredagowałem, bo nasza rozmowa była długa i emocjonalna.
„Ta formacja jako zespół warsztatowy na początku nazwała się Arhythmic Gong. Chodziło jednak o zmianę identyfikacji, ponieważ to, co zrobiłem, to już nie była ta formacja (ani to Arhythmic, ani Gong). Dołączyłem minimalistyczną elektronikę Łukasza Hurrica i mądre piękne granie na altówce Waldka Knade, a następnie… wymiksowałem się z tej sesji.
Wg moich instrukcji (siedziałem w sercu Borów Tucholskich w osadzie Betlejemka) oni w studio zrobili szkielet. Nie chciałem, by to było grane jak zwykle, że wszyscy osiadają na laurach, czekając, co zagram. Komponowanie na żywo podczas grania przełożyłem na instrukcje, które podawałem przez telefon, podczas gdy oni grali w studio. Podczas sesji byłem dyrygentem przez telefon, nie pojawiając się tym razem wcale w studio!
W zasadzie miała być i jest to formacja jednej płyty. Dlatego dodawanie Arhythmic nie było możliwe, bo to mój długoterminowy projekt. Gong też, bo prócz instrumentu oznaczał dla mnie zbyt krautrockowy, kultowy idiom, który jest świetny, ale czy w tym kontekście miał rację bytu? No i, o dziwo, ta formacja, choć jednorazowa, de facto ma już trzy odsłony. Jest sesja w trio, która po doświadczeniu Haiku i tego sposobu pracy okazała się inną zupełnie i niezmiernie interesującą. Jest świetnie nagrany koncert z dokładnie tym materiałem, ale żyje odbierany inaczej i ma wielką moc, wszystkim bardzo się podoba. Ale płyta wychodzi tylko jako Haiku, wokół drzewa, które przetrwało wybuch bomby atomowej i zostało w ramach ceremonii przeniesione i posadzone w Oświęcimiu. Taka była moja decyzja.
To drzewo ma dla mnie znaczenie, mocny znak i symbol przetrwania czegoś minimalnego. Okruchu życia, mimo różnych form eksterminacji, które ludzie ludziom do dziś fundują. Bomba atomowa w Japonii i niemieckie obozy zagłady na terenie Polski.
Gdy stanowiłem tę telefoniczną partyturę i dyrygowałem przez satelitę z głębi lasu, w zasadzie był to mój jedyny kontakt z telefonem i mediami przez tydzień. Byłem z dwójką moich najmłodszych dzieci i dwoma psami (z trzech) w głębi lasu. Zbieraliśmy grzyby i je przebieraliśmy i przerabialiśmy. Na przetwory, na słoiki, na jajecznicę z grzybami, na wywar, który w butelce po kefirze wytrwał do świąt Bożego Narodzenia i był jednym z naszych dań. Tydzień bez mediów, bez kontaktu, bez telefonów. Tylko jedna lektura (Haiku Czesława Miłosza), partytura i dyrygentura. Wędrówki, kominek, las, psy, dzieci moje, inne, skupione. I świadomość kruchości tej konstrukcji, a jednak konstrukcji.
Muszę tu jeszcze napisać o mojej relacji i szacunku do Miłosza, które zaczęły się późno, ale bardzo świadomie. Przeczytałem w dorosłym już wieku Rodzinną Europę i to mnie na niego otworzyło. Wyjaśnił mi wiele z polskości, ale też wiele z pochodzenia. Mój dziadek był z Kowna, a ja się od trzeciego roku życia wychowałem na mazurskiej wsi u dziadków. Dziadek Antoni wprowadził mnie w życie, w czytanie, w fotografię, a jego syn, brat mojej mamy Antoni, w słuchanie muzyki. No więc kruchość, ułomność życia, historii, obrazów, narodowości, naszych korzeni. Nadziei i wiary. No i tego Miłosza znów odnajduję w Haiku, w zupełnie niby obcej formie. Ale on tam jest. Dla mnie. Haiku jako forma, w której wyrażasz wszystko i głęboko, gdy już brakuje słów i formy.
Tak więc strony A i B to jest haiku. To ta sama forma i różne emocje, opowieści, aspekty nieujętego w słowa pojmowania danej tragedii i nadziei jednocześnie.
Dużo pracy producenckiej i kompozytorskiej później włożyłem, by to oddać, ale chyba o kuchnię tworzenia, aranżu, produkcji i kompozycji nie pytałeś? No i mam nadzieję, że nie zapytasz, skoro na proste pytanie i jedno słowo Haiku dostałeś taki wykład”.
Muzyka uwodzi. Może nie jest odpowiednia dla strażników czystości jazzowego idiomu, ale dla osób szukających, dla umysłów ciekawych nowych rozwiązań ograniczonych przez fizykę dźwięków albo dla takich jak ja, mających szerszy niż tylko swingowy background, jest fantastyczna. Muzyka medytacyjna, a może ilustracja muzyczna nieistniejącego filmu, a może po prostu bardzo ciekawy pomysł formalny, strukturalny, konceptualny, brzmieniowy. Na pewno świetnie stymuluje obszary w mózgu odpowiedzialne za wyobraźnię. Odkrywanie tej płyty stanowiło dla mnie ciekawą przygodę intelektualną, tyle tu wątków kulturowych, historycznych, moralnych, filozoficznych, literackich, muzycznych.
Warto chwilę zatrzymać się na wynikach analizy usytuowania tego dzieła w światowej topografii kultury. Jest oczywiście Japonia z haiku. Jest Nepal, Tybet i wiele innych azjatyckich kultur, gdzie ważną rolę odgrywają gongi. Jest australijskie didgeridoo (choć nazwa podobno nie jest aborygeńska, a irlandzka). Są echa krautrocka i muzyki elektronicznej w stylu Can czy Tangerine Dream. Jest ambient. Jest hinduska tabla. Są polscy muzycy i inspiracja Miłoszem. Jest europejska kameralistyka i awangarda XX wieku. Jest w końcu improwizacja jazzowa, wywodząca się z USA. Można tych konotacji jeszcze sporo znaleźć i to jest zadanie dla uważnych i erudycyjnych słuchaczy. Za każdy nowy trop obiecuję nagrodę w postaci dobrego samopoczucia. Jeśli tak rozumieć muzykę świata, to ja jestem zagorzałym jej zwolennikiem.
Słów parę o wykonawcach. Twórcą projektu jest legenda yassu Jerzy Mazzoll, który skomponował, zaaranżował oraz – jak czytaliśmy – zadyrygował przez telefon obie części „Haiku” i zaprosił do współpracy znakomitych muzyków. Mazzoll używa tu całej baterii klarnetów: basowego, metalowego oraz klarnetów D, A i Es. Improwizuje, maluje pejzaże basowe w tle. Drugim głównym solistą jest Waldemar Knade, grający na altówce, nadający nieco kameralistyczny sznyt. Łukasz Hurric odpowiada za ambientową elektronikę. Do tego dwaj przeszkadzajkarze: Grzegorz Kazuro, grający m.in. na gitarze basowej, harmonium, tabli i gongach oraz Michał Jarocki m.in. na gongach, drumli, deszczownicy i didgeridoo. Formacja poszukująca, budująca długie, transowe struktury przy użyciu instrumentów etnicznych, elektronicznych i koncertowych, o głębokich i medytacyjnych brzmieniach. Wychodząc z rudymentarnych kolaży dźwiękowych, śmiało żeglują w kierunku free jazzu i awangardy, łącząc medytacyjne brzmienie tradycyjnych instrumentów i przestrzenną elektronikę, stanowiących bazę dla jazzowych i awangardowych improwizacji.
Oba utwory na płycie długie, odpowiednio 23’28’’ i 25’38’’ Nie jest to jednak homogeniczna impresyjna forma. Jeśli słuchaczowi uda się uniknąć wciągnięcia w medytację, co nie jest łatwe, jeśli posłucha bardziej analitycznie, to bez trudu rozpozna kolejne kilkuminutowe części różniące się rytmicznie, stylistycznie, instrumentalnie lub brzmieniowo. Zadanie ułatwia rozdzielenie części uderzeniem gongów. Oba utwory kończą odrębne gatunkowo od całości grunge’owe cody. Zabrzmiały mi znajomo, ale Mazzoll wykluczył, że to cytaty, raczej odwołanie do przeszłości muzyków. Płyta przepiękna. Mimo super poważnych inspiracji to nie jest requiem ani tren. Ja słyszę tu więcej światła i nadziei niż mroku i rozpaczy. Poza tym każdy ma jakiegoś bzika. Mamy w redakcji kolegę, którego fascynują akordeony i mandoliny. Bzika mam i ja: to klarnet basowy, a tu mogę się nim raczyć do woli, i to w mistrzowskich rękach Mazzolla.
Wydawcy to nowy label Mazzolla Mazzolleum we współpracy z niezależną oficyną basisty Piotra Komosińskiego LeP Records. Wg informacji uzyskanych od Piotra płyta ukazała się w celowo ograniczonym obiegu, wyłącznie jako limitowana edycja analogowa (winyl). Projekt nie jest dostępny w masowej dystrybucji cyfrowej, a fizyczne egzemplarze można nabyć bezpośrednio u członków zespołu oraz w ściśle wybranych, niezależnych punktach dystrybucji. Widziałem go jednak również w dużej sieci z dobrymi płytami. Mój egzemplarz otrzymałem od współwydawcy Piotra Komosińskiego. Uwagę zwraca okładka, dzieło sztuki. Płyta bardzo dobrze wytłoczona, dość ciężka, brzmi wspaniale. Tak się złożyło, że recenzję pisałem słuchając głównie plików cyfrowych, które otrzymałem od wydawców, ale to co słychać z winyla, wznosi nas na wyższy poziom percepcji.
Oficjalna premiera „Haiku” miała miejsce 29 sierpnia 2026 w niezwykłym miejscu, w Pawilonie Polana w Grabowie. Miejsce prowadzone przez Elżbietę Jabłońską z Fundacji W788 na 788. kilometrze Wisły.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz