Translate

poniedziałek, 27 marca 2023

Jan Ptaszyn Wróblewski Quartet - On The Road Vol.I (2022)

Jan Ptaszyn Wróblewski Quartet

Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy
Wojciech Niedziela – fortepian
Jacek Niedziela-Meira – kontrabas (01, 02, 03)
Andrzej Święs – kontrabas (04, 05)
Marcin Jahr – perkusja

On The Road Vol.I (2022)

Wydawnictwo: For Tune

Tekst: Paweł Ziemba

100 lat Mistrzu!!!

27 marca swoje osiemdziesiąte siódme urodziny obchodzi twórca ruchu Polish Jazz - Jan Ptaszyn Wróblewski - osoba wyjątkowa, jedna z najważniejszych i najbarwniejszych postaci polskiej sceny jazzowej. Pionier polskiego jazzu, nazywany przez wielu „Generałem”; aranżer, kompozytor, dyrygent, świetny saksofonista tenorowy i barytonowy. Muzyk o wielkim sercu, “dobry duch” życia jazzowego w Polsce i promotor wielu młodych talentów. Jakby tych wszystkich przymiotów było mało – radiowiec, recenzent, gawędziarz z ogromnym poczuciem humoru. Nie będzie przesadą powiedzieć o Ptaszynie, że to człowiek z innej planety - planety o nazwie JAZZ.

Leży przede mną kolorowe etui najnowszego CD kwartetu Jana Ptaszyna Wróblewskiego „On the Road vol 1, wydanego przez For Tune Records, opatrzone wieloma zdjęciami bohatera dzisiejszej recenzji. Z całą pewnością jest to płyta inna od wszystkich wcześniejszych nagrań Ptaszyna. Jej głównym wyróżnikiem jest okres, w jakim wszystkie kompozycje zostały zarejestrowane. Tych pięć utworów pochodzi z wybranych, przez samego Mistrza sesji koncertowych z lat 2003-2020. Jest to na chwilę obecną pierwsza i jedyna płyta obejmująca w swoim rozległym spectrum aż 17 lat spotkań z miłośnikami jazzu.

Ptaszyn brzmi na saksofonie w sposób niepowtarzalny i natychmiast rozpoznawalny. Nasz Jubilat sam o sobie mówi „Każdy wchodząc w granie, siłą rzeczy nastraja się do czegoś, co mu jest potrzebne – akurat taką barwę lubi, a takiej nie – w związku z tym wszystko się do tego dopasowuje: gęba, ustnik, stroik – potem trudno jest to zmienić”

Warto spojrzeć na nową płytę Wróblewskiego trochę z innej perspektywy. Posłuchajmy tej muzyki mając przed oczami osobę lidera – wyjątkowego człowieka, na którego twórczości wykształciło się kilka pokoleń adeptów jazzu; muzyka, który nieprzerwanie przybliża jazz z Polski i zagranicy wielu pokoleniom polskich słuchaczy.

Analizując własne wspomnienia, mając za sobą lata nie tylko pierwszej, ale i drugiej młodości, nie pamiętam polskiej sceny jazzowej bez obecności Ptaszyna.

Mamy możliwość słuchania być może najbardziej wyrazistego i wpływowego instrumentalisty polskiej sceny jazzowej. Tematyczna płodność i spójność swobodnych improwizacji Mistrza sprawiają wrażenie, jakby każdy zasłyszany przez niego skrawek muzyki był przechowywany w pamięci jego umysłu, aby następnie w dogodnym momencie mógł być szybko wykorzystany podczas koncertu.

Należy podkreślić, że w okresie, kiedy nasz bohater rozpoczynał swoją karierę, jazz był w Polsce zdelegalizowany. Kraj znajdował się za żelazną kurtyną. Państwowa wytwórnia nie chciała wydawać jazzu oraz wszystkiego co mogło być z nim powiązane.

Młodszym czytelnikom trudno będzie dziś uwierzyć, że prawie do końca lat 90-tych w Polsce nie były legalnie dostępne żadne zachodnie wydawnictwa płytowe. Jeśli ktoś chciał mieć płytę, musiał ją sobie przywieźć z Zachodu. Inną możliwością było słuchanie radia, a konkretnie: "Voice of America Jazz Hour" Willisa Conovera, nazywanego "ojcem chrzestnym polskiego jazzu". Od stycznia 1955 roku przez pięć dni w tygodniu w godzinach 21.15 - 22.00 przez ponad 40 lat Willis Canover dostarczał wszystkiego, czego fani jazzu potrzebowali. Można było usiąść przy odbiorniku i słuchać... Nie bez kozery przywołuję audycję Canovera. To właśnie on inspirował pierwsze pokolenia polskich jazzmanów, włącznie z młodym Ptaszynem. I jak to w życiu czasem bywa, uczeń przerósł mistrza, bowiem swoisty rekord Canovera został pobity przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Trzema Kwadransami Jazzu”, nadawanymi nieprzerwanie od ponad pół wieku, będącymi źródłem wiedzy i inspiracji dla kolejnych pokoleń.

Wróćmy jednak do muzyki zawartej na płycie On The Road Vol.1. Słuchając nagrań odnosi się wrażenie, że każda fraza zagrana przez Ptaszyna jest ważna, nie przypadkowa, ma swoje uzasadnienie i historię. Nie ma znaczenia, czy słyszymy znany nam dobrze standard „Moritat” Kurta Weilla z musicalu Mack the Knife, czy też autorską kompozycję Ptaszyna „Seans Na Niepogodę”. Każdy z utworów brzmi tak samo świeżo, żywiołowo i ciekawie, bez względu na to, kiedy były nagrane.

Wiedząc, że będę miał możliwość recenzowania płyty Ptaszyna, wybrałem się na koncert do miejsca, gdzie część nagrań została zarejestrowana. Dzięki zaproszeniu otrzymanemu od Jarka Michaluka, kontrabasisty, animatora życia jazzowego na Podlasiu, a jednocześnie członka kwartetu występującego tego wieczoru wraz z Ptaszynem, miałem okazję być na koncercie Mistrza w Białej Podlaskiej. I mogę stwierdzić stanowczo: Ptaszyn z wiekiem nie stracił NIC ze swojej muzycznej żywiołowości, poczucia humoru oraz ogromnej muzykalności! Osiemdziesięciosiedmioletni muzyk sprawia wrażenie najspokojniejszego człowieka na scenie. Mimo widocznych trudności w poruszaniu się spowodowanych słabym już wzrokiem, „Generał” polskiego jazzu ma pełną kontrolę nad zespołem. Swobodnie ogarnia przygotowany materiał muzyczny bez względu na jego tempo i tonacje. Gra wszystko z pamięci, bez żadnych nut. Tylko on i saksofon! Nie ma znaczenia czy zespół gra jedną ze starszych kompozycji Ptaszyna, czy też utwór autorstwa jednego z członków kwartetu. Mistrz na scenie panuje nad wszystkim.

Tego wieczoru kwartet Ptaszyna wykonał „Moritat” - dokładnie ten sam utwór, który 3 lata wcześniej został zarejestrowany podczas koncertu i znajduje się na krążku. Zgromadzoną na widowni publiczność Wróblewski oczarował, rzucając wszystkich na kolana interpretacją doskonale znanego standardu. Jego gra była pełna energii i muzycznego humoru, słychać tu ogromny szacunek dla melodii, ale jednocześnie Ptaszyn gra po swojemu... Delikatne brzmienie saksofonu czasami zmienia się w masywne, pełne uniesień solo lidera, a towarzyszący mu muzycy dopełniają całości.

Ptaszyn nie stroni od dowcipnych komentarzy do wykonywanych utworów, skracają w ten sposób dystans do siebie jak i pozostałych członków kwartetu. Ma ogromne poczucie humoru i, mimo niekwestionowanej pozycji pioniera polskiego jazzu, posiada też wiele pokory i skromności.

A przecież to właśnie On był członkiem pierwszej polskiej formacji grającej modern jazz z prawdziwego zdarzenia – Sekstetu Komedy. Występ grupy na pierwszym Sopockim Festiwalu Jazzowym w 1956 roku został uznany za rewelację. Wróblewski w tym czasie grał na klarnecie i saksofonie barytonowym. Był członkiem międzynarodowej orkiestry International Newport Band z którą wystąpił na Newport Jazz Festival, jak również koncertował w Europie, m.in. w Brukseli na Expo’58.

Dzięki jego staraniom ukazał się w 1962 roku pierwszy polski longplay jazzowy „GO RIGHT” Kwintetu Andrzeja Kurylewicza, w którego składzie wystąpili: Andrzej Dąbrowski – perkusja Wojciech Karolak – fortepian Andrzej Roman Kurylewicz – trąbka Tadeusz Wójcik – kontrabas oraz Jan Ptaszyn Wróblewski – flet, saksofon tenorowy.

Można długo jeszcze wypisywać kolejne nazwy zespołów, w których Jan Ptaszyn Wróblewski grał, bądź był ich założycielem; kolejne pionierskie inicjatywy, których się podejmował i niezłomnie realizował, budując fundamenty dla kolejnych pokoleń. Jedno jest pewne - posiadane doświadczenie sprawia, że dzisiejszy Ptaszym brzmi jak nikt inny. Jego gra jest swobodna, a zarazem pełna artystycznej pokory. Po prostu dmucha w róg w sposób jak robił to Coleman Hawkins, John Coltrane, Sonny Rollins czy też Beny Webster - wszyscy wielcy ludzie, których słuchał w młodości i których muzyka wciąż sprawia, że czujemy przysłowiowe „ciary”.

Kolejne utwory z płyty „On the Roud vol 1” dokumentują jak potężnym warsztatem możliwości technicznych oraz brzmieniowych dysponuje Ptaszyn, mimo zaawansowanego wieku. Z drugiej strony wyraźnie widać, że Mistrz jest dziś na innym poziomie realizacji swoich muzycznych ambicji i fascynacji. Jest gotowy do zaakceptowania środka pomiędzy własną nieskrępowaną improwizacją a oczekiwaniami słuchaczy na chwytliwe melodie i zdecydowanie wyczuwalny rytm. Muzyk gra w sposób, który łączy pokolenia, znajdując w utworach wspólny mianownik, bez względu na wiek słuchacza.

Niczym kameleon, korzystając z posiadanych umiejętności i możliwości interpretacyjnych, Ptaszyn potrafi zmieniać koloryt i nastrój utworu. Słychać to niezwykle wyraźnie w otwierającej płytę autorskiej kompozycji „Altissimonica Part III” będącej jedną z części rozbudowanej suity na orkiestrę symfoniczną i improwizującego solistę (w oryginale napisaną dla Henryka Miśkiewicza). Utwór nawiązuje stylistycznie do zachowawczych nurtów muzyki XX w. (Bernstein, Gershwin, Holst). Tenor Ptaszyna brzmi mocno i zdecydowanie. Frazy są długie i soczyste, znakomicie wplatane w zaproponowany układ harmoniczny. Szkoda, że to tylko 15 minut! Świetnie prezentuje się sekcja rytmiczna w składzie Wojciech Niedziela – fortepian, Marcin Jahr – perkusja i Jacek Niedziela-Meira – kontrabas, którego w dwóch ostatnich utworach na płycie zastąpił Andrzej Święs. Ptaszyn zawsze bardzo skrupulatnie dobiera członków zespołu. Musi ich znać, musi być przysłowiowa chemia, aby funkcjonowała całość. Obecny skład kwartetu istnieje od ponad dwóch dekad, ukształtował się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Do dziś ma na koncie niezliczoną ilość koncertów, nagrań, udziałów w festiwalach w kraju i zagranicą.

Muzyka prezentowana na płycie przez kwartet Jana Ptaszyna osadzona jest w jazzowej tradycji, wykorzystując jednocześnie elementy muzyki współczesnej. Nie jest to muzyka skomplikowana, ale nie jest również pozbawiona nowoczesnych brzmień i ciekawej formy. Sposób, w jaki została zaprezentowana kompozycja „Inwersja”, przypomina muskularny liryzm pioniera saksofonu tenorowego Colemana Hawkinsa, choć z charakterystycznym dla Mistrza sardonicznym zadęciem.

Płytę kończy utwór „Po Wielkim Niżu”. Nagranie pochodzi z Października 2020 roku z koncertu zarejestrowanego podczas Podlasie Jazz Festiwal w Białej Podlaskiej. Mamy tu zmianę w składzie kwartetu. W miejsce Jacka Niedziela-Meira pojawia się Andrzej Święs na kontrabasie. W początkowej fazie utworu słychać pewną powściągliwość. Charakterystyczne brzmienie saksofonu buduje klimat kompozycji. Improwizacja Ptaszyna trzyma się blisko melodii i, jak to ma w zwyczaju, przepracowuje ją następnie w porywający sposób. Fantastyczna gra całej sekcji rytmicznej jest fundamentem dla długich fraz lidera. Wojciech Niedziela znakomicie odnajduje się w tej stylistyce, a dynamiczne solo uzupełniane akcentami perkusji Marcina Jahr dodają ognia do całości. Brzmi to bardzo dobrze i czapki z głów drodzy Państwo - dla muzyki i wykonawców!

Siłą tych nagrań jest jazz grany na żywo. To dźwięk oraz surowa energia wsparta muzyczną inteligencją czynią tę płytę czymś wyjątkowym. Od pierwszych dźwięków nikt tu nie odpuszcza. Ta muzyka żyje i oddycha. Rytmy łączą się, nabierają rozpędu i oddziałują na ciało, by po chwili odpłynąć. Niezależne linie instrumentalne rozchodzą się i łączą, tworząc słuchową gęstwinę i mentalne kolory. Obrazy obfitują niezależnie od sugestywnych tytułów nadanych poszczególnym utworom (swoiste poczucie humoru Ptaszyna).

Charakterystyczne brzmienie kwartetu oraz gra lidera sprawiają, że odbiorca odczuwa komfort obcowania z muzyką, dźwiękami dobrze mu znanymi. Zarówno publiczność jak i cały kwartet doskonale się bawią, co słychać w entuzjastycznych reakcjach publiczności jak i samego Ptaszyna.

Ten wyjątkowy krążek nie rozczaruje żadnego miłośnika jazzu bez względu na staż, doświadczenie w odkrywaniu uroków muzyki synkopowanej, jak i tak zwanych starych wyjadaczy.

Często mówi się, że Jana Ptaszyna Wróblewskiego najlepiej słuchać na żywo. Tych kilka próbek dowodzi, że tak właśnie jest. Płyta jest bardzo dobrze nagrana, a w zbiorach naszego Mistrza zapewne znajduje się jeszcze bardzo dużo niewydanych nagrań koncertowych. Liczę na to, że jak wskazuje tytuł, jest to dopiero pierwszy tom takich realizacji muzycznych. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie ich o wiele, wiele więcej w nieodległej przyszłości.


środa, 22 marca 2023

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


Cykl koncertowy „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, zdecydowanie zapowiada już nadejście wiosny, przynamniej tej muzycznej. Pierwszy z anonsowanych koncertów odbędzie się w ostatnią sobotę marca, a w dalszej kolejności czekają na nas - wydarzenie kwietniowe, aż trzy majowe i efektowny, podwójny finisz w połowie czerwca. Miłośnicy muzyki improwizowanej znów mogą liczyć na wielkie emocje i fantastyczne dźwięki.

Otwarcie wiosny będzie dalece spektakularne, albowiem organizatorzy zapraszają nie tylko na koncert, ale także na projekcję filmu. Do Poznania zawita stała współpracowniczka Paala Nilssena-Love i jego Large Unit, belgijska saksofonistka i klarnecistka Hanne De Backer wraz z multimedialnym projektem g a b b r o, który współtworzą pianista Andres Bral oraz perkusista Raf Vertessen. Artyści najpierw zaprezentują nam film „As We Walk” - rodzaj reportażu z konceptualnego spaceru wzdłuż wybrzeża morskiego Belgii w towarzystwie… wielbłąda, w trakcie którego muzycy improwizują w sytuacjach swobodnie inscenizowanych. Po projekcji filmu muzycy zaprezentują nam improwizowany spektakl w wymiarze jak najbardziej koncertowym.

W warstwie muzycznej improwizacje tria De Backer/ Bral/ Vertessen z jednej strony bazują na mrocznych, dronowych ekspozycjach, tudzież powtarzanych mantrycznie frazach, z drugiej przepełnione są swobodną, post-jazzową narracją, pełną dramaturgicznych smaczków.

Muzycy są w trasie europejskiej przez cały marzec, a poza filmem, promują także swój nowy album „The Moon Appears When the Water is Still”, który swą światową premierę miał pierwszego marca br.


Spontaneous Live Series Vol. 41 - Hanne De Backer + g a b b r o: AS WE WALK

Hanne De Backer (saksofon barytonowy, klarnet basowy)
Andreas Bral (fortepian, Indian harmonium)
Raf Vertessen (perkusja)

25 marca 2023 roku, godzina 20.00

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Bilety są już dostępne on-line: https://tiny.pl/w2939

*****

Znane są także kolejne daty wiosennych koncertów w ramach spontanicznego cyklu. W kwietniu, dokładnie 19-ego dnia tego miesiąca, do Dragona zawita japońska eksperymentatorka, kompozytorka i artystka dźwiękowa Reiko Yamada oraz wrocławski trębacz, kompozytor i improwizator Artur Majewski. Artyści zaprezentują projekt dźwiękowy „Interpreting quantum randomness”, dla którego bazą intelektualną jest fizyka kwantowa i losowość zdarzeń. Współtwórcą przedsięwzięcia jest Maciej Lewenstein, fizyk teoretyczny z Barcelony, ale nade wszystko miłośnik jazzu i muzyki improwizowanej, znany z wielu projektów popularyzujących i wspierających tę muzykę, zarówno w stolicy Katalonii, jak i w Polsce.

W maju wielbicieli muzyki improwizowanej czekają aż trzy spontaniczne wydarzenia. Najpierw w niedzielę 7 maja do Dragona powróci doskonały brytyjski saksofonista Colin Webster, którego znamy z wielu występów w Poznaniu, nie tylko w ramach Spontaneous Music Festival. Tym razem przywiezie on ze sobą międzynarodowy kwartet. Obok alcisty tworzą go Sofia Salvo na saksofonie barytonowym, Jan Roder na kontrabasie oraz Mark Holub na perkusji. Muzycy promować będą swoje pierwsze wspólne nagranie w kwartecie, jakie zarejestrowali w roku ubiegłym w berlińskim klubie Soweso.

Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki duetowi portugalsko-holenderskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagra Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji. Muzycy znani są z kilku trzyosobowych składów, które uprawiają efektowne improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”.

W ostatnią sobotę maja obejrzymy koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z południa Polski - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet! Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale, zatem jesteśmy pewni, że będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

W czerwcu, już u progu lata, czekają nas dwa koncerty. Najpierw 16 czerwca kolejny tej wiosny międzynarodowy kwartet – wokalistka Almut Kühne, pianistka Jordina Millà, kontrabasista Gonçalo Almeida oraz perkusista Wieland Möller. Wiele wskazuje na to, iż będzie to swobodnie improwizowana kameralistyka najwyższych lotów. Kontrabasistę znamy w Poznaniu doskonale, z kolei pianistka, to jedna z najciekawszych postaci preparowanego fortepianu Półwyspu Iberyjskiego.

Spontaniczną wiosnę w Dragonie zakończymy definitywnie 21 czerwca spektaklem elektroakustycznym. Na scenę Małego Domu Kultury powróci francuska artystka dźwiękowa Laure Boer, która na ostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu pokazała, iż nie ma dla niej przedmiotu, który nie generował był intrygujących dźwięków. Tym razem swój niezwykły performance zaprezentuje w towarzystwie muzyka o podobnej proweniencji stylistycznej – Michała Krajczoka.

(informacja prasowa)

poniedziałek, 20 marca 2023

Aga Gruczek Trio - Awakening (2022)

Aga Gruczek Trio

Aga Gruczek — fortepian
Michał Aftyka — kontrabas
Kacper Majewski — perkusja

Awakening (2022)

Autor tekstu: Szymon Stępnik


“Z czego się przebudzamy? Myślę, że właśnie z tych rzeczy, które gdzieś w życiu nas blokowały” - tak powiedziała Aga Gruczek w genialnym wywiadzie przeprowadzonym przez redaktora Jędrzeja Janickiego dla Kind of Jazz. Artystkę dręczyły zagwozdki: czy jej kompozycje w ogóle mają szansę spodobać się ludziom? Czy znajdzie się miejsce dla jej zespołu w jakże wymagającym świecie polskiego jazzu? Na szczęście podjęła jedyną słuszną decyzję i zaprezentowała szerszej publiczności swoje umiejętności, czego owocem jest bardzo ciekawa płyta “Awakening”.

Pierwszym, co rzuca się w ucho, a jednocześnie stanowi największą siłą nagrania, jest brzmienie fortepianu liderki. Być może to zasługa świetnej postprodukcji, ale klawisze posiadają tutaj niesamowity reverb. Sam sposób grania sprawia wrażenie bardzo płynącego, szerokiego i rozległego. Dźwięki są gęste, a jednocześnie długie i pozwalające na odpowiednie wybrzmienie. Aga Gruczek świetnie odnajduje się w takim tonie, tworząc przy tym prześliczne pejzaże, które równie dobrze sprawdziłyby się jako soundtrack do jakiegoś filmu.

Skojarzenie z muzyką filmową nie jest bezzasadne. Muzyka na albumie jest co do zasady prosta (zresztą artystka sama przyznaje się do inspiracji popem). Większość utworów utrzymana jest w metrum 4/4 i nie wychodzi zbytnio poza zarysowany na początku schemat. Tym samym, kompozycje są stosunkowo przystępne, co jednak nie znaczy, że są prostackie. Takie metrum pozwala wybrzmieć niektórym zagrywkom fortepianowym, które szczególnie lśnią w “Descension”. Główny motyw przerwany jest w pewnym momencie intrygującą improwizacją, aby na koniec znów powrócić i wybrzmieć w pełnej krasie. Przypomina to trochę styl słynnego Ahmada Jamala, który jest moim ulubionym jazzmanem. Jednakże ostatecznie nie pianistka, ale genialna gra Kacpra Majewskiego na bębnach zrobiła na mnie największe wrażenie.

Właśnie, muzycy towarzyszące liderce, czyli wspomniany Kacper Majewski i Michał Aftyka robią świetną robotę w sekcji rytmicznej. Ten pierwszy z łatwością znajduje flow w rytmie 4/4, aby w odpowiednich momentach zaszaleć z polirytmią oraz zmieniać oblicze numerów na nieco bardziej jazzowe. Michał z kolei stoi z basem nieco bardziej z boku, ale trzeba mu oddać, że odnalazł chemię ze swoim muzycznym bratem za stołkiem perkusyjnym. Panowie świetnie pasują do stylu młodej pianistki i to właśnie oni wielokrotnie nadają charakteru wielu utworom.

Niestety, longplay nie jest pozbawiony wad. O ile pierwsza ścieżka robi ogromne wrażenie, później jest już trochę gorzej. Wciąż mamy do czynienia ze schematem powracającego tematu przewodniego, z tym zastrzeżeniem, że nie jest on już tak chwytliwy, jak w nagraniu rozpoczynającym. O ile “Captured Idea” jeszcze się broni, to “Piątek” ciągnie się niemiłosiernie i bardzo szybko zaczyna nudzić.

Najgorzej wypada “Forbidden Trip”, gdzie na początku ni z gruchy, ni z pietruchy pojawiają się dźwięki syntezatorów, co nie ma żadnego sensu w kontekście całości. Później muzycy wracają do bardziej klasycznej gry, ale i tak jest to najbardziej chaotyczna, a także niedopracowana pozycja. Wszystko na szczęście wynagradza końcowa miniaturka “Finding Answers in Papers”, gdzie Aga udowadnia swój talent kompozytorski, z niesamowitą lekkością tworząc szalone, nieprzewidywalne motywy.

Czasem miałem również wrażenie, że solówki fortepianowe mogłyby być lepsze. Być może moje krytyczne nastawianie wynika z tego, że największą siłą artystki są wielokrotnie tutaj chwalone powtarzające się zagrywki klawiszowe. Są one czasem tak dobre, że solówki niepotrzebnie wyrywają z tego przyjemnego letargu, któremu poddaje się słuchacz.

Mam problem z płytą “Awakening”. Nie jest to nagranie bez wad, które przecież ośmieliłem się wytknąć powyżej. Z drugiej strony, mamy do czynienia z jedną z najciekawszych pianistek młodego pokolenia z własnym niepowtarzalnym stylem oraz ogromnym potencjałem. Można zakochać się w pejzażach fortepianowych, ale też z drugiej strony zniechęcić niektórymi przeciągającymi się numerami i takimi sobie solówkami. Pewność można mieć co do jednego: Aga Gruczek podjęła świetną decyzję o pokazaniu swojego talentu muzycznemu światu. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie powiedziała ostatniego słowa, a kolejne nagrania pozwolą rozwinąć jej skrzydła, przez co wejdzie do panteonu najsłynniejszych polskich jazzmanów.


piątek, 17 marca 2023

Grzegorz Lesiak Essence, Piotr Damasiewicz – On The Way (2022)

Grzegorz Lesiak Essence, Piotr Damasiewicz – On The Way (2022)

Piotr Damasiewicz — trąbka, harmonia, głos, instrumenty perkusyjne
Grzegorz Lesiak — gitara
Àlex Reviriego — kontrabas
Vasco Trilla — perkusja i instrumenty perkusyjne

"On The Way" (2022)

Wydawnictwo: L.A.S. Listening And Sounding

Tekst: Marcin Kaleta

Gdybyż zdarzało się to częściej! "To", czyli tzw. domówka. Inaczej: koncert w domu, konkretnie w rabczańskiej willi "Wiesław" Grzegorza Wernera. 6 czerwca 2022 zagrali tam: Piotr Damasiewicz — trąbka, harmonia, głos, instrumenty perkusyjne, Grzegorz Lesiak — gitara, Àlex Reviriego — kontrabas, Vasco Trilla — perkusja i instrumenty perkusyjne. Dwóch Polaków, dwóch Katalończyków.

Zaskoczenie, że taki kwartet w takim miejscu potrafi zgromadzić ponad czterdzieści osób. Było duszno i ciasno, niektórzy pozostali więc na balkonie. Może i nie wszystkich interesował występ, na pewno nie wszyscy gustowali w jazzie czy muzyce improwizowanej, niemniej wrażenie niezwykłości udzieliło się każdemu. Dopiero co mężczyźni donośnie opowiadali niezbyt zabawne kawały, a niezrażone tym kobiety śmiały się wniebogłosy. Lecz oto pojawili się muzycy i gdy zaistnieli w "subtelnym rezonansie", na widowni nastała "zgroza nagłych cisz", by przywołać Leśmiana.

Uczestniczyliśmy bowiem w prawdziwym misterium. Medytacji. Artyści przedłożyli dźwiękowy pejzaż. Tło, zamiast wyrazistych melodii czy rytmów. Klimat. Nabożeństwo nawet. W pewnym momencie zespół zaczął... jakby się modlić. Inkantacje Damasiewicza przydały całości rytualnego charakteru. Pierwotnie materiał miał zostać opracowany bez niego, w trio pod nazwą Essence. Jednak wcześniejsza współpraca w ramach rockowo-jazzowej formacji Tatvamasi przekonała Lesiaka, by zaprosić trębacza do udziału w nowym projekcie. Tym bardziej, że go szanuje, podziwia i wreszcie dlatego, że się zaprzyjaźnili. "Dzięki niemu nasza sztuka nabrała głębszego, duchowego wymiaru".

Na początku (4-8) czerwca ubiegłego roku objawili się w czterech miastach: Kraków, Rabka-Zdrój, Rzeszów, Lublin. Opowiada lider: "Materiał, który graliśmy podczas tych koncertów, klarował się naturalnie podczas grania. Wyłaniał się samoistnie. To, co zagraliśmy w Krakowie, było punktem wyjścia, a każdy kolejny występ dodawał nowych opowieści. Utworzył się swoisty program w postaci kompozycji wyimprowizowanych. Oczywiście co innego graliśmy na każdym z tych koncertów, natomiast w drodze tworzył się w naszych głowach zarys pewnej całości, którą można nazwać formą".

Dokumentujący przedsięwzięcie album "On the Way" (2022, L.A.S. Listening and Sounding) ukazał się niespełna pół roku później. Przed zapoznaniem się nie byłem doń przekonany. Uważałem, że w tym przypadku koncert — forma quasi-teatralna — ma przewagę nad najlepszymi nawet nagraniami. Moje obawy się nie potwierdziły. Repertuar zarejestrowany podczas 7. edycji lubelskiego festiwalu "Muzyka Ucha Trzeciego" ("The Third Ear Music") zachował sugestywność. I na pewno powinien okazać się atrakcyjny nie tylko dla odbiorców obytych w dokonaniach jazzowej awangardy ostatniego ćwierćwiecza, zwłaszcza europejskiej.

Już na początku Damasiewicz deklamuje manifest własnej inicjatywy koncertowo-wydawniczej, "L.A.S. listening and sounding". Kluczowy w tym przypadku wydaje się wers piąty: "Liberty and Synergy", czyli uwolnienie i synergia. Z jednej strony zatem, jak tłumaczy Lesiak: "[…] to nie jest jazz, tylko muzyka improwizowana. Brzmi współcześnie, szeroko, wielopłaszczyznowo i wielowymiarowo". Owszem, jak najbardziej rozchodzi się tutaj "o swobodną wypowiedź własnym językiem", ale z drugiej strony również "o wyczuwanie się wzajemne, intuicję i energię. O wzajemne inspirowanie się i opowiadanie nowych wspólnych historii". To, że ich spotkania odbywają się w trybie ustawicznego nawiązywania połączenia i poszukiwania synergii, zawiera się w samej nazwie formacji: Grzegorz Lesiak Essence_ Connecting To Piotr Damasiewicz.

Poważne wyzwanie artystyczne. Niełatwo też zaprezentować taką płytę. Całość posiada dość amorficzny charakter. Bardziej aniżeli muzyką wydaje się dźwiękonaśladowczym eventem. Spontaniczne i żywiołowe, ale okiełznane i nienatarczywe to granie. Wybrzmiewa intrygująco. I nie męczy nawet przy kilkakrotnym odsłuchu. W trakcie tegoż wyławiamy smaczki. Szczątkowa melodia gitary pod koniec utworu pierwszego. Zaśpiew i okrzyki wieńczące drugi. Z kolei trzeci nabiera wyrazu za sprawą mocarnego kontrabasu, wokół którego oplatają się pozostałe instrumenty. Wreszcie czwarty, najdłuższy, podtrzymuje aurę tajemnicy, która towarzyszy nam od początku.

Program L.A.S. zrealizowano tutaj wzorowo. Przez godzinę udziela się słuchaczom przeświadczenie o uczestniczeniu we wspólnej wyprawie. Jakbyśmy odwiedzili pozaziemską katedrę, uwidocznioną w animacji Bagińskiego / Dukaja. Albo Miasto Nieśmiertelnych z opowiadania Borgesa. Albo okolice Sierra Morena, po których oprowadzał hrabia Potocki w tej najwybitniejszej spośród powieści, jakie kiedykolwiek powstały. Bądź inne, tym podobne. W ten sposób również odczytuję tytuł albumu: jako pielgrzymowanie poprzez dźwięk w rewiry, które podpowiada wyobraźnia.

Prawdopodobnie już w kwietniu Lesiak, Damasiewicz, Reviriego, Trilla oraz dodatkowo Liba Villavecchia na saksofonie altowym powiodą nas dalej. Wydana zostanie "Skawa" (2023, L.A.S. Listening and Sounding).


środa, 15 marca 2023

Jacek Mielcarek - Życiodajna Woda (2022)

Jacek Mielcarek

Jacek Mielcarek - saksofon tenorowy, klarnet basowy
Marek Kądziela- gitara, elektronika
Jakub Mielcarek - kontrabas
Łukasz Stworzewicz - perkusja, elektronika

Waldemar Kotas - lektor

"Życiodajna Woda" (2022)

Autor recenzji: Piotr Banasiak

"Życiodajna Woda - improwizowane medytacje na podstawie tekstów według św. Jana" - i tutaj Drogi Czytelniku kończy się Twoje wyobrażenie o tej płycie. Zapewniam. Bywa, że poszukiwacze Dobrej Nowiny wychowani na poznańskiej Arce Noego natrafią na poznański Creation Of Death. To jest tożsame z doświadczeniem, jakie będzie udziałem poszukiwacza Nadziei osłuchanego w christiansmoothspiritualgospel jazzie, który trafi na "Życiodajna Wodę". No chyba, że zna późne albumy Coltrane'a albo Aylera. To po pierwsze.

Mamy w tej chwili na rynku "modę" na albumy w rodzaju "panowie grają, a pan/pani deklamuje". Miłosze, Szymborskie, ostatnio Witkacowie, za chwile będą Fredrowie... wydawnictw zatrzęsienie, czasem znakomite, czasem dramatyczne. A tutaj jest św. Jan, który opowiada nam często bardzo niewygodne i niekomfortowe prawdy. Odważny pomysł na dzisiejsze bezduszne czasy. To po drugie.

Pan Jacek Mielcarek nie jest artystą z pierwszych stron "Jazz Forum", niemniej ma piękny dorobek jako współpracownik artystów tak krańcowo różnych jak Natalia Kukulska i India Czajkowska, od Kapeli Brodów i Tadeusza Sudnika do Zbigniewa Wodeckiego. Często tworzy wraz z synem Jakubem, wziętym i markowym kontrabasistą. Jeśli poszukacie Pana Jacka w sieci, posłuchacie czystych, dystyngowanych tonów, mocnego wpływu etnicznego i ludowego. Mnie osobiście styl Pana Jacka kojarzy się z pokrewnym podejściem Mateusza Pospieszalskiego. Przeczytaliście? Posłuchaliście? No to już o tym zapomnijcie. Na "Życiodajnej Wodzie" Pan Jacek pokazuje zupełnie nieznane mi oblicze. Posłuchajcie.

28 lipca 2022 zebrali się w studio Panowie Mielcarkowie, ciekawy perkusista i elektroniczny performer Łukasz Stworzewicz oraz mój ulubieniec Marek Kądziela, który w swoim vanie przywiózł jak zwykle ze dwie gitary i ok. 1700kg efektów do tych gitar. Wiedzieli "o czym" mają grać. Św. Jan to nie św. Franciszek. Miłość miłością - ale najpierw trochę prawdy, prosto w twarz. Łyk herbaty, i pojechali... zdani na siebie i swoją intuicję, w pełnym impro bez dogrywek. I wyszła im godzinka, w sam raz tyle, co msza z porządnym kazaniem.

Pięć utworów, pięć totalnie wyimprowizowanych długich wypraw duchowych, począwszy od najbardziej przyswajalnego otwieracza "J1" , dalej w coraz bardziej powyginane tonalnie i brzmieniowo czeluści poznania, aż do finalnego "J12" z apokaliptycznym klarnetem i słowami nadziei na samym końcu.

"J1" - "Na początku było Słowo" a Pan Kądziela już odmalowuje dźwiękowy pejzaż z ...czasów 4AD i shoegazingu, wspomagany kosmicznymi sygnałami Pana Stworzewicza. Dołącza Pan Jakub, którego piękne smyczkowe burdony będą unosić cały utwór. Słyszymy słowa Janowe i przemowę saksofonu, piękne, wyważone dłuuuugie dźwięki. W drugiej części gitarowy ambient zmienia się, proponując kaskadę "schodzących" dźwięków, kontrabas gra wyższe nuty a na tym tle nieustający monolog saksofonu brzmi jeszcze piękniej.

"J3,J7" - rozmowa z Nikodemem, odważniej wchodzi perkusja, instrumenty ożywiaja się, ich dźwięki wiją się i splatają ze sobą, a my odkrywamy zdumiewającą zasadność pytania "Jakżeż może się człowiek narodzić, będąc starcem?"

"J8" - posłuchajcie tego wyszkaradzonego efektami gitarowego jazgotu, rozdygotanego kontrabasu, niezbornej perkusji i skrzekliwego saksu. Posłuchajcie jak się kłócą ze sobą - niczym uczeni w Piśmie i faryzeusze. Wyobraźcie sobie do tego twarze z obrazu "Chrystus dźwigajacy krzyż" Hieronima Boscha. W takim nerwowym zgiełku i egzystencjalnym bałaganie ciężko usłyszeć Słowo. Fresk dźwiękowy wzbogaca część środkowa, w której Pan Jakub ponownie chwyta za smyczek, a pozostali muzycy odpływają na chwilę do krainy łagodności.

"J10" - nic nie jest łatwiejsze, bodźców coraz więcej, jakiś irracjonalny w tym miejscu kontrabasowy walking... Gitara kompletnie zdehumanizowa, albo wyje slide jak upiory w środkowej części "Echoes" Floydów. Perkusja gra schozofreniczną figurę rytmiczną a saksofon snuje zwariowany monolog, który na końcu zamienia się w ...a sami sobie posłuchajcie w co.

"J12" - huragan basowoperkusyjny... a tu jeszcze Kądzielowa gitara zaczyna udawać odgłosy z gier playstation... tak tak, my jak my.. a nasze dzieci? Czy one usłyszą Słowo? Czy one cokolwiek usłyszą? Oszalały klarnet i.....cisza, a na koniec słowo o ziarnie, co wielki owoc przynosi.

"Życiodajna Woda" to zapis pełnej wolności, ZNAKOMITEJ zespołowej podróży dźwiękowej. Album jednoznacznie obrazuje, co mogą osiągnąć znakomici instrumentaliści. Dowodzi też, że w tych czasach efekty gitarowe i pozostałe, cała ta elektronika - w odpowiednich rękach (i nogach) stają się pełnoprawnym nie tylko narzędziem, ale i OBIEKTEM improwizacji.

I Słowo. Pan Waldemar Kotas jest aktorem i tak interpretuje tekst. Wcale to nie musi się podobać - mnie na przykład ta maniera się nie podoba. Janowe Słowo pojawia się jednak tylko w pewnych miejscach, we fragmentach długich improwizacji. Zapyta ktoś - a nie lepiej by było żeby pomiędzy utworami? A nie lepiej po prostu wydrukować teksty na okładce, żeby nie przeszkadzały w odbiorze tej NAPRAWDĘ PIERWSZORZĘDNEJ MUZYKI? Ja bym tak zrobił. Na pewno było by ŁATWIEJ, ale Jacek Mielcarek zadecydował że tak będzie LEPIEJ. Nie ma być łatwiej, trzeba podjąć wysiłek i nie tyle to Słowo usłyszeć pośród muzyki, ale spróbować TOLEROWAĆ jego obecność. Wolną wolą każdego człowieka jest, czy to Słowo przyjmie, czy odrzuci. Czy - nieustannie bombardowany zachłanną teraźniejszością - poszuka w sobie tego duchowego pierwiastka. Czy znajdzie czas, żeby porozmawiać sam ze sobą. I z drugim człowiekiem.

Album "Życiodajna Woda" jest dziełem zdecydowanie niszowym, rzadkim i ekskluzywnym, trudnym do nabycia. Ja mój egzemplarz zdobyłem u źródła. Płyta nie do samochodu, do podwieczorku na słonecznym tarasie też raczej nie. Płyta zdecydowanie na samotny, godzinny seans słuchawkowy. Kawał intensywnego doznania muzycznego i ćwiczenia duchowego, niezależnie od tego czy chcesz, czy nie chcesz słuchać Słowa. Powodzenia!


poniedziałek, 13 marca 2023

Wojciech Mazolewski Quintet - Spirit To All (2022)

Wojciech Mazolewski Quintet

Wojciech Mazolewski – Kontrabas, instr. perkusyjne
Joanna Duda – fortepian, instr. perkusyjne
Marek Pospieszalski – saksofon tenorowy, klarnet basowy, flet, instr. perkusyjne
Oskar Tőrők – trąbka, instr. perkusyjne
Qba Janicki – perkusja, instr. perkusyjne

"Spirit To All" (2022)

Wydawnictwo: WMQ Rec. 2022

Tekst: Paweł Ziemba

Dzwonki, trele, grzechotki… mogą wydawać się trudne przy pierwszym kontakcie, ale to tylko początek podróży zaproponowanej przez kwintet Mazolewskiego. Barwne gesty, mgnienia transcendencji, różnorodność i oczyszczająca energia - tego można doświadczyć na koncercie. Gdzieś głęboko w swojej podświadomości czekałem na takie brzmienia. Potrzebowałem muzycznej terapii, swoistego katharsis, dawki nowej pozytywnej energii. Metafizyczny przekaz siły i spokoju jaki niesie ze sobą muzyka WMQ; mam nadzieję, że podobnie poczują to Państwo.

Zasadniczo tymi słowami mógłbym zakończyć recenzję płyty, ale zróbmy odwrotnie – niech to będzie jej początek.

Wojciech Mazolewski jest artystą, którego nie sposób muzycznie zaszufladkować. Instrumentalista, kompozytor, autor audycji radiowych, audiobooków, spektakli teatralnych i filmów, współtwórca polskiego yassu. Sympatykom muzyki znany głównie z łączenia w swoich projektach elementów jazzu i rocka. Nietuzinkowa osobowość polskiej sceny jazzowej.

Zastanawiałem się, w jaki sposób podejść do prezentacji piątego już krążka WMQ „Spirit to All” - płyty innej od poprzednich, wyjątkowej i ważnej w twórczości kwintetu nagrywającego od wielu lat w tym samym składzie. Obok lidera grającego na kontrabasie, na krążku możemy usłyszeć: Marka Pospieszalskiego na saksofonie, Oskara Tőrőka na trąbce, Joannę Duda na fortepianie i Jakuba Janickiego na perkusji. Tych pięciu „weteranów” polskiej sceny jazzowej zebrało się w warszawskim studiu Black Kiss, by ponownie nagrać album, który, moim zdaniem, jest przełomowy w ich dotychczasowej dyskografii. Wspólnie wykraczają poza ramy gry w małych grupach, tworząc dźwięk głęboko melodyjny, ale jednocześnie pierwotny, wielki i transcendentalny - brzmienie często określane jako "spiritual jazz". Wielu osobom ten rodzaj muzyki może wydawać się trudny; nie należy się jednak obawiać, gdyż abum jest przystępny w odbiorze.

Jeśli nie określimy „Spirit To All” duchowym jazzem, jak go inaczej nazwać? Muzyką inspirowaną? Post-bopem? Free jazzem? Niezależnie od definicji jest to muzyka pięciu instrumentalistów podążających za sobą, popychających się nawzajem i grających w intencji czegoś większego.

Mazolewski prowadzi nas przez „duchowe” terytorium jazzowej kompozycji, wprowadzając nasze emocje w drgania, wychodzi poza sztywne schematy, traktuje tematykę utworów jako zestaw różnych kształtów melodycznych. Mimo faktu, że na płycie znajduje się osiem utworów, ich struktura wywołuje wrażenie, jakby nie miały one początku i końca. Integralnym, bardzo istotnym elementem całości jest cisza. Jak pokazują pierwsze takty utworu otwierającego płytę, cały kwintet pracuje na zasadzie zapętlenia i transcendencji.

Zastanawiałem się, czy ta muzyka wymaga od odbiorcy jakiegoś szczególnego przygotowania i koncentracji. Czy możemy ją sobie tak po prostu „odpalić” i posłuchać? A może w dzisiejszych, bardzo rozproszonych czasach, to pytanie jest bez znaczenia? Doświadczenie podpowiada, że każda muzyka wymaga nastroju oraz właściwego momentu. Natomiast, jak wszystko w życiu, jest to sprawą indywidulanego podejścia i wrażliwości.

Jedno jest pewne - warto posłuchać „Spirit To All” od początku do końca, usiąść w wygodnym fotelu, zamknąć oczy i pozwolić się unieść. Ta muzyka ma dar przeniesienia słuchacza przez zmienność i burzliwe podmuchy życia gdzieś daleko, gdzieś… na drugi brzeg. To muzyka, która momentami jest bardzo zdecydowana w swoim charakterze i brzmieniu, ale potrafi również ciepło utulić.

„Spirit To All” prezentuje w równym stopniu potrzebę duchowej bliskości, jak też umiejętność muzycznego wyrażenia stanu naszego ducha, jest łącznikiem między ziemią i wszechświatem. Intymność wyczuwa się w każdym z ośmiu utworów. Mazolewski oferuje nam chwile refleksji nad własnym bytem i samoświadomością. To podróż Człowieka rozwiniętego duchowo, Człowieka wolnego, zdolnego do dokonywania wyborów w oparciu o wyższe wartości, wykraczające poza własną, doraźną korzyść.

WMQ stworzył imponujący album, łączący elementy muzyki Wschodu z modalnym, czasami awangardowym w brzmieniu jazzem.

Płytę otwiera prawie dwunastominutowy utwór tytułowy, będący wyraźnym punktem kulminacyjnym i w zasadzie podsumowaniem tego, co nastąpi później: fortepian Joanny Dudy oraz transowy riff Mazolewskiego tworzą ramę do melodyjnej gry Pospieszalskiego na saksofonie. Wraz z upływem czasu utwór przybiera na sile, rozwijając się w byt o własnym charakterze. Ten krąg dźwięków staje się bardziej żywy i wyrazisty, idący w stronę free dzięki trąbce Oskara Tőrőka.

Ważnym odnotowania jest fakt, że Mazolewski wydał „Spirit To All” w dwóch wersjach: polskiej, wydanej przez WMQ Rec (wyłączna dystrybucja e-muzyka S.A.) oraz międzynarodowej, przygotowanej w brytyjskiej wytwórni Whirlwind Recordings. Płyty różnią się zawartością muzyczną i kolorem okładki. Polskie wydanie jest rozszerzone o dwa tytuły - „Gray Day” i „Alchemia.

„Gray Day” to krótka, minorowa kompozycja, w której wszystko jakby się uspokaja. Fortepian, brzmi dostojnie, dźwięki podążają jeden po drugim, wolno ścierając się z chłodnym brzmieniem trąbki. Chciałoby się powiedzieć, że rzecz dzieje się zgodnie z zasadą: „Wszystko ma kiedyś swój koniec”. Potem napięcie przemija, ustępując miejsca poczuciu równowagi i harmonii. Pozostając w stanie błogiego spokoju, przechodzimy do „Power To The People”. To ciekawa kompozycja Marka Pospieszalskiego – utwór ożywiony intensywnymi emocjami, który zabiera nas w każdym możliwym kierunku. Zdecydowane brzmienie fortepianu Joanny Dudy i bębnów Jakuba Janickiego uzupełniają melodyjny temat grany przez Pospieszalskiego na saksofonie i Tőrőka na trąbce, która przechodzi płynnie w swobodną improwizację. Gdy, wydaje się, że nic już nas nie zaskoczy, saksofon Pospieszalskiego zaczyna krzyczeć, nie wiadomo, czy się śmieje, czy płacze. Pełna siły wyrazu kompozycja wzmocniona kakofoniczną sekcją i solidnym brzmieniem całego kwintetu.

Charakteryzująca się inną dynamiką i podejściem do harmonii jest kompozycja Joanny Dudy „Harmoney”. Ciepłe brzmienie saksofonu wsparte dźwiękami trąbki otula nas, jakby przygotowując do kolejnego etapu podróży. Jaka szkoda, że ta kompozycja trwa tak krótko!

„Spirit To All” to bardzo ciekawa, różnorodna pod względem brzmienia i wykorzystanego instrumentarium płyta. Muzycy wzmacniają klimat korzystając z różnego rodzaju instrumentów perkusyjnych (dzwoneczki, cymbałki, grzechotki), używając ich w bardzo naturalny nieinwazyjny sposób, stanowiący nieodłączny element przekazu muzycznego. Będąc miłośnikiem brzmienia fletu czuję się w obowiązku wspomnieć o ujmującej partii granej na flecie poprzecznym w „Slavic Spirit” czy też cudownie transowym klarnecie basowym w „The Year of Magical Thinking” Marka Pospieszalskiego. To utwór, w którym na tle surowych dźwięków fortepianu Mazolewski prowadzi melodię, przechodzącą w zapętloną partię kontrabasu. Pozostali instrumentaliści powoli zaznaczają swoją obecność pojedynczymi dźwiękami, bądź też wchodzą ze sobą w dialog pełną linią improwizacji.

Płytę kończy krótka kompozycja o charakterze katakumbowo-transowym, wzmocniona brzmieniem klarnetu basowego i fletu. Na uwagę zasługuje fakt, że utwór ten nagrywany był w poczuciu duchowej synergii wszystkich członków zespołu w jeden bijący wspólnym rytmem organizm. Potem wszystko cichnie… podróż dobiega końca.

Po wysłuchaniu płyty zrozumiałem, że WMQ stworzył „Spirit To All” na skrzyżowaniu różnych emocji, różnego stanu ducha, różnych żyć i różnych tradycji. To trudne do opisania i do przełożenia na język słów, ale nie dźwięków. Jedno jest pewne: zamiast binarnego podziału na muzykę i życie, ta płyta ujawnia, że wszystko co czynimy jak i wszystko co czujemy - określa nas. Cienie nie istnieją bez światła, a każdy z nich definiuje drugi.


czwartek, 2 marca 2023

Podcast z nowościami w polskim jazzie w audycji Macieja Nowotnego "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.DM

Przegląd jazzowych nowości w audycji Mcieja Nowotnego "Muzyka, która leczy w RadioJAZZ.FM. Tego wieczoru zagrali. W podświetonych linkach znajdziecie teksty o tych płytach opublikowane na naszym blogu Polish Jazz. 







1. Jan Ptaszyn Wróblewski Quartet - On The Road Vol. 1: "Po wielkim niżu"
2. Aga Gruczek Trio - Awaking: "Descension"
5. Wojtek Mazolewski Quintet - Spirit To All: "Harmoney"
6. Sławek Pezda Quartet - Tribute to Tenor Legends: "Sonny Rollins Medley"; "Transitions"
7. Hippocampus Ex "Sunrise"
8. Jan Kiedrzyński, Jędrzej Łagodziński, Piotr Mełech, Andrzej Rejman - Meeting Points: "1"


wtorek, 28 lutego 2023

Krzysztof Komeda Quintet - Live In Praha 1964 (2022)

Krzysztof Komeda Quintet

Krzysztof Komeda – fortepian
Tomasz Stańko - trąbka
Michał Urbaniak - saksofony
Jacek Ostaszewski - kontrabas
Czesław Bartkowski - perkusja

Live In Praha 1964 (2022)

Wydawnictwo: GAD Records

Autor recenzji: Piotr Banasiak

Słucham tego albumu już chyba 20 raz. I się zastanawiam. Jaki był biochemiczny skład powietrza w Hali "Lucerna" w Pradze, że Oni grają jak natchnieni? A później słucham, jak w Pradze w '65 grał Jerzy Milian z ekipą Gustava Broma, jak w '67 grał Roland Kirk, po nim Charles Lloyd... I się zastanawiam. Co tam wtedy leciało z kranów? Czy gdzieś pod Pražským Hradem bije źródło weny twórczej?

Słucham sześciu znakomitych kompozycji. Złożonych, urozmaiconych, a jednak przejrzystych i czytelnych. Osadzonych na improwizacji i awangardowych poszukiwaniach, a jednak chwytliwych. Wykonanych na najwyższym poziomie. Słucham fantastycznego jakościowo, selektywnego dźwięku, w którym świetnie słychać każdy instrument. I reakcje publiczności. I się zastanawiam. Jakim sposobem to przeleżało gdzieś na półce aż 60 lat? I przez tyle lat nikt, nic? Niepojęte.

Słucham zapowiedzi konferansjera. I się zastanawiam. Czy Kwintet Komedy faktycznie płynął w tzw. trzecim nurcie? I w zasadzie jakie to ma znaczenie po tylu latach?

Słucham "Svantetic". I się zastanawiam. Czy będzie impertynencją, jeśli napiszę, że to wykonanie, swobodne i energetyczne, uważam za ciekawsze niż wersja kanoniczna z albumu "Astigmatic"?

Słucham saksofonowania Pana Urbaniaka, czasem błyskotliwie melodyjnego, czasem dzikiego i zachłyśniętego wolnością. I się zastanawiam. Czy będzie impertynencją, jeśli napiszę, że dla mnie osobiście Pan Urbaniak na saksofonie jest jedyną postacią Michała Urbaniaka, jaką tolerują moje uszy?

Słucham trąbki Pana Stańki, w niebywały sposób łączącej wystudzoną nordyckość ze słowiańską duszą. I się zastanawiam. Czy Stańko zdefiniował "europejską trąbkę"?

Słucham soczystej i pomysłowej gry Pana Bartkowskiego. I się zastanawiam. Jak to jest - każdego ranka po przebudzeniu, patrząc w lustro mieć prawo sobie pomyśleć "kurczę, na iluż to doniosłych, fantastycznych i niezapomnianych płytach bębniłem... aż sam sobie zazdroszczę"?

Słucham kontrabasu Jacka Ostaszewskiego, chwilami arco - subtelnego jak w momentach "Repetition" chwilami transowo-motorycznego jak w "Roman Two". I się zastanawiam. Czy właśnie za taką kombinację transu i subtelnosci uwielbiam grupę Ossian?

Słucham gry Krzysztofa Komedy. I przypominam sobie zeszłoroczny koncert Squadu Wojciecha Jachny w Łodzi. Gig zakończył się utworem, w trakcie którego lider, po zawistowaniu tematu i kilku fraz na trąbce, wycofał się gdzieś na tył sceny, a zespół "poszedł na całość". Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków Pan Jachna wrócił na scenę i rzucił krótko do mikrofonu: "Najważniejsze to nie przeszkadzać". I się zastanawiam. Czy gdyby podstawić Komedzie pod koniec mikrofon, powiedziałby dokładnie to samo?

Słucham tej muzyki. Tych niepodrabialnych Komedowych tematów, tych momentów, kiedy trąbka i saksofon grają unisono, albo w dialogu, albo wymieniają się na prowadzeniu, dopingowane barwną i dynamiczną grą sekcji. Słucham "Sophia's Tubn", "Alea"... Tego oszałamiającego fresku dźwiękowego, w którym awers stanowi nieskrępowany duch wolnej, poszukującej muzyki, a rewers logiczna, naprawdę przystępna forma pełna... romantyzmu? Słucham tych pięciu facetów, pięciu osobowości, z których każdy przez lata stworzył własne uniwersum. A na tym albumie stanowią jedność. I się zastanawiam. Co tam w końcu - do cholery - leciało wtedy z kranów?!

I tylko konferansjer mi odpowiada: "Dobrou noc! Dobrou noc!"


piątek, 24 lutego 2023

Jerzy Mazzoll - Być (2022)

Jerzy Mazzoll

Jerzy Mazzoll – klarnety, flet, głos
Michał Szturomski - aranżacje, gitary el., syntezatory, sampling, perkusjonalia, field recording

Gościnnie:
Miłosz Wośko - fortepian, organy
Franciszek Pospieszalski - kontrabas
Piotr Machałowski - gitara basowa
Igor Nikiforow - perkusja
Artur Chaber - instr. perkusyjne

Być (2020)

Wydawnictwo: Wytwórnia Krajowa

Tekst: Piotr Banasiak

" ... prawda, że piękne? Śpiewał niezapomniany Mieczysław Fogg. A teraz o uwagę prosimy Panią Halinę Kozłowską z Pszczyny. W dniu 70 urodzin... (...) ...a dla Szanownej Jubilatki wybraliśmy tak lubianego przez państwa Jerzego Mazzolla! Będzie to utwór ze szlagierowego albumu "Być" pod tytułem..." STOP! Pobudka! A w zasadzie... do diaska, właściwie dlaczego nie??? Ale najpierw zajrzę do pamiętnika.

Upalny lipiec 1988. Leżę przed namiotem na Polanie Śnieżnej w Międzygórzu, przeglądam Magazyn Muzyczny, a w nim artykuł o wielce obiecującej gdańskiej kapeli Snukaski. Ze zdjęcia patrzy na mnie hardo i wyzywająco pewny siebie dziewiętnastolatek. Jaszcze nie wiem, że to Pan Jerzy. Ale za kilka lat się dowiem.

Chłodnawy maj 1997. Yass jest już zjawiskiem powszechnym, Bydgoski "Mózg" miejscem kultowym, a Mazzoll artystą ikonicznym, z poważnym dorobkiem, w którym jak diament błyszczy album "a". Zbieram wszystko, w czym Pan Jerzy się pojawia, najpierw na kasetach.. później na CD.. Mogę Go zobaczyć w tv, poczytać o Nim w różnych TylkoRockach i innych Machinach, a nawet w legowisku ówczesnej awangardy i podziemia - JazzForum. Mazzoll & Arythmic Perfection z Kazikiem. Tak. Byłem w "Eskulapie" na tym koncercie. Legendarny, transcendentalny gig. Ale ja wyszedłem z niego zły. Przez całą sztukę mój Idol siedział, a potem stał - niezmiennie odwrócony do mnie czterema literami. Do mnie! Po koncercie, obrażony, powiedziałem Mu: "oooo Ty Mazzollu jeden Ty!". Tak Mu powiedziałem! Tzn. w myślach Mu powiedziałem. Rozumiecie, Mazzoll chłop wysoki, krewki i bezpośredni. Jeszcze bym w zęby zarobił. Poza tym, gdzie w tamtych czasach by mnie yassowe goryle przed Mazzollowe oblicze dopuściły...

Obrażony czy nie, przez kolejne dekady śledziłem Artystę: co u Niego, co nagrywa, z kim koncertuje, z kim ma znowu na pieńku itd. itp. I tak Pan Jerzy swoją pełną meandrów drogą życiową, swoim talentem, bezkompromisowym i niezłomnym charakterem na mój szacunek i podziw wieczny zapracował.

No i mamy lato 2022, a ja słucham najnowszego Mazzollowego dzieła. Jakże dalekiego od Jego wieloletnich podróży bezdrożami awangardy, labiryntami harmonii i obrzeżami sonorystyki. Jakże pełnego harmonii, ducha i piękna. Pierwszy wniosek: drodzy Państwo, wydaje mi się, że Pan Jerzy po prostu ponownie się zakochał. W żonie się zakochał - na dodatek we własnej żonie! W potomstwie się zakochał, w rodzinie. W całym świecie się zakochał, w ludziach się zakochał. Co tam - nawet i siebie chyba trochę bardziej polubił. A słuchając tych kilku krótkich urywków z field recordingu, które porozrzucane tkwią w różnych miejscach albumu i widząc, gdzie zostały nagrane, nasuwa mi się drugi wniosek. Otóż przypuszczam, iż Pan Jerzy odkrył, że Ktoś tam na górze też bardzo Go lubi. Na dodatek ten Ktoś postawił na Jego drodze Michała Szturomskiego.

Pan Szturomski już od lat pisze własną, niezależną, ciekawą historię - jako muzyk i producent. Jeśli dobrze pamiętam, obaj artyści spotkali się w intrygującym projekcie dźwiękowym Provinz Posen, które to spotkanie dobrze wróżyło na przyszłość. W efekcie dostaliśmy teraz album "Być", a mnie w trakcie odsłuchu nasuwa się trzeci wniosek: Panowie - wyście się ze świecą szukali! Posłuchajmy zatem, cóż wyszło ze spotkania talentu, intuicji i pracowitości Pana Michała z niespokojnym duchem i charyzmą zakochanego Pana Jerzego.

Elektronika i najnowsze technologie w symbiozie z baterią Mazzolowych instrumentów dmuchanych to żadna nowość. Pan Jerzy od lat już jest z tym za pan brat, ale porównajmy "Być" choćby z poprzednim "Mazzboxxem". "Mazzboxx" to Pan Jerzy poszatkowany i zdekonstruowany, a Jego improwizacje to materiał genetyczny, z którego Igor Pudło stworzył zupełnie nową samplowaną jakość. "Być" to Pan Jerzy naturalny, mistrz ceremonii w pełnej krasie swojego kunsztu.

Pan Szturomski zdecydowanie dał Mazzollowi pograć, sam zapewniając w tle dyskretny akompaniament. I rytm. Wszechobecną, transową, ale bardzo "miękką" konstrukcję rytmiczną, amalgamat ambientowo modulowanej elektroniki i akustycznych perkusjonaliów. W mojej pamięci od razu otwiera się zakurzona szuflada z dokonaniami The Orb, lub z dubowym katalogiem wytwórni Universal Egg. Wrażenie to potęguje fantastyczna, przestrzenna gra Szturomskich gitar i syntezatorów oraz fortepianowe impresje Pana Wośko. Jednak nie ma co żałować, że Mazzoll 30 lat temu nie spotkał się z Orb-ami. Alex Paterson Mazzolowi nie jest potrzebny, bo ma za partnera pomysłowego Pana Szturomskiego. A czy Mazzollowi potrzebny jest Jah Wobble? Otóż także nie, albowiem ma Pana Franciszka Pospieszalskiego - mojego "cichego bohatera" na tej płycie. Pan Franciszek nakontrabasował w poszczególnych kawałkach melodyjne, zwięzłe figury, które wraz z perkusjonaliami zapewniają świetny, dubowy, pulsujacy fundament kompozycji. Wszystko znakomicie wyważone tak, aby nie rozpraszać mojej uwagi skupionej na Mazzollowych klarnetach i fletach.

Mazzollowa gra na tym albumie to oś narracji i niespieszne opowieści, z powoli rozwijającą się melodią, zaśpiewami i melizmatami. Mam wrażenie, jakby Pan Jerzy deklamował jakiś wewnętrzny osobisty poemat. I czuję jakąś trudną do zdefiniowania, a częstą u Mazzolla "wschodniość". Chwilami pojawiają mi się w głowie bałkańskie multanki, armeński duduk, a czasem poranna mgła w naszych Lipcach Reymontowskich... Generalnie coś, co P.W. Roberts nazwał kiedyś "Imperium duszy" i nie tyle chodzi mi o geografię, co o tę "duchowość". Poszukiwanie wewnętrznej harmonii, ładu i piękna. Poszukiwanie pokoju duszy. I poszukiwanie MELODII, która tę harmonię, piękno i pokój potrafi WYRAZIĆ. Dużo o tym mówią charakterystyczne tytuły poszczególnych utworów, w rodzaju: "Pani Bycia I Śmierci", "Książę Tego Świata I Nic", "Niebo Ziemia Słońce". Będąc z pozoru jednoznacznymi, pozostawiają słuchaczowi pole do interpretacji - do wolnej improwizacji myślowej.

Na "Być" nie ma miejsca na gwałtowne zwroty akcji; utwory i melodie zawiązują się jakby niepostrzeżenie, zaś kończą rozpływając się, rozrzedzając wśród pogłosów. Muzyka po prostu płynie. Większość kompozycji w molowej, zbliżonej tonacji i zbliżonym tempie, osnuta często na jednym akordzie. Mogło by to powodować wrażenie monotonni, gdyby nie umiejętne urozmaicenie repertuaru krótkimi, dość surowymi brzmieniowo interludiami Pana Jerzego, nagranymi a to w starej cegielni, a to w ruinach młyna, a to w niewielkim kościółku... Ten zabieg wyostrza jedynie uwagę słuchacza, nie przerywając medytacji nad sprawami życia i ducha.

Kolejne odsłuchy pozwalają wyłuskiwać wysublimowane smaczki, wzbogacające płytę, takie jak pastoralne intro organów na początku "Po Chęci Życia Kruche Ślady". Albo kilka pomysłowych dogrywek klarnetu, dzięki którym np. w "Milczącej Mowie Ciała" słyszę piękną polifoniczną frazę. Albo ten trik, kiedy w 3 minucie "Nawiedzeni Przez Sen", po chwilowym zawieszeniu tempa, Pan Franciszek proponuje nowy riff na kontrabasie. Człowiek już sobie wyobraża jak to będzie wyglądać dalej, kiedy instr. perkusyjne nagle wchodzą gdzieś tak w jednej czwartej taktu, w jednej czwartej basowej frazy i ta różnica w punktowaniu akcentów daje olśniewający, dynamiczny efekt! Znakomite.

Nie ukrywam, że mam w tym zestawie mojego prywatnego faworyta, jest to nieco szybszy od pozostałych "W Jednej Chwili Miłość I Amnezja". Słuchając go zastanawiam się, ile zyskaliby muzycy Zion Train, gdyby 30 lat temu zaprosili Pana Jerzego wraz z klarnetem na płytę "Natural Wonders Of The World In Dub". To jest to samo zrozumienie tętna, motoryki, przestrzenności, dźwiękowej oszczędności, oddechu. Tyle, że Zioni zostali z samym pulsującym i transowym tłem. A my mamy piękną Mazzollowa improwizację, a w drugiej części rozedrganą syntezatorową mgłę Pana Szturomskiego, echo Wośkowego piana i ponownie zdawkowy a jakże celny Pospieszalski basowy groove . Techno może być piękne. Co ciekawe, przy każdym odsłuchu tego dzieła wyświetla mi się w głowie pewna fabuła, praktycznie gotowy videoklip. Bardzo zaskakujący. Szczegóły zachowam dla siebie, ale mam nadzieję, że kiedyś spotkam osobiście Pana Jerzego i Mu opowiem, co widzę. Może tym razem goryle dopuszczą...

No dobrze, ale czy ten album ma coś do zaoferowania przypadkowemu słuchaczowi, czy wręcz kompletnemu troglodycie, któremu zupełnie obce jest to wszystko, co powyżej opisałem i któremu kompletnie powiewają Mazzollowe przesłania? Ha! Pamiętacie może, jak w TVP około '90 - '91 w przerwie między programami nadawano kilkuminutowe teledyski z zaśnieżonymi tatrzańskimi widoczkami? Wtedy w podkładzie słyszeliśmy "Belladonnę" Andreasa Vollenweidera. Otóż śmiem twierdzić - i tutaj proszę Pana Jerzego, żeby nie rzucał kapciem w ekran, nie doczytawszy do końca - że większość utworów z "Być" znakomicie sprawdziłaby się jako ilustracja do takich obrazów. Jako ambientowe tło w parkach, terminalach pasażerskich, albo - napiszę to! - w marketach. Dawniej nazywano to sound library music. Mazzollowa muzyka odarta z jakichkolwiek znaczeń, przesłań i kontekstów, sprowadzona jedynie do bezwzględnego strumienia dźwięków, będzie nadal dziełem sztuki i da ludziom oddech, przestrzeń i piękno. I do telewizyjnego koncertu życzeń też się nada. Tę uniwersalność uważam za ogromny atut i wielką wartość albumu "Być".

Jeszcze jedno przemyślenie. Dość często w kontekście "Być" przywołuje się płytę "a" Mazzollowego Arythmic Perfection. Moja intuicja podpowiada mi jednak silne nawiązanie do albumu "Responsio Mortifera". Obie płyty "odczuwam" jako bardzo osobiste, dogłębne, sensualne wypowiedzi Artysty. Tutaj pozwolę sobie na odważną interpretację, odwołując się do poezji Jana Kasprowicza. "Responsio Mortifera" to dla mnie Mazzollowe "Dies Irae". Zaś "Być" to gotowy soundtrack pod Kasprowiczowe liryki z okresu franciszkańskiego. Tak to widzę i proszę Pana Jerzego o wybaczenie, jeśli totalnie zabłądziłem. I jeszcze jedno. Na obu płytach słyszymy głos Mazzolla, tyle że na "Być" to są tylko strzępy, sylaby, głoski. Na pierwszy rzut ucha pełniące rolę taką, jak scratch w hip-hopie, ale kto wie? Może to są wycinki bardzo poważnych rozmów? Bo Mazzoll na byle co języka nie strzępi... Niemniej te urywki głosowe dają mi znać: "jestem człowiekiem, to moja muzyka, jestem teraz tutaj z tobą, gram dla ciebie". I tyle wystarczy.

Spoglądam znowu na zdjęcie młodego Mazzolla w tamtej gazecie sprzed 35 lat, potem na twarz doświadczonego życiowo Artysty patrzącą z okładki "Być"... Pan Jerzy jest już na takim etapie, że gra i nagrywa co chce i z kim chce. Ze mną jest już dawno rozliczony. Ale niech gra mi jak najdłużej. A jeśli przypadkiem ma w planach dalszą współpracę z Panem Szturomskim... Będę czekał cierpliwie!


środa, 22 lutego 2023

Franciszek Pospieszalski Quintet - Jazz.PL vol.3 (2022)

Franciszek Pospieszalski Quintet

Piotr Damasiewicz - trąbka
Marek Pospieszalski - saksofon tenorowy
Grzegorz Tarwid - fortepian
Franciszek Pospieszalski - kontrabas
Bartosz Szabłowski - perkusja

Jazz.PL vol.3 (2022)

Wydawca: Polskie Radio Dwójka

Autor recenzji: Maciej Nowotny

Zawartość tego krążka stanowi ponowne odegranie, w zamierzeniu jak najbardziej wierne, materiału z dwóch mniej znanych płyt nagranych przez zespoły Charlesa Mingusa w latach 70tych. Najsłynniejszy projekt tego typu to prawdopodobnie płyta zatytułowana "Blue" wydana przez kultowy i obrazoburczy skład Mostly Other People Do the Killing (trębacz Peter Evans, saksofonista Jon Irabagon, basista Matthew "Moppa" Elliott i perkusista Kevin Shea). W zamierzeniu miała ona być odtworzeniem nuta w nutę, nadmieńmy odtworzeniem przez muzyków którzy w nowoczesnym jazzie zasłynęli ze wszystkiego poza odtwarzaniem, słynnej sesji z roku 1959, którą poprowadził Miles Davis z towarzyszeniem Johna Coltrane'a, Billa Evansa, Wyntona Kelly, Cannonball Adderleya, Paula Chambersa i Jimmy Cobba, a która zaowocowała albumem jazzowym numer 1 w ogóle czyli "Kind of Blue". 

Franiszek i jego kompani - nie mniej prominentni w polskim jazzie czy na jego młodej scenie, niż ich wymieni wcześniej poprzednicy, w swoich czasach i miejscach - postanowili zatem w pewnym sensie powtórzyć powtórzenie, chociaż oczywiście na innym materiale. Takie rzeczy - z góry skazane na porażkę przez nie do uniknięcia porównania z oryginałem - robi się tylko i wyłącznie z miłości. Jeśli tak jest to chociaż samo założenie jest pozbawione sensu, ta karkołomna sztuka może zakończyć się sukcesem. Może, ale nie musi. 

Przystąpiłem zatem do odsłuchu z mieszanymi uczuciami. Przy czym zacząłem od przypomnienia sobie oryginałów, na których oparte jest to nagranie czyli dwóch plyt combo Charlesa Mingusa: nagranej w 1972 "Change  One" i w 1974 "Change Two". Oba te albumy, chociaż nie tak słynne jak Mingusa "The Black Saint and the Sinner Lady" czy "Ah Um", po prostu zmiażdżyły mnie tak kapitalnym poziomem wykonania jak i koncepcyjnie niezwykle dojrzałą muzyką eksplorującą pogranicze hard bopu i free jazzu, nigdzie nie popadając w nacechowaną nostalgią wtórność czy autodestrukcyjną  awangardowość. Mierzyć się z takim materiałem, nawet jeśli to nie ten poziom charyzmy co na "Kind of Blue", mimo wszystko jest szaleństwem. Jak się zatem udało? 

Ano udało się - a może lepiej powiedzieć na szczęście nie udało się - ku mojemu zaskoczeniu nawet lepiej niż Peterowi Evansowi i spółce. Po prostu w pewnym momencie - zwłaszcza w dłuższych utworach, których immanentną część stanowiła improwizacja - polska fantazja wzięła górę, a dyscyplinę szlag trafił. I nagle - Bogu dź(w)ięki - usłyszałem w "Sue Changes" góralską z ducha solówkę dobrze mi znanego Damasia, a w "Orange Was the Color of Her Dress, Then Silk Blue" - ekstatyczny fortepian Grzegorza Tarwida, którego droga jest jedną z najbardziej pogmatwanych i artystycznie ciekawych w młodym polskim jazzie. W tym samym utworze z cienia grającego na oryginalnych nagranich zjawiskowego saksofonisty Georga Rufusa Adamsa wyszedł saksofon Marka Pospieszalskiego, zdaniem wielu muzyka roku 2022 dzięki dwóm wydanym w Cleen Feedzie krążkom, które zdobyły zasłużone uznanie tak w Polsce jak i zagranicą. 

Wisienką na torcie tego nagrania jest poprzedzająca koncert zapowiedź Rocha Sicińskiego, merytoryczna, ale szczera i niepozbawiona zjadliwego poczucia humoru, którego odczytanie pozostawiam koneserom. W podobnym tonie utrzymany jest też znakomity liner autorstwa tegoż dziennikarza, co zresztą skłania mnie do podziękowania radiowej Dwójce za wydanie tej płyty, w takim właśnie standarcie jak i za organizację koncertu, którego uczestnikom należy zazdrościć. Ale bez przesady. Mam nadzieję, że moich zachwytów w tekście artyści, a szczególnie młodzi muzycy, nie zrozumieją jako zachęty do nagrywania kolejnych powtórek klasycznych jazzowych nagrań. Nie, kochani, wystarczy, następne może za dekadę, od kolejnego pokolenia, ok?


Zobacz też: